logo
logo

Zdjęcie: https://www.facebook.com/TomaszGrosseUW// Inne

Czeka nas rozgrywka o charakterze militarnym

Wtorek, 18 stycznia 2022 (18:36)

Aktualizacja: Wtorek, 18 stycznia 2022 (20:24)

Z prof. Tomaszem Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. europejskich, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Przy granicy z Ukrainą rośnie koncentracja rosyjskich wojsk. Jak poważne jest zagrożenie, że Putin zaatakuje Ukrainę?

– Takie ryzyko oczywiście istnieje, mało tego, trzeba postawić tezę, że Ukraina niekoniecznie jest docelowym kierunkiem działań Putina. Chociaż mamy w tej chwili duże napięcie, którego centrum jest Ukraina, ale presja jest wywierana także na polsko-białoruską granicę. Nie możemy też zapominać o presji gazowej na Unię Europejską. W centrum tych trzech powiązanych ze sobą wydarzeń jest Ukraina i groźba interwencji rosyjskiej o charakterze militarnym. Moim zdaniem nie jest to jednak koniec ryzyka wojny w Europie. Chodzi o to, że zasadniczy spór, jaki Rosja toczy, dotyczy Sojuszu Północnoatlantyckiego. Możemy się więc spodziewać, że po ewentualnej rosyjskiej agresji na Ukrainę nastąpi mobilizacja NATO, w tym mobilizacja wojsk na wschodniej flance sojuszu. W związku z tym wyostrzy się problem, który obok Ukrainy ma duże znaczenie dla Putina, czyli wycofanie NATO z Europy Środkowej i obecności wojsk sojuszniczych oraz instalacji wojskowych ze wschodniej flanki. Obawiam się, że wszystkie postulaty, o których mówimy, a które pojawiły się w ultimatum postawionym Zachodowi i NATO przez Putina, nie mogą zostać osiągnięte w ramach negocjacji. Niewyobrażalne jest bowiem, żeby Sojusz Północnoatlantycki sam siebie dyskwalifikował i dzielił państwa na dwie kategorie członków, tak naprawdę oddając całkowicie pole Putinowi. W związku z tym Ukraina to jest początek, natomiast kolejnym krokiem – prędzej czy później – będzie rozgrywka z NATO: po pierwsze, o odepchnięcie sojuszu na linię sprzed roku 1997, a więc sprzed poszerzenia; po drugie, gra idzie o podzielenie sojuszu i w gruncie rzeczy zdyskwalifikowanie go jako organizacji obronnej zdolnej skutecznie odpowiedzieć na jakiekolwiek działania Rosji; po trzecie chodzi o wypchnięcie Stanów Zjednoczonych z Europy. Te trzy cele – w sensie strategicznym – są dla Putina bardzo istotne. I tak jak wspomniałem, tych trzech celów Putin nie jest chyba w stanie osiągnąć na drodze dyplomatycznej. W związku z tym czeka nas – prawdopodobnie – rozgrywka o charakterze militarnym, do której NATO, a zwłaszcza Polska, musi być gotowa.

Czy NATO, a szerzej Zachód sam nie podkłada się Putinowi, który nie bez przyczyny akuratnie teraz stawia tak absurdalne żądania? Do takich działań zachęca Putina uległa postawa prezydenta Joe Bidena oraz sam fakt, że Zachód – w tym NATO – siada de facto z terrorystą do stołu… 

