logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Szok po dramacie Alfiego

Środa, 6 czerwca 2018 (22:45)

Rozmowa z Matthew McCuskerem, wicedyrektorem ds. międzynarodowych brytyjskiego Stowarzyszenia Obrony Dzieci Nienarodzonych

Głośna sprawa śmierci Alfiego Evansa ujawniła konflikt między rodziną a instytucjami państwowymi. Czy w Wielkiej Brytanii powszechne jest przekonanie, że to szpital, sąd albo jakiś urząd najlepiej wie, co jest dobre dla człowieka?

– Tradycyjnie Anglicy byli zawsze sceptyczni co do siły władzy państwowej. Przez wieki obecne było silne poczucie wolności i praw jednostki. Wydaje się, że to odzwierciedlało autentyczne zrozumienie granic władzy państwa nad człowiekiem. W ciągu ostatnich 50 lat ludzie zrzekli się na rzecz państwa wielu swoich praw, a rząd uzyskał nowe kompetencje i uprawnienia. Myślę, że stało się to tak łatwo, ponieważ my, Anglicy, w przeciwieństwie do wielu innych narodów, nie doświadczyliśmy, by siła władzy wkraczała bezpośrednio w nasze życie, i to na naszą szkodę.

Teraz ludzie bardzo ufają państwu, uznają jego autorytet. Widzą państwo troskliwe, pomagające im przez system ochrony zdrowia, zasiłki dla bezrobotnych itp. Nie ma już tej sceptycznej powściągliwości wobec tego, co mówi władza, jaka istniała choćby przed drugą wojną światową. Sprawa Alfiego może zatem być tu przełomem. Ludzi zaniepokoiła kwestia tego, kto ma prawo podjąć ostateczną decyzję dotyczącą opieki nad dzieckiem. Czy mają to być rodzice czy państwowy szpital? I czy mają prawa szukać alternatywnej formy opieki medycznej, gdy uważają, że to jest w interesie ich dziecka? Reakcja opinii publicznej była mocna i zdecydowanie po stronie rodziców. Patrzę na to z perspektywy działacza pro-life.

W latach 80. marsze w obronie życia były masowe. Setki tysięcy Brytyjczyków angażowało się publicznie w ruch pro- -life i świadczyło o świętości życia nienarodzonych dzieci. W ostatnim czasie ten ruch stał się jakby uśpiony, ograniczony do zaangażowanych działaczy. A teraz widzimy wielkie liczby ludzi broniących rodziców. Myślę, że to odzwierciedla zdrowe poczucie, że prawa rodziców zostały naruszone. I to jest zachęcające, bo oznacza, że ludzie zachowali pewną niezależność myślenia. Obserwujemy to samo w obszarze edukacji seksualnej, która jest w brytyjskiej szkole prawie obowiązkowa, a w szkole państwowej praktycznie zawsze obowiązkowa. I rodzice są naprawdę zaniepokojeni tym, co się mówi w szkole ich dzieciom. Sam nie chcę, żeby moje siedmioletnie dziecko słyszało to, co się teraz mówi w szkołach siedmiolatkom. Ale dotyczy to także niekatolików i ludzi niewierzących. W rodzicach budzi się zdrowy instynkt obrony dzieci i to jest pozytywne.

Dzieci uczą się też o prenatalnym rozwoju człowieka? Postęp nauki unaocznia człowieczeństwo nienarodzonych dzieci.

– Z jednej strony tak, ale równocześnie utrzymuje w opinii publicznej przekonanie, że aborcja jest bardzo łatwa. Technika pokazuje, jak wygląda dziecko w fazie prenatalnej, więc mnóstwo polityków gotowych jest zgodzić się na wprowadzenie pewnych ograniczeń wieku wykonywania aborcji. Problem w tym, że dokonuje się arbitralnego rozróżniania między istotami ludzkimi, ponieważ ocenia się wartość ludzkiego życia na podstawie jego wieku. Prawdziwa naukowa rzeczywistość to fakt, że człowiek rozpoczyna się od poczęcia.

Co się stało z tym niegdyś konserwatywnym brytyjskim społeczeństwem, tak ceniącym życie rodzinne, że powstało „ministerstwo samotności”?

– Ludzie cały czas cenią sobie życie rodzinne. Jednak w ostatnim półwieczu doszło do alienacji narodu od władzy. Państwo przekonuje ludzi do ideologicznego programu kulturowego mark-sizmu, w wyniku czego ma miejsce przewrót obejmujący instytucje, szkoły, uczelnie, media, partie polityczne itd. Zamiast wspierać w najlepszym interesie obywateli ich wspólne dobro, realizuje się ideologiczną agendę. Większość ludzi żyje normalnie, szukają pracy, zakładają rodziny, nie zauważają, że państwo ma wobec nich jakiś plan. Robią karierę, zajmują się najbliższymi i nie jest dla nich wcale jasne, co się dzieje wokół, choć niektórzy się budzą. Na pewno istotnym czynnikiem jest materializm. Ludzie są przywiązani do wygody materialnej, która pochodzi z osobistej zamożności i ogólnego bogactwa. Ale też jest zabezpieczana przez system państwa opiekuńczego, który zdejmuje odpowiedzialność z rodzin, z rodziców i z dzieci. Oddziela jednych od drugich.

