logo
logo

Zdjęcie: E.Sądej/ Nasz Dziennik

Na straży polskich interesów

Poniedziałek, 29 października 2012 (02:19)

Dziś trzeba stworzyć politykę historyczną, która wyzwoli prawdę o przeszłości z bełkotu uwsteczniającego nas w rozwoju cywilizacyjnym, z wielości prawd i równoprawnych narracji. Coś na kształt ruchu egzekucyjnego, gromadzącego obywateli Polski szesnastowiecznej w walce o odzyskanie praw i przywilejów dławionych przez bezprawne roszczenia oligarchów.

Niedawno w Magazynie "Naszego Dziennika" poruszono ważny problem polskiej polityki historycznej. Do zawartych tam uwag warto dorzucić spostrzeżenia na temat konieczności prowadzenia polityki historycznej dla tzw. Ziem Odzyskanych, uwzględniającej specyfikę tych terenów.

Chodzi o fakt, że obszar ten, choć słowiański, to jednak od średniowiecza zniemczany przez kolonistów, później należący do państwa pruskiego, a następnie Niemiec, dostał się po IIwojnie światowej w granice sowieckiego protektoratu, zwanego od 1952 r. Peerelem, rządzonym przez polskich namiestników na podstawie otrzymanego od Moskwy jarłyku.

Namiestnicy wyznaczali lokalnych kacyków otaczających się prowincjonalnym dworem. Wśród dworzan byli również historycy. I to oni właśnie oraz ich młodsze klony piszą dziś historię tych ziem po 1945 r., równie zakłamaną jak ich życiorysy.

Postkomunistyczna polityka historyczna

Kto nie wierzy, niech sięgnie po Encyklopedię Szczecina i przeczyta życiorysy obecnych "mentorów" młodych adeptów historii, zawdzięczających swoje wyniesienie do rangi lokalnej elity posłuszeństwu ludziom z Komitetu Wojewódzkiego PZPR - nie znajdzie tam stwierdzenia, że byli członkami (często funkcyjnymi) partii komunistycznej, natomiast dowie się, że przed 1989 r. byli... działaczami politycznymi, społecznymi, gospodarczymi. Krótko mówiąc - państwowcami.

Jeżeli ktoś nie daje wiary, że ponad dwadzieścia lat po rozwiązaniu PZPR może kwitnąć nadal historiografia partyjna, a jej kontynuatorami są nie tylko ludzie, których najpiękniejsze lata młodości i zaangażowania w pracę ideowo-polityczną przypadły na czasy Gomułki i Gierka, ale również historycy młodzi bądź w średnim wieku - proponuję przejrzeć prace poświęcone dziejom najnowszym Pomorza Zachodniego, którymi dzielą się ze społeczeństwem regionu historycy Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego.

Włodarze Szczecina propagują dla Pomorza Zachodniego szczególną politykę historyczną: przeszłości nie mamy, więc wybierzmy przyszłość i budujmy aquaparki dla turystów z Berlina. Historia pisana przez postkomunistów i ich klony nie kłóci się z pomysłami szczecińskich "młodych, wykształconych z wielkich miast".

Ta część establishmentu zachodniopomorskiego, która winna stać na straży polskich interesów na tym obszarze (historycy, politolodzy, politycy), jest, mówiąc oględnie, intelektualnie nieistotna.

A w dodatku w wielu wypadkach za wartości najwyższe uznająca święty spokój, pełną kiesę oraz pławienie się we własnym sosie, którego ostrą przyprawą jest wzajemna adoracja. Niezwykle podatna na to, co Zdzisław Krasnodębski nazwał "wykręcaniem umysłu": "Ci, którzy uzyskują władzę nad nami, kształtują nasze wyobrażenia o świecie, narzucają nam kategorie, w jakich myślimy, oraz system wartości sprzeczny z naszymi wyobrażeniami".

I z naszymi interesami politycznymi i duchowymi, można dodać. Natomiast przyjęcie ich, zwłaszcza z pocałowaniem przyjacielskiej ręki zza Odry, łączy się z kojącą świadomością, że szacunku, jako rezoner idei wymyślonych przez nie naszych geopolityków, to może nie zaznam (choć mogę ją wymusić), ale biedy też nie.

Niedawno Przemysław Żurawski vel Grajewski pisał w "Naszym Dzienniku", jakie awanse czekają na tych, którzy zgodzili się na rolę potakiwaczy dla niemieckich wyborów i decyzji politycznych ("Nagroda za klientyzm", 13 września); refleksje dotyczyły wprawdzie szczebla centralnego, ale równie dobrze można rozważania autora odnieść do prowincji. Pokora wobec centrów decyzyjnych położonych za granicą też zgodna jest z naukami, jakie regionalni mentorzy młodych odebrali w gabinetach Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

W czasach Peerelu Szczecin był twierdzą społecznych protestów przeciwko władzom komunistycznym. Dziś na tym terenie zwyciężają partie, którym Peerel nie wadzi, a słowo "zdrada", jeżeli je w ogóle stosują - to tylko wobec tych, którzy narazili się sitwom.

Partia nakreśla ambitne cele

W mieście powstaje Centrum Dialogu Przełomy, będące integralną częścią Muzeum Narodowego w Szczecinie. Na oficjalnej stronie internetowej muzeum znajdziemy tekst informujący o zadaniach i celach Centrum.

Wynika z niego, że wystawa dziejów Pomorza Zachodniego zbudowana będzie z czterech punktów węzłowych: "genezy państwowości polskiej na Pomorzu Zachodnim w 1945 roku oraz trzech kulminacji oporu społecznego w latach 1970, 1980 i 1988 - rozumianych jako kluczowe doświadczenia wspólnotowe na drodze do społeczeństwa obywatelskiego. W tych ramach jest miejsce dla ukazania ówczesnych racji politycznych wielu stron [podkr. R.K.]".

