logo
logo
 

Jan Maria Jackowski

Brytyjczycy w bitwie o Europę

Sobota, 26 stycznia 2013 (02:03)

Wielka Brytania od kilku wieków w swojej tradycyjnej polityce europejskiej zwalcza najsilniejsze państwo na kontynencie. Jeśli tylko wyrastała ponad miarę jakakolwiek potęga w Europie, to Londyn dążył do wyeliminowania przeciwnika, a przynajmniej jego neutralizacji, by pilnować balansu i pozostać czynnikiem rozstrzygającym. Dziś już gołym okiem widać, że francuski projekt europeizacji Niemiec po II wojnie światowej zakończył się fiaskiem i zamiast niego mamy do czynienia z procesem odwrotnym – germanizacją Europy. W tandemie niemiecko-francuskim, który przez kilka dziesięcioleci opierał się na względnej równowadze i był kołem napędowym integracji europejskiej, po zjednoczeniu Niemiec Paryż został zepchnięty na pozycję słabszego gracza.

Berlin nawet nie ukrywa, że po osłabieniu pozycji Francji celem niemieckiej polityki jest przejęcie pełniejszej kontroli nad strukturami europejskimi. Niemiecka doktryna traktuje Unię Europejską jako narzędzie realizacji narodowych interesów niemieckich. Dlatego pod hasłem walki z obecnym kryzysem i ratowaniem wspólnej waluty jest lansowana koncepcja „więcej integracji” według recepty przepisanej przez Berlin. Jej istota polega na przekształceniu Unii Europejskiej w państwo federalne pod protektoratem Niemiec.

W zaistniałej sytuacji Londyn postanowił utemperować niemieckie aspiracje. Jeżeli nie uda się okiełznać zakusów Berlina, to celem Anglików jest co najmniej zmuszenie Niemców do przyjęcia brytyjskich warunków. David Cameron oświadczył, że jeśli w 2015 roku wygra wybory, to zaproponuje Brukseli nowe zasady obecności Wielkiej Brytanii w UE polegające na głębokiej reformie instytucji europejskich, zabraniu Brukseli części uprawnień, a także cięciach wydatków na przerośniętą biurokrację europejską. „Jesteśmy – mówił – rodziną państw demokratycznych, wszyscy jesteśmy członkami UE, podstawą jest wspólny rynek, a nie wspólna waluta”.

Następnie ten nowy traktat podda ocenie Brytyjczyków w referendum. Cameron dodał, że według niego kryzys zadłużenia zmieni strefę euro „być może nie do poznania”, a zaproponowane przez niego referendum w gruncie rzeczy będzie przesądzało, czy Wielka Brytania pozostanie w Unii Europejskiej, czy z niej wystąpi. „Potrzebujemy fundamentalnych, daleko sięgających zmian” – mówił. Według niego, pięć zasad dla Unii Europejskiej to: konkurencyjność, elastyczność, władza zostaje w krajach, demokratyczna odpowiedzialność i sprawiedliwość. Dodał, że największe zagrożenie dla UE pochodzi ze strony „tych, którzy uważają nowe sposoby myślenia za herezję”. „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Na najważniejsze z dotychczasowych wystąpień Camerona natychmiast i w tonie już pojednawczym zareagowała kanclerz Angela Merkel. Oświadczyła, że jest gotowa podjąć działania, które zapobiegłyby wystąpieniu Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej. Cameronowi nie chodzi o wyjście z Unii Europejskiej, ale polepszenie warunków obecności jego kraju w strukturach europejskich oraz zwiększenie brytyjskich wpływów w Brukseli. Niektórzy uważają, że jesteśmy świadkami tworzenia brytyjsko-niemieckiego sojuszu w Unii.

Rządząca Polską PO może się uczyć, jak poważne kraje dbają o rację stanu. Bo w Unii Europejskiej tylko twardo i głośno mówiąc o swoich interesach, można coś uzyskać. Polska powinna być aktywna w tej rozgrywce i właściwie wykorzystać nową koniunkturę.

Jan Maria Jackowski

Nasz Dziennik