logo
logo

Zdjęcie: M. Borawski/ Nasz Dziennik

Zamierzona eksterminacja

Poniedziałek, 11 lutego 2013 (02:05)

Ostatnie dni media publiczne i komercyjne zdominowała histeryczna debata wybiórcza na temat łamania praw człowieka. Można przecierać oczy ze zdumienia, gdy próbuje się nam wmówić, że w naszym kraju nie ma większych problemów niż związki partnerskie i wolności dla homoseksualistów. Cóż, taką obronę praw człowieka serwuje nam w politycznym menu „sprawnie” od ponad pięciu lat rządząca koalicja PO – PSL.

To „grzanie” opinii publicznej uważam jednak za odwracanie uwagi od pandemii problemów społecznych i spraw, którymi żyją miliony ludzi w Polsce. A przecież „koń, jaki jest, każdy widzi”. Coraz bardziej powszechne ubóstwo, rosnące bezrobocie, głodne dzieci, które stały się największymi ofiarami kryzysu, powracająca z wielką siłą gruźlica – to tylko niektóre powody do wstydu dla rządzących. I nie ma co kryć – dla nas, Polaków.

Dajemy się wkręcić w chocholi taniec, którego celem jest usypianie czujności społeczeństwa na autentyczne zagrożenia dla jego substancji. Rzeczywistość bowiem obrazują przerażające statystyki, ale na nie w mediach głównego nurtu nikt nie zwraca uwagi. Nie słychać głosów ekspertów apelujących o ratunek dla upadającego szkolnictwa, występujących przeciwko grabieży polskiej ziemi czy prywatyzacji służby zdrowia. Ludzie, nie widząc zainteresowania ich żywotnymi sprawami, popadają w apatię i tracą nadzieję. A o to właśnie chodzi sterującym naszymi emocjami. Przecież rządzą naszym życiem wtedy, gdy nie upominamy się o nasze prawa. Dlatego tak ważny jest każdy głos niezależnych, służących prawdzie mediów. I dlatego tak niebezpieczne są niezależne od rządu media.

Władza umywa ręce

Zapewne w „głównym nurcie” kolejny raz minie niezauważony Światowy Dzień Chorego. Dzień, który ustanowił błogosławiony Papież Jan Paweł II, pochylając się z troską nad ludźmi cierpiącymi, pokazując, jak wielkim darem dla Kościoła i Świata jest modlitwa i ofiarowanie cierpienia za innych.

Dla Sekretariatu Ochrony Zdrowia „S” jest to zawsze czas spojrzenia na służbę zdrowia oczyma człowieka chorego, pozostawienie nieco z boku naszych spraw pracowniczych. To czas refleksji nad tym, dokąd te wszystkie reformy i transformacje nas jako wspólnotę prowadzą, komu i czemu służą. Szukania odpowiedzi na pytanie, co robić, jeśli chcemy, aby skutki liberalnych przemian w systemie opieki zdrowotnej nie doprowadziły do tragicznych i nieprzewidywalnych społecznie następstw. Mając świadomość obojętności (czy aby nie celowej?) władz publicznych – w tym tych najwyższych: prezydenta i premiera – na zjawiska łamania praw pacjentów i pracowników „białego personelu”, Sekretariat Ochrony Zdrowia kieruje swój Apel do Rzecznika Praw Obywatelskich.

Przypomnijmy, że podczas ubiegłorocznych problemów finansowych szpitali i w sytuacji odmowy hospitalizacji małych pacjentów, premier rządu publicznie uznał sytuację za standardową, zaś doradca prezydenta ds. zdrowia z rozbrajającą szczerością przyznał w czasie debaty zorganizowanej przez opozycję, że w Polsce od pięciu lat ucieka się od poważnej, uczciwej dyskusji o kondycji i przyszłości polskiej służby zdrowia. Trudno zachować spokój, słysząc takie słowa, widząc dramaty ludzi cierpiących, odsyłanych z kwitkiem, bo zdarzyło im się zachorować nie w porę, gdy… szpitale wyczerpały swoje limity przyjęć.

Od takiej rzeczywistości i odpowiedzialności za nią nikt z nas nie ucieknie – choroba i cierpienie mają z reguły to do siebie, że przychodzą w nieodpowiednim czasie. I wtedy, nagle, zmienia się diametralnie nasze postrzeganie rzeczywistości, na którą dotąd przymykaliśmy oko, dając na jej patologie milczące przyzwolenie.

Rządzący zapewne liczą na to, że – podobnie jak za Urbana – jak rząd się kiedyś wyżywił, tak i teraz się wyleczy.

 Gehenna pacjentów

Nie może i nie powinien jednak zachowywać bierności Rzecznik Praw Obywatelskich, osoba, która nie tylko ma stać na straży naszych praw, ale przede wszystkim upominać się o nie, gdy nie są przestrzegane. Czyż nie jest jednym wielkim łamaniem prawa zamykanie „nierentownych” oddziałów lub sytuacja, gdy każe się przemierzać chorym dzieciom setki kilometrów w poszukiwaniu specjalisty? Czy może być mowa o konstytucyjnie zagwarantowanym równym dostępie do świadczeń zdrowotnych, gdy selekcjonuje się pacjentów, a czynnikiem decydującym o przyjęciu do szpitala jest rodzaj choroby lub grożące skutkami finansowymi powikłania? Czy w równym stopniu składamy się na ten podobno solidarnościowy i podobno powszechny system opieki zdrowotnej? Czy gwarantujemy dostęp do leków, nie tylko tych nowoczesnych, o których polscy pacjenci chorzy na raka czy stwardnienie rozsiane mogą jedynie pomarzyć, bo po prostu medykamentów tych nie dopuszcza się do obrotu w Polsce? Ale też do tych „biedaleków”, których wykupienie staje się coraz częściej barierą w kontynuowaniu leczenia nie tylko dla ludzi starszych i uboższych, ale dla coraz szybciej rosnącej grupy ludzi bezrobotnych i ich rodzin?

Stawiamy te pytania publicznie Pani Rzecznik i choć znamy na nie odpowiedź, oczekujemy jednak reakcji i debaty, która uzmysłowi rozemocjonowanym politykom, że w Polsce istotnie łamane są prawa człowieka. Człowieka, który w odhumanizowanym systemie wart jest tyle, ile za jego chorobę zapłaci NFZ.

Maria Ochman, przewodnicząca Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”

Aktualizacja 11 lutego 2013 (10:26)

Nasz Dziennik