– Przede wszystkim Putin oczekuje od Zachodu bardzo daleko idących ustępstw, dlatego próbuje to wymóc na podstawie presji – także o charakterze ekonomicznym, migracyjnym i wreszcie militarnym. Jeżeli tak wygląda polityka Putina, to NATO bezwzględnie powinno się wzmocnić, przede wszystkim budując potencjał odstraszający, bo to są argumenty, które w przestrzeni militarnej oddziałują na wyobraźnię rosyjskiego przywódcy. Ponadto Zachód z ekonomicznego punktu widzenia powinien dywersyfikować swoje źródła energetyczne, a nie rozbudowywać Gazociąg Północny, zaś na płaszczyźnie migracyjnej bardziej zdecydowanie podejść do polityki szantażu, który ma miejsce na polsko-białoruskiej granicy. Inaczej mówiąc, zanim Zachód usiądzie do jakichkolwiek negocjacji z Putinem, powinien przed tym wzmocnić swój potencjał, swoją siłę, żeby – jak mawiał marszałek Józef Piłsudski – rozmawiać z takim przeciwnikiem z rewolwerem w kieszeni. W innym wypadku negocjacje albo zakończą się niczym, albo – co gorsze – mogą zakończyć się wycofaniem i ustępstwami, a tak naprawdę kompromitacją Zachodu porównywalną z wycofaniem się wojsk amerykańskich z Afganistanu.

Może jest zatem okazja, żeby zaskoczyć Putina i wobec nacisków Rosji nie rozszerzać NATO o Ukrainę czy Gruzję, ale pójść o krok dalej i od północy powiększyć szeregi NATO o Finlandię czy Szwecję?

– Taka możliwość oczywiście istnieje. Scenariusz może być taki, że eskalacja zagrożenia o charakterze militarnym spotęgowana w ostatnich latach przez Putina – jeśli chodzi o Ukrainę, sytuację na Białorusi – skłoni NATO do konsolidacji, a kraje, które dotychczas były poza strukturami Sojuszu Północnoatlantyckiego – czyli Finlandia i Szwecja – do poszukiwania szybkiej ścieżki wejścia do struktur NATO. Tak więc agresywna polityka Kremla prowadzi do otrzeźwienia po stronie Zachodu, a co za tym idzie do pewnej konsolidacji świata zachodniego.

Prowadzi czy powinna prowadzić?  

– Uważam, że polityka Putina może doprowadzić do przyjęcia właśnie Finlandii czy Szwecji do Paktu Północnoatlantyckiego, a także do wzmocnienia wschodniej flanki. Natomiast ma pan redaktor rację, że ta polityka może być niekonsekwentna i rozbijana przez Putina. Tym samym osławiona jedność Zachodu będzie wystawiona na próbę i z oczywistych względów będzie to cel Putina, któremu nie zależy na wzmocnieniu przeciwnika, tylko na tym, żeby go osłabiać. Tym przeciwnikiem dla Putina jest właśnie NATO – szerzej Zachód, a Ukraina jest tylko jednym z celów powiązanych z tą szerszą polityką Kremla, ale nie jest to cel ostateczny. Kolejnym wyzwaniem z punktu widzenia jedności Zachodu jest polityka Berlina i Paryża. Mianowicie, Berlin od dłuższego czasu jest zainteresowany bliskimi relacjami, związkami z Rosją o charakterze przede wszystkim gospodarczym, natomiast w przypadku Francji te relacje mają charakter geopolityczny i gospodarczy. W gruncie rzeczy chodzi o zbliżenie z Moskwą i o to, żeby to zbliżenie na płaszczyźnie politycznej pogłębiło relacje o charakterze ekonomicznym, a jednocześnie rozładowało napięcie geopolityczne na wschodniej granicy Unii Europejskiej.

Czy to rozsądna polityka, zważając na nieprzewidywalność Putina?

