logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Bezprawne działania Brukseli

Środa, 17 sierpnia 2022 (10:41)

Z prof. Tomaszem Grzegorzem Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertem Instytutu Sobieskiego ds. europejskich, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wciąż trwa bezprawne blokowanie nam środków z „Krajowego planu odbudowy”. Może warto rozważyć zaskarżenie tego do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej?

– Uważam to za bezcelowe, szkoda czasu i energii rządu, tym bardziej że, niestety, takie postępowanie nie gwarantuje sukcesu. Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu jest instytucją skrajnie upolitycznioną, która w ogromnej większości spraw bierze stronę Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. W tej sprawie polski rząd wadzi się z obiema instytucjami, więc stoi na przegranej pozycji. Ponadto sprawa ma bezpośredni związek z interesami instytucyjnymi TSUE: chodzi o przestrzeganie jego wyroków nawet w sprawach, które naginają lub wręcz przekraczają unijne traktaty. Dotyczy zmiany ustrojowej w Unii Europejskiej w kierunku federacji i centralizacji, która oznacza także wzmocnienie władzy TSUE. Tak więc nie wierzę, aby sędziowie unijni poparli polskie argumenty.

Zatem jakie są sposoby na wyegzekwowanie tych środków od Unii?

– W moim przekonaniu Bruksela, Berlin i Paryż, a także niektóre inne stolice Europy Zachodniej oczekują całkowitej kapitulacji ze strony polskiego rządu, a więc uległości w zakresie nie tylko sądownictwa, ale również wielu innych spraw – trudnych dla konserwatywnego wyborcy w Polsce. Dotyczy to bardzo kosztownej polityki klimatycznej Unii, lewicowych wartości, określanych jako „wartości unijne”, prymatu orzeczeń trybunału w Luksemburgu nad Konstytucją RP i innych zmian ustrojowych, które odbywają się obecnie bez zmian traktatowych lub – jak to określają naukowcy – są wprowadzane „tylnymi drzwiami” – poprzez szantaż finansowy. Co więcej, nawet jeśli rząd we wszystkim zacznie ustępować, to i tak będzie mniej wiarygodny niż koalicja opozycji. To oznacza nacisk polityczny Brukseli przynajmniej do czasu wyborów parlamentarnych w Polsce.

O ile Niemcy właściwie już wyłożyli karty na stół i nie kryją się ze swoimi planami dotyczącymi budowy superpaństwa, o tyle dziwi fakt, że są państwa, które temu przyklaskują bądź wyrażają milczącą aprobatę?

– To wynik wielu czynników. Przede wszystkim nagonki antypolskiej w mediach Europy Zachodniej, którą wzmacniały doraźne interesy wyborcze polskiej opozycji. Musimy też pamiętać o sile propagandy lewicowej w Unii, która lansuje agendę klimatyczną i tzw. wartości europejskie. Każdy inny punkt widzenia na wartości polityczne, cele Unii i przyszłość integracji są traktowane jako antyeuropejskie lub populistyczne i wręcz autorytarne. Po drugie, mniejsze państwa obawiają się, aby nie spotkał ich podobny los jak rządzących na Węgrzech i w Polsce, więc wolą siedzieć cicho. Jeszcze inni dogadali się z Berlinem lub Paryżem, albo wręcz postrzegają grillowanie Polaków jako korzystne dla swoich interesów, np. finansowych. Tak jest w przypadku tzw. płatników netto do budżetu unijnego, głównych beneficjentów „Europejskiego funduszu odbudowy”, a więc państw południa strefy euro, wreszcie krajów, które mogą skorzystać na transformacji klimatycznej w Unii, która dla nas w obecnej postaci jest bardzo kosztowna.

Polska się jednak temu sprzeciwia i stąd ta cała nagonka i zwłoka z wypłatą należnych nam środków z „Krajowego planu odbudowy”?

– Rząd konserwatywny w Warszawie kwestionuje marsz w kierunku federacji i centralizacji, który odbywa się bez niezbędnej zmiany traktatów, a więc poprzez przekraczanie prawa europejskiego przez instytucje unijne łącznie z TSUE, w wyniku zjawiska określanego w literaturze jako competence creep, a więc zawłaszczanie uprawnień państw członkowskich przez Brukselę. Protestuje też przeciwko monopolowi władzy Paryża i Berlina w strukturach unijnych. Broni demokracji w państwach członkowskich, a więc tego, aby to obywatele i wyborcy, a nie Bruksela lub Luksemburg, a więc urzędnicy i sędziowie, decydowali o sprawach, które – zgodnie z traktatami – należą do demokracji narodowej.

Do takich zaliczyć trzeba większość spraw obejmowanych przez tzw. unijne wartości. Przykładem są kwestie aborcji, przywilejów dla mniejszości seksualnych, prawa rodzinnego oraz imigracji. Polski rząd jest – przynajmniej deklaratywnie – przeciwko federalizacji Unii i opowiada się za koncepcją Europy ojczyzn. Wreszcie opowiada się za silnym NATO i sojuszem transatlantyckim oraz bezkompromisową polityką wobec Rosji. To wszystko drażni decydentów w Europie Zachodniej.

Prędzej czy później Unia i tak będzie musiała wypłacić należne nam środki. Po co zatem cały ten spektakl? Na przełomie października i listopada rząd ma złożyć wniosek o wypłatę środków z KPO. A może powinniśmy zrezygnować z tych pieniędzy i wycofać się z żyrowania pożyczki dla całej Wspólnoty?

