logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Kościół obronią święci

Sobota, 12 stycznia 2019 (09:35)

Reforma Kościoła zawsze przychodziła poprzez wielkich, a pozornie małych świętych. Nigdy nie przychodziła poprzez komisje, posiedzenia i rozumne książki, ale zawsze poprzez maryjnych ludzi.

 

Jak się ma Kościół? Jak zawsze: diabeł go szturmuje i – w odróżnieniu od innych czasów – odnosi sukces również tam, gdzie nikt by tego nie przypuszczał, oraz w takim stopniu, że media przedstawiają to szeroko jak korespondencję wojenną, niekiedy wręcz z przyjemnością.

Codziennie czytamy o nadużyciach i przestępstwach w stosunku do dzieci i młodzieży. Wśród sprawców znajdują się nawet osoby wysoko postawione w hierarchii Kościoła.

Na pewno nie nagle z dnia na dzień. Chciałbym odpowiedzieć: grunt do tej eksplozji zła został przygotowany na długo wcześniej. Pomrukiwanie wulkanu od dawna zapowiadało erupcję. Jeśli chodzi o Kościół, zaczęło się od zachwiania wiary w sens głoszenia Słowa, które celebrowano jako prawo do własnej opinii. Nieposłuszeństwo w kwestiach wiary i wobec porządku w Kościele jawiło się jako znak męstwa i odwagi cywilnej. Potem nastąpiła rewolucja obyczajowa 1968 roku, która chciała obalić wszelkie autorytety. I ten duch przeniknął również do Kościoła jako „swąd szatana”, jak celnie i proroczo określił to zjawisko dziś już św. Papież Paweł VI. Katolicki konwertyta i filozof Dietrich von Hildebrand przemawiał za pomocą obrazu zaczerpniętego z greckiej legendy o koniu trojańskim, który najechał miasto Boże, a następnie, w drugiej publikacji, o Kościele w biblijnym obrazie jako zdewastowanej winnicy.

I w końcu rewolucja seksualna dokonała reszty: przykazania Boże – nie, wolność, przede wszystkim wolność seksualna – brzmiało hasło; wolność od wszelkich ograniczeń lub wszystkiego, co interpretowano jako przymus. Sposób życia wielu osób dostosował się do tego.

Cena niewierności

I właśnie w tym czasie ekscytacji Papież Paweł VI opublikował encyklikę o antykoncepcji i potwierdził nauczanie Kościoła, nie zmieniając go ani na jotę. Powstało tsunami oburzenia przeciwko Rzymowi i Papieżowi, który odważył się to uczynić!

Wewnątrz Kościoła powstawały tak zwane objaśnienia ze strony różnych Konferencji Episkopatów, które miały uspokoić sytuację. W pewnym sensie dokonały tego. Ale zapłaciły za to wysoką cenę. Powiedziały wiernym w pięknych słowach: nie musicie być posłuszni Papieżowi, wyższym autorytetem jest wasze sumienie, a ono może oczywiście osądzać inaczej niż człowiek w Rzymie.

Nie zauważyły przy tym, że ich deklaracje wydały zezwolenie nie tylko na to nieposłuszeństwo, ale na każde odstępstwo od doktryny Kościoła.

W tej społecznej i kościelnej atmosferze sukcesy mógł odnotować także ruch homoseksualny, aż po dzisiejszą absurdalną ideę małżeństwa dla wszystkich, i teologów, którzy z kolei działają na rzecz obalenia moralnego nauczania Kościoła dotyczącego homoseksualizmu, a nawet aborcji. Aby doprowadzić rewolucję seksualną do ostatecznego zwycięstwa, państwo wzięło w swoje ręce edukację seksualną i tym samym z pomocą szkoły ubezwłasnowolniło rodziców i Kościół.

Trucizna przeniknęła do Kościoła

Trucizna rozwiązłości seksualnej zmieniła społeczeństwo i przeniknęła także do Kościoła. Tylko w ten sposób można zrozumieć, ile było w nim wykorzystywania seksualnego. Niewielką pociechą dla katolików jest słyszeć, że oni, katolicy, są tylko bardzo małym odsetkiem sprawców. Ale oni, katolicy, mają przecież doktrynę Kościoła, szczególnie poprzez nauczanie św. Papieża Jana Pawła II. A także całą zbroję od Boga, o której mówi św. Paweł, do prowadzenia walki duchowej, którą każdy człowiek powinien podejmować.

Wtedy nie byłoby tak wielu rozwodów, życia na kocią łapę – jak kiedyś mówiono o konkubinacie – dewiacyjnych form pożądania seksualnego, niemal podziwianych zdrad i rozwiązłości celebrytów, pornografii, luźnych rozrywek telewizyjnych o rozwodach i powtórnych małżeństwach lub nawet kolejnych partnerach. Wszystko w formie rozrywki. O zranieniach partnerów i dzieci nie wspomina się prawie wcale, bez wstydu mówi się o tym wszystkim, z podtekstem, że odrzucanie takich zachowań byłoby nietolerancyjne, ultrakonserwatywne i śmieszne. Jeśli spojrzymy na to wszystko, czemu dziwimy się, że stan świata, a nawet Kościoła, jest taki, a nie inny?

