logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Zakamuflowana bezczelność w polityce

Niedziela, 24 października 2021 (12:29)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jak skomentuje Pan słowa Radosława Sikorskiego pod adresem europoseł Solidarnej Polski Beaty Kempy?

– Nie ma tu żadnego zaskoczenia, bo kto jak kto, ale Radosław Sikorski jest politykiem, który może się pochwalić całym wachlarzem autorskich – skandalicznych wypowiedzi, począwszy od słów o „dorżnięciu watahy” – bodajże z 2007 roku, po nielicujące z zachowaniem dżentelmena słowa skierowane pod adresem europoseł Beaty Kempy. Widać ten pan ma pewną zdolność słowotwórczą, której przejawy mamy nieprzyjemność od czasu do czasu obserwować. To jest zdolność absolutnie nie do naśladowania, nie do powielania. Myślę, że to jest przykład tego, jakich ludzi powinniśmy się wystrzegać.  

W komentarzach dotyczących zachowania szefa dyplomacji w rządzie Donalda Tuska pojawia się stwierdzenie, że jako absolwent Oxfordu – czym często się chełpi – nie zachowuje się po oxfordzku…

– Myślę, że takie zachowanie nie świadczy o nim dobrze. Nie jest też tak, że ktoś, kto ukończył uniwersytet oxfordzki czy inną znamienita uczelnię, musi być postacią wybitną. Jak to mówią, można ukończyć renomowane uczelnie, można nosić pięknie skrojone garnitury, dobrze dobrane krawaty, można się posługiwać wieloma językami, a przy tym nie mieć za grosz kultury. Sytuacja, którą komentujemy, tylko potwierdza, że Radosław Sikorski – mimo wykształcenia, dużych niespełnionych ambicji – jednocześnie ma spore braki. Pewne elementarne rzeczy, które człowiek wynosi z domu, których się uczy na różnych etapach życia, są później jego wizytówką. Widać niektórzy mają braki w kulturze jeszcze ze szkoły podstawowej, i powinni to jak najszybciej nadrobić. Szacunek wobec kobiet jest sprawą poważną i podstawową, kultura słowa i pewnego taktu jest niezależna od wykształcenia czy zajmowanego stanowiska. Wykształcenie to nie wszystko. Trzeba mieć jeszcze zasady i kręgosłup moralny.

Myślę, że ten problem trzeba widzieć szerzej. Jaki jest poziom polityków, skoro szef dyplomacji w rządzie Donalda Tuska i marszałek Sejmu za rządów koalicji PO-PSL, człowiek z wielkimi aspiracjami używa takiego knajackiego języka?

– Od pewnego czasu polską klasę polityczną toczy jakaś choroba. Mamy kryzys nie tylko wartości, nie tylko brak szacunku wobec drugiego człowieka i de facto do samych siebie, ale także kryzys języka, kryzys słowa. Jesteśmy na gorąco po debacie w Parlamencie Europejskim na temat Polski, jesteśmy świeżo po bardzo merytorycznym wystąpieniu premiera Mateusza Morawieckiego i żenujących wystąpieniach części polskich i wtórujących im zagranicznych europarlamentarzystów. Świeżo w pamięci mamy też zachowania niektórych polityków przy granicy z Białorusią i to wszystko pokazuje, jak daleko odeszliśmy od pewnych zasad. Za nic mamy powagę słowa, co więcej – mamy lekkość w szafowaniu słowami, w ocenach, żeby nie powiedzieć: w dyskredytowaniu przeciwników politycznych. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że wychodzimy z założenia, że każdy, kto ma inne zdanie niż ja, jest wrogiem – nie przeciwnikiem politycznym, z którym można się spierać na argumenty, dyskutować, ale wrogiem, którego się zwalcza.

Agresji w polityce, która występuje dzisiaj, nie było nigdy wcześniej?

– To ma związek z powrotem Donalda Tuska do polskiej polityki, gdzie widzimy eskalację napięć, język wrogości, pogardy. O ile wcześniej zdarzała się eskalacja brutalności na ulicach, a to za sprawą KOD-u czy ostatnio tzw. strajku kobiet, gdzie wulgaryzmy ze strony organizatorek sypały się niczym z rękawa, o tyle Donald Tusk, choć nie używa wulgarnego języka, to posługuje się słowami zachęcającymi do agresji. Ale w związku z tym, że posunął się zbyt daleko, został zmuszony, aby przeprosić np. m.in. Zbigniewa Ziobrę i jego żonę. Nie zmienia to jednak faktu, że agresji – na razie tylko słownej – jest za dużo, mamy pewną „prawidłowość”, brudny język, brudną normę w życiu publicznym, które znajdują coraz więcej naśladowców. Co bardzo niepokojące, ta norma brutalnego języka staje się wręcz normą medialną. Media coraz chętniej – dla podkręcenia emocji – coraz mniej maskują język i niecenzuralne słowa używane przez polityków. Natomiast jeśli chodzi o nas, odbiorców, to szkoda, że dajemy się wkręcać w tę brudną grę i prowadzić się tym twórcom sensacji oraz brutalności.

