logo
logo

Zdjęcie: ARCH. ARCHIDIECEZJALNE W ŁODZI/ Inne

Czas Stanisławy Leszczyńskiej

Niedziela, 8 maja 2022 (00:05)

Z Marią Stachurską, reżyserem filmu „Położna”, krewną Sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej, rozmawia Beata Falkowska

To jest czas Stanisławy Leszczyńskiej – stwierdziła Pani, gdy umawiałyśmy się na rozmowę. Obserwujemy renesans pamięci o położnej z Auschwitz, a prywatnie Pani cioci. Film „Położna” możemy oglądać od roku, choć przecież ten projekt pojawił się w Pani życiu już kilkanaście lat temu. To nie przypadek? Niebo wybrało właśnie ten moment?

– Na premierze filmu ks. abp. Grzegorzowi Rysiowi zadano pytanie, dlaczego tak długo trwa sprawa beatyfikacji Stanisławy. W odpowiedzi padły słowa: To, kto i kiedy ma być świętym, to decyzja Boga. Ja też zrozumiałam, że to Pan Bóg zdecydował, że właśnie w tym czasie globalnych, geopolitycznych zawirowań, w ogólnym rozprężeniu norm, buncie przeciw religii i Chrystusowi pojawia się Stanisława Leszczyńska, która przeżyła takie piekło.

To też Boża decyzja, że to Pani jest twórcą tego dzieła? To nie była Pani inicjatywa.

– Tak, ta propozycja do mnie przyszła, ja jedynie w duchu posłuszeństwa się jej poddałam i pomyślałam, że muszę to zrobić. Początki były bardzo trudne – mały budżet, bardzo wiele trudności, ale czułam taki obowiązek. Miałam trochę żalu do cioci z dzieciństwa, okiem nastolatki postrzegałam ją jako bardzo wymagającą, szorstką, uznałam, że chyba powinnam z nią pewne sprawy załatwić. Tym bardziej że w tamtym czasie, po śmierci bliskich z rodziny, otrzymywałam wiele dokumentów, zapisków dotyczących cioci. Ale to pierwsze podejście do filmu skończyło się dla mnie fatalnie, byłam stratna finansowo, kosztowało mnie to też dużo zdrowia.

I w pewnym momencie wszystkie drzwi zaczęły się otwierać.

– Sama nie mogłam w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Po ludzku już w to zwątpiłam, a nagle znalazły się pieniądze, wsparcie Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, i produkcja ruszyła. Widocznie nadszedł czas Stanisławy. Praca przedłużyła się nam o dwa lata w stosunku do planów, ale nigdy nie było żadnego popędzania, choć niekiedy nawet żałowałam, że nikt nie stoi nade mną z przysłowiowym batem. Z czasem okazało się, że ten rytm pracy miał być właśnie taki i mieliśmy skończyć film dokładnie w tym momencie.

Czyli z dużym opóźnieniem, ale jak rozumiem, planowym w Bożym zamyśle?

– Tak, to było opatrznościowe, bo premiera wypadła w okresie, gdy trwały „strajki kobiet”. To był dla mnie znak, że to jest ten czas. Nagle Stanisława zaczęła być osobą na te czasy.

Do wszystkich walk ideowych toczących się na świecie obecnie doszła również realna wojna. Czego może nauczyć nas Stanisława Leszczyńska?

– Tylko Pan Bóg wie, co jest nam potrzebne. Na pewno Stanisława przebudza, daje do myślenia jej postawa, jej heroizm. Mogła wybrać w obozie pewną wygodę, ale nie zrobiła tego. Zdecydowała się przyznać, iż jest położną i może odbierać porody, narażając się tym samym na rozstrzelanie. Potrafiła w tym piekle powiedzieć: „Nie będę nigdy herodem dla małych niewiniątek”. Ale najważniejsze nie jest to, co powiedziała, ale to, że rzeczywiście poszła za tymi słowami.

Jedna kobieta naprzeciw całej machiny śmierci.

