logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Przyszłość należy do nas

Poniedziałek, 21 stycznia 2013 (02:08)

Paryż, 13 stycznia 2013 roku. O godzinie 13.00 z trzech miejsc miasta jednocześnie wyruszyły tłumy paryżan, aby maszerować w kierunku Pola Marsowego.

Nieśli flagi i transparenty w jaskrawych kolorach – różowym i turkusowym, na których za pomocą krótkich i dosadnych sloganów wyrażali to, o co im chodzi: „Jeden ojciec i jedna matka to podstawa”, „2 matki, 2 ojców – dzieci bez tożsamości”, „Kobieta i mężczyzna – to jest różnorodność”, „Jestem ojcem, a nie rodzicem nr 1”, „Made in mama i tata”.

W sobotni wieczór, spodziewając się przyjemnej i spokojnej niedzieli, zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego małżeństwa. Gdy rozmowa zeszła na temat manifestacji w Paryżu, bardziej dla żartu niż na poważnie zapytałam: „Jedziemy tam?”. W odpowiedzi usłyszałam całkiem na serio: „Jasne, że jedziemy!”. Dwie godziny później siedzieliśmy w nocnym pociągu z Monachium do Paryża.

 

Zamach na małżeństwo

 

Na własne oczy zobaczyliśmy, jak Francja powstała, aby stawić czoła planom prezydenta François Hollande’a. Setki tysięcy Francuzów przybyłych ze wszystkich zakątków kraju, którzy przez całe popołudnie maszerowali ulicami stolicy, nie chcą znaku równości między układami homoseksualnymi a małżeństwem ani prawa do adopcji dzieci dla osób tej samej płci. Protestują przeciw zrównywaniu tego, czego się zrównać nie da: homoseksualnych związków z małżeństwami zawieranymi przez mężczyznę i kobietę, co jeszcze w tym miesiącu ma zostać zatwierdzone przez francuski parlament, po czym od razu ma wejść w życie. Podobnie jak w czasie swoich żałosnych rządów hiszpański premier José Luis Zapatero, tak teraz francuski socjalistyczny prezydent chce spożytkować sprawowaną przez siebie władzę na wprowadzenie nieodwracalnych zmian w fundamencie tworzącym społeczeństwo.

Przeciwko tym zamiarom uformowała się koalicja obywatelska, która połączyła właściwie wszystkich: partie lewicowe i prawicowe, wyborców i wybranych przez nich polityków, mieszczan i ich burmistrzów, katolików, protestantów, żydów oraz muzułmanów, przedstawicieli niezliczonych związków i – co jest olbrzymią sensacją – również przedstawicieli środowisk homoseksualnych.

Motorem powstania koalicji rozsądku przeciwko antropologicznym rewolucjonistom jest Frigide Barjot. Pod tym pseudonimem występuje Virginie Tellene, politolog i koleżanka ze studiów Hollande’a, znana w całym kraju satyryk i publicystka, która przed paroma laty nawróciła się na katolicyzm. Twierdzi ona: „Społeczeństwu próbuje się narzucić pozornie potrzebny, jednolity dyskurs, który ma na celu egzekwowanie zapisanego w prawie równego traktowania oraz walkę z dyskryminacją. Ale za tym kryje się w rzeczywistości radykalny przełom: Zmiana pojęcia człowieczeństwa i rozumienie go w dowolny sposób”. Francuscy biskupi poparli sojusz przeciwko pomysłom prezydenta Hollande’a i wyrazili swoją aprobatę dla „La Manif Pour Tous” – manifestacji dla wszystkich, a niektórzy z nich nawet wzięli w niej udział. Ale w momencie zakończenia marszu pod wieżą Eiffla żaden z nich nie pojawił się na telebimach, to daje przewagę koalicji cywilnej.

