logo
logo
zdjęcie

Filip Frąckowiak

KOLĘDA DZIECINNA

Środa, 19 grudnia 2012 (02:00)

Mija 23. rocznica wypuszczenia na wolność ostatniego więźnia politycznego PRL. Tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia 1989 roku mój Ojciec Józef Szaniawski wyszedł z więzienia w mazurskim Barczewie.

Pamiętam dokładnie chwilę, gdy jako 9-letni chłopiec późnym zimowym wieczorem niecierpliwie stałem przy zaszronionym oknie, wyczekując samochodu rodziców. Przykładałem nos do szyby najmocniej, jak to było możliwe, aby wychylić się i dojrzeć zbliżające się światła.

Pamiętam bardzo dokładnie, gdy tej pierwszej nocy, po 5 latach, Tata po raz pierwszy głaskał mnie po głowie. Tak długo go nie było, że tamten dziewięciolatek nawet nie wiedział, co powiedzieć. Nie wiedział, gdzie był Ojciec, ani że ta rozłąka miała trwać nie 5, a 10 lat. W milczeniu leżałem na łóżku, a jego ciężka, ale łagodna dłoń przesuwała się po moich skroniach.

Pisał w 2010 roku na łamach „Naszego Dziennika” o swojej najsmutniejszej wigilii w celi w Barczewie, dawnym zamku krzyżackim, a później pruskim więzieniu. W 1986 roku spędzał ją sam w karcerze za „złe zachowanie”. Słyszał w oddali stłumione dzwony wzywające na Pasterkę. Aby otrzymać więzienny posiłek, klękał przed specjalnie skonstruowaną kratą w drzwiach (tzw. tygrysówka dla szczególnie niebezpiecznych więźniów). Chlebem dzielił się sam ze sobą.

Po drugiej stronie muru, daleko stamtąd, w ciepłym domu z Mamą byłem ja. Przeżywałem swoją Wigilię Bożego Narodzenia. Nieświadomie, niewinnie. Nie wiedziałem, gdzie jest Tata. Miał już mój list, który napisałem do niego. A właściwie tylko koślawo, dziecięco podpisałem: „Filip”. I przy tym moim, być może pierwszym w życiu podpisie, jakiś klawisz wstawił pieczątkę: „Cenzurowano”.

Jak musi boleć serce ojca, gdy już nie może być ze swym dzieckiem „sam na sam”, nawet na papierze. Tata pokazał mi ten ostemplowany list, dopiero gdy miałem dwadzieścia lat. Późno. Nigdy nie zapomnę tego ani władzy PRL, ani temu złemu państwu. Zabrali mi Tatę na 5 lat, a chcieli na 10. I nie była to wina mojego Ojca. Sąd, który go uniewinnił w 1990 roku, nie dopatrzył się w jego współpracy z radiem Wolna Europa działalności innej niż dziennikarska.

Czy tak samo łagodna jak dłoń mojego Ojca była ręka Janusza Palikota, gdy gładził dłonie gen. Wojciecha Jaruzelskiego w szpitalu 13 grudnia 2012 roku? Czy gdy Janusz Palikot ściskał słabe ręce starca odpowiedzialnego za te wszystkie dramaty, myślał o małych dzieciach takich jak ja? Ile tysięcy ich było czekających na swoich ojców przez całe dekady PRL? Ile ich było w grudniu 1970 roku? Ile ich było w grudniu 1981 roku?

A tych dat, nie zawsze tak wyrazistych, bo czasem ojcowie byli zabierani skrycie, nie da się zliczyć. Generał Wojciech Jaruzelski tego PRL-u nie zakończył, on go utrwalał – z każdym kolejnym aresztowaniem. I nie jest w najmniejszym stopniu jego zasługą polska ucieczka do wolności. Czy Janusz Palikot mówiąc: „Stop nienawiści, trzeba wesprzeć chorego generała”, myślał o tysiącach dziecięcych listów, takich najczulszych i najdelikatniejszych, najbardziej niewinnych, obrzydliwie kontrolowanych przez funkcjonariuszy PRL?

Przed nami czas wybaczania, jedna z najpiękniejszych tradycji związanych z Bożym Narodzeniem. Niech zatem w następnych latach ci, którzy będą wybaczać temu strasznemu oprawcy, przez którego płakały dzieci w Polsce, przyjmą czas grudniowych dat za rekolekcje poprzedzające akt przebaczenia.

Filip Frąckowiak

Aktualizacja 19 grudnia 2012 (12:42)

Nasz Dziennik