Co w tej rzeczywistości jest szansą dla obrońców życia?

– Najważniejsze jest dotarcie z przekazem prawdy o życiu do zwykłych ludzi. Nie możemy tego robić przez media ani przez potężne instytucje. Ale kiedy docieramy bezpośrednio do obywateli i rozmawiamy z nimi o realiach aborcji czy o tym, czego ich dzieci są nauczane w szkołach w ramach edukacji seksualnej, otrzymujemy mocną i pozytywną odpowiedź. Więc rozwijamy program osobistego rozdawania ulotek. Nasi wolontariusze chodzą od drzwi do drzwi z materiałami pro-life. Tak omijamy media. Używamy też internetu, mamy stronę internetową, ale w sieci każdy ogląda takie strony, jakie chce. Inaczej jest, gdy ktoś przychodzi i puka.

Jakie macie doświadczenie tych bezpośrednich spotkań?

– Większość ludzi jest otwarta. Główna przeszkoda tkwi w zakorzenionym liberalizmie. Bardzo trudno jest im uznać, że powinni coś komuś narzucić i już samo to, że można komuś powiedzieć, że robi źle, budzi duży dyskomfort. Mówią: „Nigdy w życiu nie zdecyduję się na aborcję, ale nie będę mówić innym ludziom, co mają robić, nie każdy ma wybór”. Myślę, że doszło do zagubienia poczucia istnienia prawa naturalnego czy też pojęcia wolności. Musimy wyjaśniać ludziom, że państwo ma obowiązek bronić słabszych, bezbronnych i w ogóle bronić życia wszystkich bez wyjątku.

Czy ta działalność nie spotyka się z jakimiś przeszkodami?

– Ogólnie rzecz biorąc – nie, możemy dość swobodnie mówić prawdę. Dopiero niedawno, to jest kwestia ostatnich miesięcy, pojawiły się próby narzucenia pewnych ograniczeń na modlących się przy klinikach aborcyjnych. Grupy, które odmawiają Różaniec, a wchodzącym kobietom grzecznie i uprzejmie proponują rozmowę, dotąd cieszyły się pełną wolnością, choć są kraje, gdzie jest to nielegalne i na przykład w Kanadzie idzie się za to do więzienia. Takie akcje są skuteczne, kobiety często zmieniają zdanie w ostatniej chwili. Dlatego staramy się być aktywni w tej formie pomocy. Na razie nie wiemy dokładnie, jak to się będzie rozwijać, ale są sygnały, że takie akcje mają być ograniczane. Chodzi na razie o inicjatywy lokalne, nie na poziomie państwowym. Niemniej jednak jest to niepokojące.

Jaki wpływ na kwestie życia i rodziny będzie miało wyjście Wielkiej Brytanii z UE?

– Moim zdaniem, będzie to wpływ pozytywny. Na pewno zwiększyła się świadomość Brytyjczyków, że są wpływy z zewnątrz, które nie są dobre. Mam nadzieję, że będą bardziej świadomie kontrolować rząd i żądać od polityków, by służyli im, a nie globalnej agendzie międzynarodowych interesów. W to wpisują się też kwestie etyczne, walka o życie i prawa rodziny.

Katolicy brytyjscy mają wzory świętych, którzy przeciwstawiali się władzy, przede wszystkim św. Johna Fishera i św. Thomasa More’a. Ostatnio inspiracją staje się bł. John Henry Newman.

– Tak, to jest bardzo właściwy święty na obecne czasy. Kiedy Newman został kreowany kardynałem i odbierał w Rzymie swój kardynalski kapelusz w 1879 roku, powiedział, że przez ostatnie 50 lat życia walczył z liberalizmem. Liberalizm w jego rozumieniu to przekonanie, że człowiek nie jest zobowiązany, by stosować się do obiektywnej prawdy Bożego objawienia. Człowiek może sam decydować, co jest prawdziwe, a co fałszywe. Widzimy to zarówno na poziomie nadprzyrodzonym, gdy ludzie odmawiają zgody na Bożą prawdę, jak i na poziomie przyrodzonej moralności, gdy człowiek chce sam decydować, co jest dobre, a co złe.

Newman swoim życiem i nauczaniem zawsze dążył do zbliżenia z rzeczywistością i prawdą. Już w wieku 15 lat przeżył głębokie nawrócenie. Przez kolejne 20 lat powoli rosło jego zrozumienie teologii i zbliżał się do Ojców Kościoła, cały czas wierząc w dogmat, wierząc mocno w wartość prawdy objawionej. Jeszcze jako anglikanin chciał zwrócić Kościół Anglii w stronę prawdy dogmatycznej, ale kiedy zdał sobie sprawę, że prawda ta jest przechowywana w pełni tylko w Kościele katolickim, sam został katolikiem. Drugą połowę życia usiłował przywrócić nasz naród na łono wiary katolickiej. Nasi męczennicy złożyli świadectwo krwią, a bł. John Henry – wiernością w nauczaniu.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski

Aktualizacja 6 czerwca 2018 (22:45)

Nasz Dziennik