logo
logo

Bracia Franciszek i Szczepan Wojszowie Zdjęcie: / -

Terror bez końca

Wtorek, 27 marca 2018 (17:20)

Z Jadwigą Wojsz-Solowe, córką Franciszka Wojsza, żołnierza Armii Krajowej, WiN i NZW, rozmawia Adam Kruczek.

W wydanej właśnie przez „Nasz Dziennik”  książce pt. „Śladami Niezłomnych”  Jacek Karczewski, dyrektor  Muzeum żołnierzy wyklętych w Ostrołęce,  opisuje m.in. tragiczne losy  Pani rodziny. Z pięciorga rodzeństwa  wojszów w walce z sowiecką władzą  dwóch braci straciło życie, a jedna z  sióstr została doprowadzona do choroby  psychicznej. Jak Pani ojcu udało  się przeżyć ten straszny czas?

– Z najbliższej rodziny mojego ojca  Franciszka ps. „Wiarus” aresztowano  w 1946 roku jako pierwszego. Znaleziono  przy nim tajną prasę. Ale siedział  krótko. Mama wybłagała u babci, żeby  sprzedała część majątku i za te pieniądze  wynajęła w Warszawie adwokata Mieczysława  Maślankę, bliskiego komunistycznej  władzy. Po mniej więcej  5 miesiącach tata został zwolniony. Wyjechaliśmy  do Gdańska, gdyż rodzice  myśleli, że może tu zostawią nas w spokoju.  Niestety, tak się nie stało. Rodzice  co tydzień musieli meldować się na posterunku  MO, tłumacząc się, gdzie byli  i co robili. Czasami ubecy przyjeżdżali  do nas do domu i robili tzw. kipisz.  Wiele razy wracałam ze szkoły, zastając  mamę zalaną łzami w pokoju przedstawiającym  straszliwy widok.

Pani stryj szczepan wojsz kontynuował  walkę w Narodowym Zjednoczeniu  wojskowym?

– Tak, pod koniec 1948 roku doszły  do nas tragiczne wieści, że Szczepan  ps. „Wilk”, „Góra”, który ujawnił się w  1947 roku, lecz na skutek prześladowań  przez UB powrócił do oddziału, został  postrzelony przez ubeków, lecz im uciekł  i trafił do Szpitala Dzieciątka Jezus w  Warszawie. Prawdopodobnie UB dowiedział  się o tym i obserwował, kto się  z nim kontaktuje. W efekcie dr Józef  Juszko, który go leczył, został skazany  na 10 lat więzienia i pozbawiony prawa  do praktyki lekarskiej, Celina Klimaszewska  dostała 1 rok, jej rodzeństwo:  Henryk – 5 lat, a Czesława – 2 lata;  wszyscy za odwiedzanie stryja w szpitalu.

To nie był koniec Pani rodzinnych  tragedii?

– Tak, po śmierci Szczepana do konspiracji  w NZW powrócił najmłodszy  z braci, a moich stryjów – Stanisław ps.  „Sokół”, który „odziedziczył” broń po  Szczepanie. UB aresztował go i bestialsko  pobił na moich oczach w październiku  1949 roku. Wyrok śmierci  wykonano na nim 12 czerwca 1950  roku w więzieniu w Ostrołęce.  Czy rodzinie udało się go pochować?  – O ile ciało Szczepana rodzina dosłownie  cudem odzyskała i – choć pod  nadzorem UB – pochowała, o tyle  szczątków Stanisława poszukujemy do  dziś. Chcielibyśmy, żeby był pochowany  w nekropolii rodzinnej w Troszynie.  Jeszcze we wrześniu 1991 roku, mając  upoważnienie Związku Więźniów Politycznych  Okresu Stalinowskiego, starałam  się o spotkanie z naczelnikiem  więzienia w Ostrołęce w tej sprawie,  ale nawet nie dopuszczono mnie przed  jego oblicze. Ciekawe, że wychodząc  z tego więzienia, niby przypadkiem  zostałam zagadnięta przez mężczyznę,  który – jak twierdził – w tamtych czasach  pracował w więzieniu jako magazynier.  Sugerował niby w dobrej  wierze, że w latach 50. grzebano ludzi  w tak różnych miejscach, iż teraz nie  ma szans na ich odszukanie. Trudno  mi uwierzyć, że to spotkanie było przypadkowe.  więziennego losu nie uniknęła także  młodsza od swoich braci Marianna  wojsz.  – Tak, to ona zawiozła rannego Szczepana  do szpitala w Warszawie. 24 października  1950 roku została skazana  za kontakty z braćmi „bandytami” na  karę 7 lat więzienia. Potem na skutek  odwołania zmniejszono wyrok do 5  lat, które odsiedziała w całości. Marynia  była przystojną młodą kobietą o pięknej  twarzy. Z dokumentów wynika, że nikogo  nie wydała, ale sama poniosła  straszną cenę. Poddawano ją bestialskim  torturom fizycznym i psychicznym. Proszę  sobie wyobrazić, że 18-letnią wrażliwą  dziewczynę zamknięto w karcerze  razem ze zwłokami powieszonego mężczyzny.  Wyczytałam to w dokumentach  udostępnionych mi w IPN. Niestety, z  więzienia wróciła już psychicznie chora  i przez całe życie musiała się leczyć,  także w zakładach zamkniętych. Nigdy  się tej choroby nie pozbyła, choć założyła  rodzinę i miała dzieci.