– W moim przekonaniu taka postawa świadczy o niezrozumieniu strategii Putina i jego dalekosiężnych celów. W związku z tym Putin będzie wykorzystywać postawę Berlina i Paryża do tego, żeby osłabiać NATO, a w istocie podzielić sojusz i tym samym umożliwić sobie realizację celów strategicznych, czyli poszerzenie swojej strefy wpływów, a tak naprawdę odbudowanie strefy wpływów o państwa bałtyckie i prawdopodobnie również o Europę Środkową. Jak widać, Putinowi chodzi o wycofanie Stanów Zjednoczonych z Europy i geopolityczne podporządkowanie sobie Starego Kontynentu. Europa bez Stanów Zjednoczonych będzie zbyt słaba, aby prowadzić niezależną politykę – przynajmniej w niektórych obszarach – w związku z tym za cenę tzw. stabilizacji będzie musiała podążać za strategią Putina. To jest przede wszystkim niebezpieczne dla Polski i szerzej dla Europy Środkowej oraz państw bałtyckich, które będą – podobnie jak Ukraina – ceną, którą Europa Zachodnia – w tym scenariuszu – musiałaby płacić Rosji za tzw. stabilizację geopolityczną. Niestety, to też pokazuje, że coś, co politycy francuscy określają jako autonomia strategiczna, jest de facto fikcją, bo taka polityka sprowadza się do wypchnięcia Stanów Zjednoczonych z Europy, a co za tym idzie jej geopolitycznego uzależnienia od Rosji.  

Czy Stany Zjednoczone za prezydentury Joe Bidena są tak naiwne, że oddając Europę w ręce Niemców, a de facto Putina, liczą, że Berlin i Putin pomogą im w rywalizacji z Chinami? 

– Przede wszystkim celem polityki rosyjskiej jest zbliżenie do Chin i ekspansja w kierunku zachodnim w Europie, czyli odbudowa swoich dawnych wpływów. Putin, korzystając ze słabości Europy, zrobi wszystko, żeby odepchnąć NATO jak najdalej od swoich granic. Czyli strategia rosyjska jest skoncentrowana na innych celach niż strategia amerykańska. Mało prawdopodobne jest więc to, żeby Rosja stała się sojusznikiem Waszyngtonu w rywalizacji z Pekinem. W najbliższym czasie – w moim przekonaniu – jest to rzecz absolutnie niemożliwa. Natomiast jeśli chodzi o naiwność polityki amerykańskiej, to trzeba powiedzieć, że Stany Zjednoczone są osłabione, co wynika przede wszystkim z przywództwa prezydenta Joe Bidena, jego politycznego otoczenia oraz celów Partii Demokratycznej. Stany Zjednoczone są również wyniszczone przez pandemię, są także krajem bardzo głęboko podzielonym wewnętrznie. W związku z tym są to problemy, które obiektywnie powodują, że Stany Zjednoczone przestają dzisiaj odgrywać taką rolę w świecie, jaką pełniły jeszcze 10 lat temu.

Ale Rosja też nie jest zbyt mocna?     

– To prawda, z tym że Rosja wykorzystuje słabość Zachodu – mam na myśli nie tylko Stany Zjednoczone, ale także narastającą strukturalną słabość Unii Europejskiej. Dla Moskwy jest to więc okazja, tym bardziej że niezależnie od swoich słabości otwiera się przed nią okienko szansy, które można wykorzystać. Niezależnie od problemów, z jakimi boryka się dzisiaj, Rosja będzie starała się wykorzystać to okienko i w ten sposób potencjalnie odbudować swoją potęgę. Zatem – nawet jeżeli teraz Rosja jest słaba, to poszerzając swoją strefę wpływów i doprowadzając do uzależnienia Europy Zachodniej od siebie, liczy na to, że pod względem ekonomicznym i pod względem modernizacji będzie mogła się odbudować. Te cele nie dotyczą tylko poszerzenia strefy wpływów czy usunięcia Stanów Zjednoczonych z Europy i odsunięcia NATO od swoich granic jako pewnego ryzyka, czyli de facto rywala, tylko chodzi o to, żeby skonsumować później korzyści, które wynikają z pokonania NATO i osłabienia Europy. I te korzyści mogą w przyszłości zaowocować odbudową jej potencjału, i na to Rosja liczy. Nawet jeśli teraz Moskwa jest słaba, to jej polityka ma zagwarantować w przyszłości odbudowę de facto imperium sowieckiego. Te procesy modernizacyjne są niezbędne z punktu widzenia wojskowości, czyli potencjału militarnego, ale też z punktu widzenia unowocześnienia gospodarki i poprawy życia obywateli.

          Dziękuję za rozmowę.                         

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl