logo
logo

Państwo polskie na równi traktuje nazizm i komunizm jako tak samo zbrodnicze systemy, które wyniszczały polski Naród w XX wieku Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Szturm na dobre imię Polski

Czwartek, 1 lutego 2018 (21:09)

Nowe przepisy ustawy o IPN, tak jak i przepisy dekomunizujące polskie ulice, są absolutnie konieczne

Nikt nie ma najmniejszego prawa nas obrażać.

„Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Nie popełnia jednak przestępstwa sprawca, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”.

Przepis ten, uchwalony przez Sejm RP na ostatnim posiedzeniu, wywołał „duże, duże wzburzenie” w Izraelu – jak ujęła to ambasador Anna Azari podczas uroczystości 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz – i skłonił samego premiera Beniamina Netanjahu do sformułowania żądania pod adresem polskiego parlamentu: „Ten przepis musi być zmieniony”.

Przypadek czy coś więcej?

Pomijam w tym miejscu fakt, że w sposób dotąd niespotykany obcy rząd ingeruje w wewnętrzne sprawy Polski, kwestionując nasze prawo do samoobrony przed pomówieniami i fałszywymi oskarżeniami, i czyni to w miejscu, czasie i okolicznościach najgorszych z możliwych – podczas uroczystości wyzwolenia więźniów Auschwitz (co wydaje się co najmniej nieprzypadkowe).

Zadaję jednak pytanie, o co chodzi. Cała ta nieoczekiwana i niespodziewana wolta ze strony państwa izraelskiego zbiega się bowiem w czasie z innymi wydarzeniami, które w sposób jednoznaczny wymierzone są w polską historię i rzeczywistość: z oskarżeniami o odradzanie się nazizmu i faszyzmu, a także z kwestionowaniem, już na podwórku wewnętrznym, zasadności dekomunizacji ulic i placów.

Zacznijmy od końca. Parlament polski przyjął ustawę o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, zgodnie z którą nazwy tych obiektów oraz ulic, dróg, mostów i placów, nadawane przez jednostki samorządu terytorialnego, nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm bądź inny ustrój totalitarny ani w inny sposób takiego ustroju propagować.

Co w tym kontrowersyjnego? Oczywiście, że nic. Wszak jesteśmy Narodem najbardziej doświadczonym w XX w. dwoma totalitaryzmami: niemieckim nazizmem oraz sowieckim komunizmem – o rozmiarach strat ludzkich i majątkowych przez 50 lat trwania tej gehenny w tym miejscu i na tych łamach pisać nie muszę. I właśnie to doświadczenie kazało wpisać polskiemu ustrojodawcy konstytucyjnemu, pomnemu „gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane” (Wstęp do Konstytucji RP), naturalne i przez nikogo niekwestionowane ograniczenie wolności słowa i wolności zrzeszania się.

Zakaz dla totalitarnych ideologii

Zgodnie z art. 13 polskiej Konstytucji, „zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu”. Państwo polskie na równi traktuje nazizm, faszyzm i komunizm jako tak samo zbrodnicze systemy, które wyniszczały polski Naród w XX w. Zakaz tworzenia organizacji i propagowania idei odwołujących się do tych systemów totalitarnych jest więc formą samoobrony całkowicie uzasadniającej takie właśnie ograniczenie konstytucyjnych wolności zrzeszania się i głoszenia poglądów.

Nie do wszystkich jednak to dotarło, nawet do tych, którzy ten przepis uchwalali. I tak po tym, jak wojewodowie zarządzeniami zastępczymi usunęli pozostałości komunistyczne na tablicach polskich ulic, w wielu województwach podniósł się krzyk lewicy i ich medialnych tub propagandowych. W Lublinie np. barbarzyństwem i innego tego typu epitetami nazwano moją grudniową decyzję o zamianie ul. Jana Hempla, przedwojennego komunisty i członka KPP, działającego także w Związku Sowieckim, na ul. Zesłańców Sybiru, która odtąd upamiętnia miliony Polaków zesłanych na Syberię i za caratu, i za sowieckich czasów.

Skąd ta krytyka? Bo Hempel był społecznikiem w biednym Lublinie i zginął w czystkach stalinowskich w ZSRS w 1937 r., mówią lewicowcy. Czyli jak ktoś był komunistą i czynnie angażował się w propagowanie tej nieludzkiej ideologii, ale przy okazji robił coś dobrego dla innych, to jest dobry? Ciekawe, czy gdyby znaleźć odpowiednik nazistowski, takiego np. nazistę, co jednocześnie był dobrym gospodarzem jakiegoś niemieckiego miasta na dzisiejszym zachodzie Polski, to też by to nie przeszkadzało i mógłby on być patronem ulicy?

Przecież to schizofrenia historyczna. Niestety tak bardzo obecna w naszej Ojczyźnie od samego początku III RP. Schizofrenia generująca tezę, że komunizm był lepszy od faszyzmu. Czy to nie celowe przypadkiem?