Podczas gdy słusznie czujemy się oburzeni czynami duchownych sprawców, człowiekowi, który jawnie poparł pedofilię – najwyraźniej mierząc go inną miarą – przyznano dobrze płatne stanowisko w Parlamencie Europejskim i nikt nie protestuje. Tak, zapomniano już nawet, że w Europie istniała partia, która miała na celu dekryminalizację pedofilii. Gdyby uzyskała niezbędną większość, pedofilia byłaby teraz tak samo „legalna” po raz pierwszy w europejskim kraju jak morderstwo nienarodzonych dzieci.

Gdzie podziali się wszyscy zwolennicy tej partii? Jak gdyby takie milczenie nie było formą tuszowania sprawy!

Jak nieme psy

Nawiasem mówiąc, jeśli biskupi, kapłani, teologowie zachowują się jak nieme psy, o których mówi Izajasz, posługując się obrazem, do którego wielokrotnie odwoływała się również św. Katarzyna ze Sieny, źle to świadczy o Kościele: „Są wszyscy ślepi, niczego nie widzą. Oni wszyscy to nieme psy, niezdolne do szczekania; marzą sennie, wylegują się, lubią drzemać”. A przecież powinni mówić z mandatu Jezusa, nawet jeśli wtedy wejdą w sytuację owiec „pośród wilków”. Z czego można wnioskować: biskup, który nigdy nie natrafia na sprzeciw, który nigdy nie spotyka wilka, wydaje się robić coś źle. Także milczenie, zwłaszcza wśród strażników, może być grzechem – mówi Papież Grzegorz Wielki.

Nikt nie wie dokładnie, jak dalej potoczy się historia. W przestrzeni publicznej zaczęto nawet ściganie mowy nienawiści na drodze sądowej: zawołanie Voltaire’a „...crasez l’infâme” – „Zniszczcie tę hańbę”, które odwoływało się do Kościoła i jego przedstawicieli, jest obecnie tylko lekko zawoalowanym programem wielu mediów i partii.

Bóg ma jednak, drodzy wrogowie Kościoła i drodzy „wszystko lepiej wiedzący”, swoje własne metody. Pomagają Bożej sprawie – czasami nawet poprzez bitwy, choroby, trzęsienia ziemi i tsunami. Przede wszystkim powinniście jednak, by tak rzec, lękać się Jego świętych i proroków. Nie bójcie się, cieszcie się, kiedy przegracie walkę, ponieważ Bóg chce także was zbawić poprzez waszą klęskę i właśnie w niej. Ale nie bądźcie na tyle szaleni, aby myśleć, że możecie pokonać Wszechmogącego. Wielu w to wierzyło, ale poniosło klęskę.

Świętość oczyszcza

Katolikom można jedynie powiedzieć, że reforma Kościoła przychodziła zawsze tylko poprzez wielkich i pozornie małych świętych. Nigdy nie przychodziła poprzez komisje, posiedzenia i rozumne książki, ale zawsze poprzez maryjnych ludzi, którzy w rozmowie z Bogiem mówią: Oto jestem Twoją służebnicą, Twoim biskupem, Twoim mężem lub żoną w małżeństwie, Twoim sportowcem, Twoim biznesmenem, Twoim dzieckiem lub Twoim emerytem, Twoim człowiekiem w pełni sił, które od Ciebie pochodzą, lub Twoim chorym, kimkolwiek – niech mi się stanie według Twego słowa! Jeśli ci „wszyscy święci” mogą w pewnym momencie powiedzieć „wypełniło się”, Bóg zlituje się nad Kościołem i światem, jak nad ludem Sodomy i Gomory po rozmowie z Abrahamem.

Jaka jest odpowiedź na skandale naszych czasów?

Abyśmy mogli ufać, że Bóg mówi również nam jak kobietom z ludu, które stały się prostytutkami: „Ja sam zawieram z wami przymierze, abyście mogli rozpoznać, że Ja jestem Panem”. Ale nie wypierając się tego, co się stało: „Wtedy macie pamiętać, macie się wstydzić i ze wstydu nie ważyć się więcej otworzyć swoich ust, ponieważ przebaczam wam wszystko, co zrobiliście”. Albo bardziej prozaicznie: skandal był i jest straszliwym zerwaniem przymierza z Bogiem, ale Bóg trwa i nie rozwiązuje swego przymierza, ale odnawia je raz po raz, aż do końca świata. To jest nasza nadzieja. Ona nie usuwa wstydu, ale umożliwia nowy początek i zwycięstwo w walce duchowej, w walce o czyste nauczanie Ewangelii przeciwko „zamętowi grzechu”.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Ks. bp Andreas Laun z Salzburga, tłum. Anna Meetschen

Nasz Dziennik