– Stanisława potrafiła mocno bronić tego, co uważała za ważne. Nie tylko w czasie wojny. Sama byłam świadkiem jej radykalizmu, choć była też roztropna. Zawsze podkreślam, że skupianie się jedynie na postawie Stanisławy z obozu jest dla niej niesprawiedliwe, bo to zaledwie dwa lata z jej 78-letniego życia. Owszem, ten czas odcisnął na niej piętno, była to próba, przez którą bohatersko przeszła, ale podłożem do tego było jej wcześniejsze życie. Świętość to kwestia całej życiowej drogi, dlatego nie można pomijać jej wiary, modlitwy, jak również pracowitości. Pamiętajmy też, że Stanisława wychowywała się w trudnych warunkach, Polska była wówczas pod zaborami, a Łódź była biednym miastem. Jej matka straciła pięcioro dzieci, i to w różnym wieku, nie tylko noworodków. To wszystko musiało na nią oddziaływać. Zapamiętałam ciocię jako osobę poważną, jednak przed wojną była duszą towarzystwa, zapewne po pobycie w obozie już nie dało się do tego wrócić. Po wojnie, choć dbała także o to, by w domu była muzyka, panował dobry nastrój, sama była cicha, wycofana. Jednocześnie jej postawa moralna rzutowała na całą rodzinę.

Bohaterka drugiego planu.

– Miałam do niej duży dystans, ale teraz postrzegam ją inaczej, dojrzalej. Była kobietą po bardzo ciężkich przejściach, rozumiejącą wiele i wiedzącą o tym, że jeśli pozwoli sobie na złamanie jakiejś zasady, to rozpadnie się nie tylko ona, ale i świat, który budowała. Z perspektywy czasu widzę, że ona mnie ukształtowała. Moja mama mówiła, że jestem do niej podobna. Szczególnie w Bożych sprawach jestem nieustępliwa tak jak ona.

Młoda dziewczyna po obronie dyplomu biegnie zawierzyć Maryi swoją pracę położnej. Na jakiej glebie trzeba wychowywać dziecko, by tak świętowało życiowe sukcesy?

– W naszej rodzinie wiara i oddychanie Panem Bogiem było czymś naturalnym. Syn Stanisławy opowiadał, że ciocia jako mała dziewczynka biegła rano do kościoła, że codziennie była na majowym. Najpierw pomyślałam, co on wygaduje, rano małe dziecko do kościoła… Dopiero potem uświadomiłam sobie, że Stanisława w dzieciństwie mieszkała tuż obok kościoła, więc zapewne tak było. Tak kiedyś wychowywało się dzieci. Ziarno zostało rzucone w dzieciństwie, a później Stanisława żyła według pewnych zasad, których nigdy nie złamała. Szła przez życie, kierując się miłością, modlitwą, zawierzeniem, i doszła do portu. Była postacią niebywałą. Najlepiej o tym świadczy to, że dziś jest o niej tak głośno. Zdumiewa, że ta malutka osóbka, bo miała niewiele ponad 150 cm wzrostu, tyle dokonała.

I wciąż dokonuje. Mamy świadectwa kobiet, które doświadczyły cudów związanych z poczęciem i szczęśliwym narodzeniem dzieci po modlitwie o jej wstawiennictwo.

– W każdy wtorek w Łodzi przy jej grobie jest odmawiana modlitwa i odprawiana Msza św. Bardzo przyspieszył proces beatyfikacyjny. Kwestia kultu Stanisławy toczy się poza naszą rodziną, to prowadzi Pan Bóg. O obrazki z ciocią i modlitwą o łaski za jej wstawiennictwem poprosiło środowisko łódzkich położnych. Dziś obrazki już są, trafiają do ludzi, którzy przychodzą do jej grobu prosić o łaski.

W końcu więcej mówimy o bohaterach czasów wojny niż o zbrodniarzach.

– Coś takiego zaczęło się dziać. Odbieram to jako błogosławieństwo i Boży znak. Dziś „Położna” jest wyświetlana nie tylko w Polsce, lecz także za granicą. Film został przetłumaczony na włoski i angielski.

Na projekcje filmu i spotkania z widzami, w których Pani uczestniczy, przychodzą głównie kobiety?

– Właśnie nie, jest także sporo mężczyzn. Przez pierwsze tygodnie po premierze co tydzień byłam w innym zakątku Polski – u górali, nad Bałtykiem, na wschodzie. W najbliższym czasie będziemy z filmem w Łodzi i Gdańsku. Zdumiewające jest, że takie rzesze widzów przyciąga film dokumentalny. Trwa on 54 minuty, a do projekcji kinowej potrzeba 60 minut, niemniej są urządzane seanse w kinach i ku memu zaskoczeniu dochodzi do tego, że kina muszą robić drugi pokaz, aby wszyscy chętni mogli go obejrzeć. Imponuje mi też, jak dobrze merytorycznie przygotowani są ludzie przychodzący na spotkania, ile wiedzą o Stanisławie. W Gdańsku na pokazie spotkałam dziewczynę, która przyjechała specjalnie na seans ze Szwecji.