– Bardzo prawdopodobne jest to, że pieniądze z KPO do Polski nie popłyną przed wyborami. A to oznacza, że nawet jeśli nastąpi zmiana rządów na liberalno-lewicowe w Polsce, to tych funduszy nie uda nam się wydać w całości. Przypominam, że program formalnie kończy się w grudniu 2023 r. Specjaliści uznają, że jeśli w przyszłym roku nie uda się wydać przynajmniej połowy przyznanych nam środków, to oznacza, że je stracimy. Tymczasem już obecnie spłacamy pożyczki w ramach KPO i będziemy to czynić przez ponad kolejnych 30 lat. Czy ma sens pozostawać w programie, gdzie dokładamy się do głównych beneficjentów, czyli południa strefy euro, a sami nie wykorzystamy nawet tych znacznie mniejszych funduszy (w porównaniu do Włoch, Hiszpanii, Francji i Niemiec), które nam przyznano. Czy jest sens popierać federację europejską w postaci kolejnych podatków unijnych nakładanych na polskich obywateli, skoro już dziś wiadomo, że dużej części, a nawet większości funduszy z tego programu nie wykorzystamy?

Ponadto omawiany program jest próbą wplątania nas w odpowiedzialność finansową za kłopoty strefy euro, z którą nie powinniśmy mieć nic wspólnego, bo to jest system szalenie niestabilny i kosztowny dla słabszych gospodarek. Najlepszym tego dowodem są kłopoty Grecji, ale również to, że o wiele mniej bogata Słowacja musi partycypować w programach ratunkowych dla bogatszych państw z południa unii walutowej. Zatem im szybciej porzucimy KPO, tym będzie lepiej, bo przestaniemy płacić nasze zobowiązania, a trzeba pamiętać, że w ramach tego programu wkrótce i tak będziemy tzw. płatnikiem netto.   

Niemcy i Komisja Europejska nie kryją się z tym, że wspierają totalną opozycję, dążąc de facto do obalenia demokratycznie wybranego rządu w Polsce. Prezes Kaczyński mówi „stop, dość ustępstw”. Jak skutecznie możemy postawić się Unii?

– Bruksela przyzwyczaiła się do tego, że formułujemy dość radykalnie opinie, ale później ustępujemy jej w większości spraw. Dlatego tak skutecznie nas szantażuje unijnymi pieniędzmi. Powinniśmy przejść do czynów i w ten sposób wzmocnić nasz autorytet w przyszłych negocjacjach. Drogą do tego powinno być jednostronne wypowiedzenie KPO i udziału w podatkach europejskich powiązanych z tym programem. Ponadto musimy wreszcie pokazać Brukseli, Paryżowi i Berlinowi nasze czerwone linie w polityce europejskiej, ale nie tylko i wyłącznie na użytek krajowej rywalizacji wyborczej, tylko na serio. Może to objąć politykę klimatyczną, której realizacja powinna być przez nas zawieszona przynajmniej na jakiś czas. Po pierwsze dlatego, że w kryzysie energetycznym to przekracza możliwości finansowe naszych obywateli, a po drugie ze względu na to, że nie dostajemy funduszy unijnych mających nas wspierać w transformacji klimatycznej. 

Ostatnio Niemcy usiłują w ramach rzekomej troski o środowisko zablokować polskie inwestycje wokół Odry i Świnoujścia. O co tu chodzi, bo przecież nie o ekologię…?

– Jest to jeden z wielu przykładów nieprzyjaznej polityki władz niemieckich wobec Polski. Chodzi o to, aby Polska nie budowała swojej konkurencyjności gospodarczej wobec RFN i raczej pogłębiała zależność geoekonomiczną od Niemiec. Trzeba robić swoje i nie oglądać się na kłody rzucane przez Niemców. Nawet jeśli w tym celu będą oni wykorzystywać instrumenty Unii, na przykład wyroki TSUE. Mamy prawo do rozbudowy portów morskich i dróg wodnych dokładnie tak samo, jak swoje porty i komunikację rzeczną – np. na Renie – rozwinęli Niemcy. 

Rząd kanclerza Olafa Scholza m.in. za postawę wobec Ukrainy – jest pod ostrzałem nie tylko niemieckich mediów. Czy to może być przysłowiowy gwóźdź do politycznej trumny Scholza?

– Klasa polityczna w Niemczech jest bardzo solidarna, uznaje takie ataki, jak te obecne na Scholza, za destabilizację państwa, podobnie jest w przypadku wspólnej linii w polityce zagranicznej. Zupełnie odwrotnie niż w Polsce. Niemniej nawet po zmianie kanclerza polityka europejska RFN oraz oczekiwania Berlina wobec Polski się nie zmienią. Trzeba pamiętać, kto wymyślił grillowanie Polski w odniesieniu do praworządności. W 2016 r. pomysł wprowadzenia warunkowości otrzymywania funduszy unijnych w odniesieniu do tzw. wartości europejskich przedstawili dyplomaci niemieccy, a więc kanclerz Angela Merkel. W ten sam sposób przeciwko wzmacnianiu wschodniej flanki NATO był ostatnio na szczycie NATO nie tylko Scholz. Wcześniejsi kanclerze czynili dokładnie to samo. Niemcy stawiają nam rozliczne żądania, a sami rzadko kiedy mają wzgląd na polskie interesy. Nasze relacje są od wielu lat asymetryczne, a nie partnerskie. Dlatego nie widzę szans na zmianę tej postawy w establishmencie niemieckim.

               Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl