logo
logo
zdjęcie

Marek Czachorowski

Ani zimni, ani gorący

Wtorek, 23 lipca 2013 (02:00)

Osaczeni przez ideologów „gender” szukamy wpierw jej twórców, źródeł finansowania i czołowych aktywistów. Dzięki temu rozpoznaniu zagrożenie jest bardziej czytelne, a zatem mniej groźne.

Tego kroku nie należy pomijać, ale nie należy na nim poprzestać. Wszystkie zbrodnicze ideologie wprawdzie mają swoich pierwszoplanowych aktywistów, jednak ich sukces zawsze jest dziełem tłumu całkiem banalnych osobników, owych „letnich” z Apokalipsy św. Jana: ani „zimnych”, ani „gorących”.

Tak też było z ideologią nazistowską, dzielącą nas na „nadludzi” i „podludzi”, z racji biologicznego uposażenia. Siła Hitlera leżała nie w jego wrzaskach, pakcie z Mefistofelesem i żołdakach dyszących żądzą mordu, ale tłumie spragnionych własnej wygody życiowej, zawodowej kariery i nienarażaniu się silniejszym.

Z tego powodu tłumy Niemców wsparły nazistów, który to fakt próbuje się zamazać. Widać to w niedawno zafundowanej nam w telewizji kpinie z naszej tragicznej i bohaterskiej przeszłości. Kpinie będącej śmiertelnie niebezpiecznym dla Niemców kłamstwem, a nie „zbyt prostą historią”, jak wyraził się prezes Juliusz Braun w liście skierowanym do „zaprzyjaźnionej” stacji niemieckiej TV, która wyprodukowała film „Nasze matki, nasi ojcowie”.

Dla odświeżenia pamięci konieczny jest powrót do lektury epokowego dzieła Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie”. Książka poświęcona jest megazbrodni XX wieku: z jednej strony wymordowaniu 1/3 narodu żydowskiego, a z drugiej – uczestniczeniu w tym ludobójstwie zwłaszcza mas tzw. porządnych obywateli Niemiec.

Tylko trybikiem tej machiny był Adolf Eichmann, schwytany przez wywiad Izraela, osądzony i skazany na karę śmieci w pokazowym procesie w Jerozolimie w 1961 roku. Nie dało się wymierzyć mu sprawiedliwości w Niemczech Zachodnich, również z tego powodu, że po przegranej wojnie szybko zniesiono tam karę śmierci, niekoniecznie z humanitarnych powodów, jak każe domyślać się Arendt.

Autorka to Żydówka, uciekinierka do USA z zainfekowanej do dzisiaj Europy (także Polski) dzieleniem nas na „nadludzi” i „podludzi”; uważana zgodnie za jednego z najwybitniejszych współczesnych filozofów polityki.

W słynnej książce o procesie Eichmanna – za którą wiele wycierpiała i do dzisiaj szykanowanej – robi wrażenie starotestamentalnego proroka, próbującego ocalić własny naród i inne narody (zwłaszcza Niemców) przed moralną degrengoladą zarówno zacierania prawdy o odpowiedzialności za zbrodnie okresu III Rzeszy, jak i dalszego posługiwania się zbrodniczymi kryteriami wartościującymi ludzi na „lepszych” i „gorszych”, godnych życia i niegodnych życia. Mamy i u nas znanych i niezwykle szanowanych – także na niektórych katolickich salonach – profesorów bioetyków, uczniów Eichmanna i dr Mengele, w biały dzień doradzających skorzystanie z badań prenatalnych i aborcji eugenicznej, bo jakoby nie warto utrzymywać przy życiu chorych dzieci.

Obserwatorzy procesu Eichmanna przeżyli wpierw zdumienie. Zamiast demonicznego super-Nergala zobaczyli w oskarżonym banalnego urzędnika, gotowego do każdej zbrodni, a zarazem jej samousprawiedliwienia, jeśli to będzie potrzebne dla utrzymania własnego stołka lub zdobycia jeszcze wygodniejszej posady.

Według Arendt, pomiędzy Eichmanem, jego sposobem myślenia, „a światem, w którym kiedyś [w nazistowskich Niemczech] żył, panowała idealna harmonia. Niemieckie społeczeństwo (…) broniło się przed rzeczywistością i nagimi faktami przy użyciu dokładnie tych samych sposobów: takim samym samookłamywaniem się, tymi samymi oszustwami i głupotą (…), zakłamanie stało się integralną częścią niemieckiego charakteru narodowego”.

Niczym zatem Eichmann nie różnił się od „zwyczajnego” Niemca okresu III Rzeszy. Z jednym wyjątkiem: umożliwiono mu konfrontację z własną przeszłością, jej trafną ocenę i wymierzono karę.

Marek Czachorowski

Aktualizacja 23 lipca 2013 (09:33)

Nasz Dziennik