Obserwujemy pewne przebudzenie kobiet, które mocno szukają dziś pozytywnych wzorców żon, matek, Bożych wojowniczek. Stanisława Leszczyńska wpisuje się w te pragnienia kobiet?

– Bo jesteśmy w czasie ostatecznej walki, o którym wiemy, że będzie się wiązał z uderzeniem w Kościół i rodzinę. Usiłuje się zarówno podważyć wszystkie autorytety w Kościele, jak i wmówić ludziom, że rodzina nie ma znaczenia, bo mamy „partnerstwo”. Dlatego tak zagłębiam się w drzewo genealogiczne naszej rodziny i przekazuję moim dzieciom, jak ważne są korzenie.

Podkreśla Pani, że Stanisława Lesz-czyńska była bardzo oddana życiu rodzinnemu.

– Tak. Na przykład moja prababcia Leszczyńska urządzała zawsze wystawne wigilie dla wszystkich swoich dzieci i ich rodzin, wszyscy zasiadali do wspólnego stołu. Jednak Stanisława, wracając do własnego domu ze swoimi dziećmi, robiła dodatkowo wigilię już tylko dla domowników, żeby jeszcze pobyć w swoim gronie. Do tego stopnia kultywowała bliskość rodzinną. Zależy mi na tym, żeby pokazać Stanisławę całościowo, także jej postawę powojenną, kiedy z inną świadomością i doświadczeniem podchodziła do życia i swojego zawodu, gdy po tym całym okrucieństwie zaczęła swoje życie odbudowywać, gdy poszła do pracy do szpitala i jednocześnie dalej jeździła po domach i przyjmowała porody, a kobiety mówiły, że miała coś takiego w rękach, że nie odczuwały bólu, że była bardzo dokładna i skrupulatna.

Po wojnie – tak jak w obozie – Stanisława Leszczyńska walczyła o każde dziecko i żadnego nie straciła.

– Zawierzając swoją zawodową drogę Maryi, obiecała, że rzuci pracę położnej, jeśli kiedykolwiek straci dziecko. To było dla niej bardzo wiążące. Po wojnie ciocia przyjmowała trudny poród, najpierw myślano, że to zagrożona ciąża cukrzycowa, w trakcie porodu okazało się, że to ciąża bliźniacza. Drugi chłopiec urodził się aż 15 godzin po pierwszym dziecku, według ówczesnego prawa musiał w takiej sytuacji przyjść lekarz. Gdy drugi maluszek przyszedł na świat, pani doktor zrobiła wypis o martwym urodzeniu, jednak Leszczyńska nie poddała się i zaczęła walczyć o tego chłopca, aż mały zaczął płakać. Przeżyła także matka. Pani doktor, wychodząc, powiedziała do męża i ojca dzieci: „Nie wiem, co tu się wydarzyło, wychodzę głupsza, niż przyszłam, ale jeśli jesteście wierzący, dziękujcie, bo to chyba jakiś cud”. A ojciec wskazał wtedy na krzyż wiszący na ścianie. Ta mama, pani Hania, już nie żyje, ale jej synowie mają się dobrze.

To wszystko działo się w ciemnych czasach stalinizmu, które swoją grozą dotykały i rodzinę Stanisławy. Jej syn, który podczas II wojny światowej działał w konspiracji, pojechał studiować do Gdańska, bo chodzili za nim „panowie w ciemnych garniturach” i nie chciał, aby rodzina znów przeszła przez cierpienia.

I ponownie wracamy do rodziny Pani cioci. Widać, że służbę, walkę o dobro i prawdę ma mocno wpisane w DNA. Wbrew medialnym przekonywaniom w Polsce w ostatnich latach rodzi się moda na rodzinę, co na pewno służy zainteresowaniu postaciami takimi jak Stanisława Leszczyńska.

– Przypuszczam, że to czas, kiedy ludzie mają już dosyć chaosu i część z nich zaczyna wołać o prawdę w życiu, w relacjach, dając przykład innym. Medialna narracja to jedno, a rzeczywistość jest inna. Gdzieś przebiło się to, jak ważna jest rodzina. Myślę, że te iskry, które przez lata trzymały nasze ogniska domowe, zaczęły puszczać płomienie.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska

Nasz Dziennik