Walka o dobre imię Polski

Idźmy dalej. Przed nieco ponad tygodniem stacja TVN przedstawiła skandaliczne świętowanie urodzin Adolfa Hitlera przez grupkę młodych ludzi z nikomu niemal wcześniej nieznanej organizacji. Z tym że – uwaga! – po pierwsze, działo się to ponad pół roku wcześniej, i po drugie, stacja ta wiedzę na ten temat też miała od kilku miesięcy.

Zaczęła się nagonka, że oto w Polsce odradza się faszyzm, i to wszystko przez PiS, a nawet przez Kościół katolicki. Nikt się nie zastanawiał, że ta niewielka organizacja powstała w 2011 r., a w 2014 uzyskała status organizacji pożytku publicznego. Kto wtedy rządził? Nieważne! Najważniejsze, że zostało to ujawnione na początku 2018 r. i pasuje do kontekstu, bo oto za chwilę polski Sejm ze swoją większością z PiS ma uchwalić ustawę, dzięki której przestępstwem będzie każdorazowe szkalowanie naszego państwa i Narodu sformułowaniem „polskie obozy śmierci” itp.

Po latach nierównej i przegranej walki z mediami amerykańskimi, włoskimi, a nawet niemieckimi o nieużywanie tego rodzaju fałszujących historię i obraźliwych dla nas sformułowań Sejm przyjął ustawę nowelizującą ustawę o IPN. Zgodnie z jej przepisem art. 55a każdy, kto używać będzie sformułowań typu „polskie obozy śmierci”, „Polacy zabijali Żydów w Sobiborze”, „polskie obozy koncentracyjne”, popełniać będzie przestępstwo.

I nagle, niespodziewanie, przeciwko takiemu oczywistemu przepisowi wystąpiły najważniejsze osobistości i organizacje państwa Izrael, mówiąc, że przepis ten „nie pozwala na właściwą ekspozycję prawdy historycznej o holokauście”, że próbuje wybielać historię Polski, że nie pozwala na dyskusję o holokauście itp. niedorzeczności.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu przepisowi i zobaczmy, co jest przestępstwem, a co nie jest. I tak, przestępstwo popełni ten, kto oskarży Polskę lub Naród Polski jako całość o: po pierwsze, odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę zbrodnie nazistowskie lub inne zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości albo zbrodnie wojenne, a po drugie i łącznie z pierwszą przesłanką, uczyni to wbrew faktom.

Jeśli zatem są dowody na to, że jakieś jednostki lub nawet grupy Polaków kolaborowały z Niemcami i mordowały Żydów, to głoszenie tych faktów nie będzie przecież przestępstwem. Co więcej, ustawodawca dodatkowo zastrzegł, że jeśli takie oskarżenia, nawet nieudowodnione, płynęłyby z ust badacza naukowego w ramach prowadzonych przez niego badań, to też nie będzie to przestępstwo.

I jeszcze jedno, czego absolutnie nie rozumiem i osobiście nie akceptuję: nie popełni przestępstwa np. artysta, który zechce sobie zaśpiewać na scenie o „polskich obozach śmierci”.

Komu to służy?

O co zatem chodzi premierowi Izraela, pani ambasador, członkom Knesetu, Instytutu Yad Vashem itp.? Słyszymy, że nie o to, że to były „polskie obozy”, bo „budowali je nie Polacy” (kto zatem?). Jedni mówią i tłumaczą przywódców izraelskich, że to efekt niezrozumienia tekstu w języku polskim i braku tłumaczenia na hebrajski. Inni twierdzą, że to efekt braku polskiej polityki historycznej w III RP.

Ale są też tacy, którzy mówią otwarcie, że ten ciąg zdarzeń na przestrzeni zaledwie ostatniego miesiąca, przywołany w niniejszej analizie, wcale nie jest przypadkowy i układa się mniej więcej w zgrabną krótką całość: oto „próbująca się wybielić z faszyzmu czasów wojny i nieradząca sobie z odradzającym się nazizmem niedemokratyczna Polska, współodpowiedzialna za holokaust, dodatkowo godzi w dobre imię sowieckich i prosowieckich komunistów, którzy przecież walczyli z Hitlerem”.

Ktoś powie, czy to nie spiskowa teoria dziejów. Z ostrożności zapytam: a jeśli to jednak nie jest spiskowa teoria dziejów i ktoś te ataki zaplanował, to komu zależy na takiej właśnie tragicznie fałszywej narracji? Rosji? Niemcom? A może jeszcze innym państwom?

Tak czy inaczej odpowiedź musi być jedna, oparta wyłącznie na niepodważalnych faktach: Polska nie brała udziału w holokauście, sama była ofiarą holokaustu, największą ofiarą nazizmu niemieckiego i komunizmu sowieckiego. Aby ustrzec wszystkich przed podobnymi zdarzeniami, za własne pieniądze prowadzi muzea takie jak Majdanek czy Auschwitz, dokumentujące niemieckie zbrodnie czasów II wojny światowej.

 

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Dr hab. Przemysław Czarnek

Autor jest konstytucjonalistą KUL, wojewodą lubelskim.

Aktualizacja 2 lutego 2018 (09:38)

Nasz Dziennik