logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: GIUSEPPE LAMI/ PAP/EPA

Anioł Pański z Papieżem

Niedziela, 24 października 2021 (15:37)

Aktualizacja: Niedziela, 24 października 2021 (15:37)

Zwracajmy się do Boga całym sercem, ufając, że On wysłuchuje uważnie każdą modlitwę – zachęcił Papież Franciszek w rozważaniu poprzedzającym modlitwę Anioł Pański na placu św. Piotra w Watykanie. Wskazał, że nasza modlitwa nie powinna być nieśmiała, gdyż „Jezusa, który może wszystko, trzeba prosić o wszystko”.

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Ewangelia dzisiejszej liturgii mówi, że Jezus, wychodząc z Jerycha, przywraca wzrok Bartymeuszowi, niewidomemu żebrzącemu przy drodze (por. Mk 10,46-52). Jest to ważne spotkanie, ostatnie przed wejściem Pana do Jerozolimy na Święto Paschy. Bartymeusz stracił wzrok, ale nie głos! Istotnie, gdy usłyszał, że Jezus ma przejść obok, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (w. 47). Ów człowiek woła i woła. Uczniowie i tłum są zirytowani jego wołaniem i napominają go, aby milczał. Ale on krzyczy jeszcze głośniej: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (w. 48). Jezus słyszy i natychmiast się zatrzymuje. Bóg zawsze wsłuchuje się w wołanie ubogich i wcale nie jest zaniepokojony głosem Bartymeusza, wręcz przeciwnie, dostrzega, że jest on pełen wiary, wiary, która nie boi się nalegać, pukać do Bożego serca, pomimo niezrozumienia i strofowań. I tu tkwi źródło cudu. Istotnie, Jezus mówi do niego: „Twoja wiara cię uzdrowiła” (w. 52).

Wiara Bartymeusza przejawia się w jego modlitwie. Nie jest to modlitwa nieśmiała i konwencjonalna. Przede wszystkim nazywa Pana „Synem Dawida”: to znaczy, że uznaje Go za Mesjasza, za Króla, który przychodzi na świat. Następnie woła Go po imieniu, z ufnością: „Jezusie”. Nie lęka się Go, nie nabiera dystansu. W ten sposób z serca wykrzykuje przyjaznemu Bogu cały swój dramat: „ulituj się nade mną!”. Jedynie ta modlitwa: „ulituj się nade mną!”. Ludzi prosi o kilka monet, a Jezusa, który może wszystko, prosi o wszystko: „ulituj się nade mną!, ulituj się nad tym wszystkim, czym jestem”. Nie prosi o łaskę, lecz przedstawia siebie: prosi o miłosierdzie dla swojej osoby, dla swojego życia. Nie prosi o coś nieznacznego, ale jest to piękna prośba, bo błaga o litość, czyli współczucie, miłosierdzie Boga, Jego czułość.

Bartymeusz nie używa wielu słów. Mówi to, co istotne, i powierza się miłości Boga, który może sprawić, aby jego życie rozkwitło na nowo, czyniąc to, co jest niemożliwe dla ludzi. Dlatego nie prosi Pana o jałmużnę, ale ukazuje wszystko, swoją ślepotę i swoje cierpienie, które wykraczało poza to, że nie widział. Ślepota była wierzchołkiem góry lodowej, ale w jego sercu musiały być rany, upokorzenia, zniweczone marzenia, błędy, wyrzuty sumienia. Modli się sercem. A my? Czy kiedy prosimy Boga o łaskę, wkładamy w modlitwę także naszą własną historię, nasze rany, upokorzenia, zniweczone marzenia, błędy, wyrzuty sumienia?

„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Przyswójmy dziś sobie tę modlitwę. Powtórzmy ją. I zadajmy sobie pytanie: „Jak to jest z moją modlitwą?”. Czy jest odważna, czy ma w sobie dobrą natarczywość Bartymeusza, czy umie „pochwycić” Pana, który przechodzi obok, czy też zadowala się formalnym pozdrowieniem od czasu do czasu, gdy sobie przypomnę? Te letnie modlitwy, które w ogóle nie pomagają. A ponadto: czy moja modlitwa jest „treściwa”, czy obnaża moje serce przed Panem? Czy przedstawiam mu historię i twarze mojego życia? Czy też jest może anemiczna, powierzchowna, złożona z rytuałów bez uczuć i serca? Kiedy wiara jest żywa, modlitwa jest serdeczna: nie żebrze o grosze, nie sprowadza się do potrzeb chwili. Jezusa, który może wszystko, trzeba prosić o wszystko. Nie zapominajcie o tym. Jezusa, który wszystko może, trzeba prosić o wszystko, nalegając przed Nim. On nie może się doczekać, aby wylać swoją łaskę i radość do naszych serc, ale niestety to my trzymamy się z daleka, może ze względu na nieśmiałość, lenistwo lub niewiarę.

Wielu z nas, kiedy się modlimy, nie wierzy, że Pan może czynić cuda. Przypomina mi się historia – którą widziałem – o ojcu, któremu lekarze powiedzieli, że jego dziewięcioletnia córka nie przeżyje nocy. Była w szpitalu. I wsiadł do autobusu i pojechał siedemdziesiąt kilometrów do sanktuarium Matki Bożej. Było zamknięte, a on, trzymając się kurczowo bramy, całą noc się modlił: „Panie, ocal ją! Panie, daj jej życie!”. Modlił się do Matki Bożej, całą noc, wołając do Boga, płacząc z serca. Rano, gdy wrócił do szpitala, zastał płaczącą żonę. I pomyślał: „Ona nie żyje”. A żona powiedziała: „To nie zrozumiałe, nie da się wyjaśnić, lekarze mówią, że to coś dziwnego, wygląda na to, że jest uleczona”. Wołanie tego człowieka, który prosił o wszystko, zostało wysłuchane przez Pana, który dał mu wszystko. To nie jest opowieść: sam to widziałem, w innej diecezji. Czy mamy tę odwagę w modlitwie? Tego, który może dać nam wszystko, prośmy o wszystko, jak Bartymeusz, który był wielkim nauczycielem, wielkim mistrzem modlitwy... Niech on, Bartymeusz, stanie się dla nas wzorem ze swoją wiarą konkretną, wytrwałą i odważną. I niech Matka Boża, Dziewica modląca się, nauczy nas zwracać się do Boga całym sercem, ufając, że On wysłuchuje uważnie każdą modlitwę.

JG, KAI

NaszDziennik.pl