Dalej czytamy, że celem wystawy nie jest narzucanie interpretacji, ale sprowokowanie sporów wokół historii Pomorza Zachodniego. A poza tym: "Obecna świadomość metodologiczna nauk historycznych zakłada wielość narracji, których uzgodnienie może nie być osiągalne".

Jak to bywa przy tego typu postmodernistycznej gadce, słowa nie opisują rzeczywistości, tylko starają się nami manipulować: nie przesądzajmy, nie czyńmy żadnych założeń, "prawd twardych", bo są prostą drogą do budowania społeczeństwa represyjnego, po czym... przesądzamy, zakładamy, tworzymy "łańcuchy tautologii, parę pojęć jak cepy", kiedyś z diamatu, teraz politpoprawności. A tych, którzy zwrócą na to uwagę, nazwiemy inkwizytorami, moherami, a w porywach nawet talibami.

Przyjąć, że w 1945 r. rodziła się państwowość polska czy w ogóle państwowość - wszak niektórzy socjologowie uważają, że Peerel nie tylko nie był Polską, ale również nie wypełniał definicji państwa - jak też uznanie, że w czasach przełomu tworzyliśmy jakąś wspólnotę będącą w stanie razem (z PZPR) odbierać doświadczenia "na drodze do społeczeństwa obywatelskiego", to uruchomić katarynę, która już będzie mówić za nas: z różnych stron historycznego podziału szliśmy do tego samego celu - III RP, "demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej".

To przyznać, że racje rotmistrza Pileckiego były tyle samo warte co Humera, że Polska z testamentu "Warszyca" nie może rościć pretensji do bycia lepszą od tej opisanej w konstytucji z 1952r., a I sekretarz KW miał swoją rację i palący gmach KW mieli swoje racje.

Przyznać, że w 1980 i 1988 roku też rację mieli jedni i drudzy. A największą ci, którzy - jak wspomniani mentorzy nowych pokoleń historyków - siedzieli cicho, węsząc cierpliwie, skąd wiatr wieje. W tej narracji racje zdrajców, tchórzy i lokajów oraz niezłomnych, dzielnych i niepokornych niczym się nie różnią.

Tomasz Macaulay, przewodniczący Komitetu Oświaty Publicznej Korony Brytyjskiej, uzasadniając wprowadzenie reformy szkolnictwa w Indiach w 1835 roku, stwierdził: "Przy naszych ograniczonych środkach niemożliwością jest kształtowanie całej populacji. Na razie powinniśmy się zająć uformowaniem klasy, która mogłaby służyć za tłumacza pomiędzy nami a milionową rzeszą rządzonych przez nas ludzi. Niech to będzie klasa z krwi i koloru skóry indyjska, lecz angielska w upodobaniach, moralności, opiniach i rozumowaniu".

Krótko mówiąc, sir Macaulayowi chodziło o stworzenie z wybranych tubylców korpusu sierżantów cywilizacji pośredniczących między autochtonami a kadrą oficerską kolonizatorów.

Reformę szkolnictwa, w której historia ojczysta stała się kulą u nogi młodym i wykształconym, już przeprowadziliśmy, wytyczne dla polityki historycznej już mamy, sierżantów gotowych na skinienie "białej rasy" pleść politpoprawne dyrdymały również. Czekamy tylko na kolonistów.

Ruch egzekucyjny w nauce historycznej

Należy podnieść znaczenie Szczecina - uświadomić mieszkańcom miasta i kraju, a nade wszystko sąsiadowi z Zachodu, że jesteśmy tu, bo wywalczyliśmy sobie te ziemie walką z komunizmem: krew Polaków wylana w 1970 r., męstwo lat 1980-1981, walka i ofiary stanu wojennego uzasadniają w sposób absolutny i bezsporny naszą obecność nad Odrą i Bałtykiem.

Dzięki naszemu zaangażowaniu i poświęceniu w walce z nasłanymi z "moskiewskiego chanatu" nadzorcami runął mur berliński, mogło dojść do zjednoczenia narodu niemieckiego, Europa mogła odetchnąć od trwogi przed komunizmem i wojną atomową.

Wywalczyliśmy sami sobie te ziemie. W sposób heroiczny, pokojowy. I dlatego tu jesteśmy i będziemy. A nie dzięki sowieckim czołgom i pepeszom - jak to próbują wciskać niewolnicze dusze, które wychynęły z cienia Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Szczecinie.

Nie może być tak, że do miasta wjeżdża się Trasą im. Piotra Zaremby, pieszczocha władzy ludowej. Do Szczecina winno się wjeżdżać promenadą bohaterów Grudnia ´70 i Sierpnia ´80. Awitać przybyszów powinien olbrzymi monument upamiętniający ofiary komunizmu i niezłomnych walczących z reżimem. I on winien się stać centrum urbanistycznym miasta i punktem odniesienia dla wszelkich dyskusji o dziejach zachodniopomorskich.

Cała filozofia architektury Szczecina powinna zostać podporządkowana upamiętnieniu i należytemu uhonorowaniu bohaterów wydarzeń Grudnia i Sierpnia oraz wcześniejszych ofiar UB i Informacji Wojskowej. Bo wbrew kłamstwom ówczesnej propagandy komunistycznej i współczesnej propagandy postkomunistycznej to właśnie z nich, z polskich bohaterów, naszych zachodniopomorskich konfederatów, jesteśmy. Bo jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus, bard Polski walczącej w latach 70. i 80. z władzą komunistyczną: "Odważnym wszystkim pokłon niski, pogarda dla kanalii".

Dr Robert Kościelny, historyk

Nasz Dziennik