Badając historię lat powojennych,  napisała już Pani jedną książkę pt.  „wyklęty los”, teraz pracuje nad  drugą. Jaki obraz tamtych czasów  wyłania się z tych poszukiwań?

– Badając te czasy, stwierdzam, że  skala prześladowań ludności powiatu  ostrołęckiego na podstawie „dekretu  z 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach  szczególnie niebezpiecznych w  okresie odbudowy Państwa” była  wprost porażająca. To był niesłychanie  pojemny dekret, pozwalający na skazanie  ludzi nie za to, co zrobili, ale za  sam pomysł, za to, że „wiedzieli i nie  powiedzieli”, jak wuja Marcelego Jarnotowskiego,  który dostał za to 10 lat.  Dysponuję wyrokami skazującymi  9 mężczyzn z Jarnut za to, że byli  przeciwko władzy ludowej: Antoni  Mosakowski – 5 lat, Szczepan Jarnutowski  – 5 lat, Zbigniew Kamiński –  6 lat, Franciszek Mierzejewski – 5 lat,  Julian Lędzioszek – 5 lat, Bolesław  Choromański – 5 lat, Antoni Nerwiński  – 5 lat, Stanisław Kowalewski – 5 lat.  Dla mnie skala tego terroru jest czymś  szokującym. To się po prostu nie mieści  w głowie. W wiosce Jarnuty, liczącej  zaledwie 40 chat, połowa mężczyzn  była uwięziona.

Czy Pani krewni zostali już zrehabilitowani?

– Pierwszy wniosek do Ministerstwa  Sprawiedliwości złożyłam w imieniu  babci Marii Wojsz już 12 listopada 1991  roku. Prosiłam w nim o zatarcie win i  rehabilitację mojej rodziny. Ale jak to  zwykle w Ministerstwie Sprawiedliwości,  trzeba było swoje odczekać. Czekano  chyba, aż babcia umrze, co stało się w  1992 roku, po czym napisano mi, że ja  nie mam uprawnień do reprezentowania  rodziny. Każdą z tych spraw prowadziłam  osobiście i już wszyscy są zrehabilitowani.  Szkoda, że babcia Maria tego  nie doczekała. Nasze sądy mają takie  bardzo wolno obracające się koła. Żeby  jeszcze były sprawiedliwe, to można by  się z tym jakoś pogodzić. Ale to są koła  miażdżące ludzi.

Jak to ogromne nagromadzenie  tragedii, które dotknęły rodzinę wojszów,  przeżywała Pani babcia, której  dzieci po kolei ginęły, trafiały do  więzień, traciły zdrowie?

– Pamiętam, że gdy w tamtych czasach  w naszym domu odbywały się spotkania  konspiracyjne, to babcia Maria chodziła  dookoła chaty, odmawiając Różaniec.  Babcia była bardzo religijna. Wszystko  powierzała Matce Bożej i dzięki tej  miłości, ufności przetrwała te wszystkie  nieszczęścia i żyła 92 lata.

Dziękuję za rozmowę.


Książkę „ŚLADAMI NIEZŁOMNYCH” MOŻNA NABYĆ w ksiegarniach „NASZEGO DZIENNIKA”:

w Warszawie, al. Solidarności 83/89, tel. (22) 850 60 20, (22) 850 60 00, e-mail: ksiegarnia.wawa@naszdziennik.pl

w Krakowie, ul. Starowiślna 26/4U, tel. (12) 431 02 45, e-mail: ksiegarnia@naszdziennik.pl

e-mail: zamowienia@naszdziennik.pl

Adam Kruczek

Nasz Dziennik