Tutaj, na Polu Marsowym, odzyskano pole również w sposób symboliczny: kolory różowy i turkusowy oznaczają płeć dziecka w początkowym okresie życia. Na scenie kobiety w czerwonych frygijskich czapkach na głowach i z kodeksem Napoleona w ręku, tak jakby chciały powiedzieć: to my jesteśmy Francją i stoimy na straży prawa. 5000 wybranych przedstawicieli narodu: deputowanych, burmistrzów, radnych gmin, maszerowało wraz z innymi, mając na sobie szarfy w barwach Francji i niosąc duże transparenty z napisem: „Tous pour le Code Civil” (Wszyscy za kodeksem cywilnym).

Pojęcie rodziny nie potrzebuje uzupełnienia, np. w postaci słowa „tradycyjna”, aby oznaczać podstawową komórkę społeczną, bo małżeństwo mężczyzny i kobiety jest najlepszym miejscem dla poczęcia i dorastania dzieci. Mężczyzna i kobieta to jest „różnorodność”, która jest nam dana. Tej różnorodności nie wolno niwelować tylko po to, aby zrobić miejsce sztucznemu rozróżnianiu orientacji seksualnych.

Idziemy razem

Całe to wydarzenie zostało fantastycznie zorganizowane, począwszy od 40 masztów nagłośnieniowych oraz ciężarówek-platform, a skończywszy na hasłach i popularnych piosenkach, na melodię których wyśpiewywano to, o czym każdy człowiek doskonale wie: Jesteśmy mężczyzną albo kobietą, swoje życie zawdzięczamy tacie i mamie, jesteśmy odpowiedzialni za istoty najsłabsze w społeczeństwie, czyli dzieci. Bo to, jak humanitarne i demokratyczne jest dane społeczeństwo, mierzy się właśnie jego stosunkiem do najsłabszych.

Każda z osób zgromadzonych tutaj jest odrębną i odpowiedzialną jednostką. Ani jedna ulotka nie została rzucona na ziemię. (Można to porównać z górami śmieci pozostałych po paradach z okazji Christopher Street Day, których usunięcie kosztuje podatników miliony euro).

13 stycznia 2013 roku Francja postawiła granicę: ani kroku dalej. Organizatorzy obliczyli, że w tym dniu na ulice wyszło 800 tys. osób. To jednak nie przeszkodziło takim mediom jak „Spiegel online” czy „Süddeutsche Zeitung” pisać o kilkudziesięciu tysiącach uczestników. Minęły te czasy, gdy dziennikarze swoją misję rozumieli jako bycie adwokatami prawdy i patrzenie na ręce władzy.

Osiemset tysięcy plus nas troje. Francuzi, którzy dowiadywali się, że jesteśmy Niemcami, dziwili się, że idziemy wraz z nimi. Ale przecież to, co wydarzyło się w Paryżu, zachęci do stawienia oporu także inne kraje europejskie. Ludzie nie pozwolą się nieustannie nabierać i wykorzystywać w imię egoistycznych interesów niewielkich mniejszości. (W Niemczech tylko ok. 0,06 procent ludności korzysta z prawa do zalegalizowanych związków partnerskich). Prezydent Hollande zapowiedział, że nie podda się „naciskom ludzi wychodzących na ulicę”. Jeśli w dalszym ciągu pozostanie głuchy na pokojowe, ale zdecydowane wystąpienia szerokiego, ponadwyznaniowego i ponadpolitycznego narodowego sojuszu w obronie niepodważalnych praw natury oraz stanowiącej fundament dobra wspólnego rodziny, ściągnie na siebie złość – uzasadnioną złość, która wcześniej czy później znajdzie ujście.

„Ta demonstracja jest zaledwie początkiem. Przyszłość należy do nas!” – słychać było z głośników, a zgromadzony na Polu Marsowym w Paryżu olbrzymi tłum odpowiedział brawami.

Gabriele Kuby, socjolog, pisarka, tłum. Bogusław Rąpała

Aktualizacja 4 lipca 2013 (12:31)

Nasz Dziennik