logo
logo
zdjęcie

Marek Czachorowski

Niebo w klinikach in vitro?

Wtorek, 14 maja 2013 (02:02)

Oferta nieba na ziemi powraca raz za razem w dziejach ludzkości. Jakoby wystarczy tylko np. zlikwidować własność prywatną i oczywiście odciąć trzymające ją ręce „złodziei” wspólnego mienia.

To oczywiście marksistowska wersja drogi do raju na ziemi, określanej niekiedy jako ostatnia herezja chrześcijańska (J. Maritain). Inni budowniczowie nieba na ziemi proponują nam rewolucję seksualną – czyli rekreacyjne traktowanie sfery miłowania osoby.

Zamiast jednak nieba znów tylko AIDS, megarzeź nienarodzonych dzieci oraz dotkliwe doświadczenie osamotnienia tych, którym udało się urodzić.

Dzisiaj niebo na ziemi proponują… kliniki zapłodnienia in vitro. Wchodząc nawet do katolickich kościołów, nie znajdujemy nieba.

Spotykamy się tu jako wspólnota grzeszników, ciągle przypominających sobie i innym o swojej grzeszności, ale radujących się, skoro „błogosławiona wina ma aż takiego Odkupiciela”. Inaczej ma być w klinikach in vitro, jak zapewnia się na ich stronach internetowych.

Wszędzie na ziemi interesy, rozpychanie się łokciami, egoizm, a do tych klinik przychodzić mają wszyscy tylko z miłości, całkowicie bezinteresownie.

Niczym w prawdziwym Niebie! Swoje życiodajne soki mają zostawiać w tych klinikach mężczyźni wyłącznie z altruistycznych powodów, chyba zatem dla dobra ludzkości, czy niepłodnych par, realizując z heroizmem nakaz płodności z Księgi Rodzaju.

Pozostawiając w bankach nasienia swoje mrożonki w azocie, zdają się być zatem obywatelami Nieba. Zżerana egoizmami Ziemia nie jest ich godna.

Do owego „nieba” idą również szlachetne, bo bezinteresowne kobiety, znów jakoby z wyłącznie altruistycznych powodów pozostawiające w klinikach swoje komórki jajowe oraz swoje dzieci, nazywane przez biologów „zarodkami”. Niechże także niepłodne pary radują się macierzyństwem i ojcostwem!

Nawet w najpiękniejsze bajki nie należy wierzyć. Z jakiego to powodu, całkiem „ziemskiego”, a nawet przyziemnego, kliniki in vitro zapewniają wszystkich, iż dawcy komórek płciowych oraz odstępujący swoje zarodki to wyłącznie szlachetni altruiści, spragnieni tylko dobra innych?

Aby rozwiązać tę zagadkę, wystarczy orientacja w regulacjach prawnych UE, z którymi pewnie zapoznał się personel tych klinik, tak jak niemiecka ambasada, domagająca się wyjaśnień odnośnie do twierdzenia polskiego ministra Gowina, iż polskie kliniki sprzedają Niemcom ludzkie zarodki.

To twierdzenie kosztowało go utratę nie tylko ministerialnej teki, ale chyba także głowy. Z jakiego innego powodu nie podjął dalszej walki o prawdę o klinikach in vitro, tylko zapewnił o geniuszu premiera Tuska?

Czyżby lękano się także w klinikach in vitro unijnej dyrektywy 2004/23/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 31 marca 2004 r. „w sprawie ustalenia norm jakości i bezpiecznego oddawania, pobierania, testowania, przetwarzania, konserwowania, przechowywania i dystrybucji tkanek i komórek ludzkich”?

Mowa tu bowiem, iż „Państwa Członkowskie podejmują starania w celu zagwarantowania dobrowolnego i honorowego oddawania tkanek i komórek. Dawcy mogą otrzymywać rekompensatę, która ogranicza się wyłącznie do zwrotu wydatków i zadośćuczynienia za niewygody związane z oddawaniem tkanek i komórek”.

Do klinik ma się zatem wpuszczać wyłącznie owych „honorowych” dawców nasienia, „honorowe” dawczynie komórek jajowych oraz „honorowych” darczyńców własnych dzieci („zarodków”).

Czyżby polski personel klinik in vitro nie chciał się narażać unijnym urzędnikom, zwłaszcza w sytuacji braku polskich regulacji prawnych dotyczących pobierania komórek płciowych oraz postępowania z ludzkimi zarodkami?

Biznesmeni nie mówią zresztą o wszystkim i z wszystkimi. Czyżby zatem trzeba jeszcze czekać na prawdziwe Niebo?

Marek Czachorowski

Nasz Dziennik