Brutalne słowa w polskiej polityce padają od dawna. Czy brutalność w polityce ma jakieś granice, bo wydaje się, że końca nie widać, co więcej – jak Pan wspomniał – jest na to wręcz przyzwolenie medialne…?

– Powiem więcej, mianowicie dzisiaj jesteśmy świadkami wyścigu – kto bardziej, kto mocniej, kto brutalniej dołoży przeciwnikowi. Pan z Oksfordu wprawdzie przeprosił poseł Beatę Kempę, ale zrobił to tak, żeby nie przeprosić. I tak to dzisiaj jest. Dotyczy to kłamstw, które mają nie brzmieć jak kłamstwa, a rzecz w tym, by obrazić oponenta politycznego tak, żeby nikt prawnie się do tego nie przyczepił. Mamy więc tradycję „zastępczego” kodu komunikacyjnego, który zaczyna być powszechny – w czym brylują również media. Proszę zwrócić uwagę, że tzw. wolne media zamiast Trybunał Konstytucyjny używają określenia „trybunał Julii Przyłębskiej”, a przecież takiego organu, takiej instytucji w Polsce nie ma. Obraża się też sędziów Trybunału Konstytucyjnego, mówiąc „panowie w togach”.

Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku nikt nie użył wulgaryzmów, ale jak nazwać to inaczej jak nie dyskredytacją jednego z najważniejszych organów w Polsce i sędziów tego organu konstytucyjnego? Mamy zatem cwaniackie podejście, taką zakamuflowaną bezczelność. To nie jedynie świadczy o poziomie kultury, ale przede wszystkim jest działaniem na szkodę państwa polskiego. Mówimy przecież o najważniejszych instytucjach państwa, tym bardziej więc określenia w rodzaju „sędziowie dublerzy” są nie do przyjęcia. Wygląda to tak, że jeśli koalicja PO-PSL niejako na odchodne wybrała sędziów na zapas, łamiąc tym samym prawo, to nic się nie stało, ale kiedy nowy parlament to naprawiał, to mieliśmy larum, że to zamach na demokrację, i uruchamiano Brukselę przeciwko rządzących w Polsce. Widać jednym wolno łamać prawo i wszystko jest w porządku, a kiedy inni chcą to naprawić, to są odsądzani od czci i wiary.

Czy jesteśmy skazani na taki obraz polityki, na coraz bardziej wulgarny język? Pytam o to w kontekście odpowiedzialności nas, wyborców, którzy decydując przy urnach, wprowadzamy takich, a nie innych ludzi do parlamentu. Może więc warto byłoby się wcześniej zastanowić, komu dajemy przepustkę, mandat…?

– Oczywiście – wybór powinien być świadomy, tym bardziej kiedy mamy do czynienia z politykiem, który już wcześniej zasłynął z – nazwijmy to – nieparlamentarnego języka czy zachowania. Owszem, to naród wybiera. Ktoś wybrał też Klaudię Jachirę, która z „Roty” potrafiła zrobić własną urągającą wersję, co więcej, uczyniła to z mównicy sejmowej. Mówimy o kulturze słowa, tymczasem poseł Jachira co jakiś czas karmi nas takim bełkotem. Myślę, że tu powinny zareagować władze Sejmu, ale też Rada Języka Polskiego powinna być tym oburzona. Dziwi mnie, że nikt w tej sprawie nie zabiera głosu. Klub Koalicji Obywatelskiej, widać, takie zachowanie akceptuje, tymczasem Klaudia Jachira – przez nikogo nieniepokojona – swoim zachowaniem przegania Palikota, który – jak się wydawało – pod względem zachowania, cynizmu był nie do przeskoczenia. Mówimy o bardzo złych praktykach, które mają miejsce – coraz częściej. Wyborcy mają prawo weryfikacji takich postaw, ale czy z tego w pełni korzystają skoro osoby, które nigdy nie powinny być wybierane, kolejny raz zasiadają w ławach poselskich?

Widocznie komuś takie ich zachowanie odpowiada?   

– Niestety, jest pewna grupa wyborców, która nie ma nic przeciwko agresji w polityce. Są ludzie, którzy nie reagują na pewne zwroty, nieparlamentarny język i zachowanie niektórych polityków ich nie rażą.

Czy za zachowaniem wulgarnym, czy w ślad za obrażaniem innych polityków, za używaniem nieparlamentarnego języka – jak w przypadku Radosława Sikorskiego – nie powinny też pójść dotkliwe kary?

– Nie spodziewam się, żeby władze partii ukarały swojego europosła, nie sądzę też, żeby bardzo liberalne w podejściu władze Parlamentu Europejskiego zdecydowały się na ukaranie Sikorskiego – członka Europejskiej Partii Ludowej – największej formacji w europarlamencie. Swoją drogą system kar się nie sprawdza, bo jeśli ktoś będzie chciał obrażać innych, to będzie to robił dalej. Kwestia zachowania w polityce to jest sprawa wartości, sprawa moralności, zasad etycznych, które albo się ma albo nie. Albo się jest człowiekiem z zasadami, albo nie – tyle w tym temacie można powiedzieć.

         Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl