logo
logo

Zdjęcie: Luigi Guarino_CC2.0/ -

Koszmar w fabryce dzieci

Piątek, 26 kwietnia 2013 (02:15)

Przecież tak bardzo chcieliśmy mieć dziecko. Dla zwolenników technik sztucznego rozrodu tego typu niewyrafinowana argumentacja wystarczy, by zaakceptować wszelkie możliwe ścieżki pozwalające stworzyć nowego człowieka. Należałoby raczej użyć słowa „wyprodukować”, gdyż lepiej oddaje ono stan emocji ludzi poczętych na drodze in vitro i sztucznej inseminacji.

Historię tych, którzy zdecydowali się przerwać spiralę milczenia i opowiedzieć o swojej walce o tożsamość, możemy poznać na portalu Anonymousus.org. Zgromadzono tam przede wszystkim świadectwa osób, które najczęściej w dorosłym życiu nagle dowiedziały się, że ich biologicznym ojcem jest przypadkowy dawca nasienia.

 

Kim jestem

„Jestem człowiekiem, a mimo to zostałem poczęty techniką, która ma swoje korzenie w hodowli zwierząt” – wyrzuca z siebie jeden z autorów wpisu na portalu.

„W ogóle nie świętuję moich urodzin. Mam żal do matki i nie utrzymujemy obecnie kontaktów. Myślę, że to, co zrobiła, było bardzo egoistyczne. (…) Jestem na świecie, bo jakiś mężczyzna z ’Playboyem’ w ręku oddał swoje nasienie” – wyznaje inna osoba.

Dojmujące poczucie przypadkowości swego poczęcia i istnienia w oderwaniu od miłosnej relacji rodziców i normalnych więzów pokrewieństwa powtarza się we wszystkich wpisach. „Kim jestem, kim są moi prawdziwi krewni” – kołacze w głowach dorosłych dzieci poczętych in vitro lub na drodze inseminacji.

„Chcieliście mieć dziecko, ale czy zastanowiliście się, czy to dziecko też chciało być poczęte w ten sposób” – wybrzmiewa przejmujące pytanie. „Jeśli ojciec jest nieważny (…), porzućmy testy DNA, wymóg płacenia alimentów. Nigdy więcej Dnia Ojca, nigdy więcej lekcji o prokreacji w szkole, podczas których my, dzieci dawców spermy, musimy uczyć się o genetyce, (…) o podobieństwie fizycznym i psychicznym do naszych rodziców, krewnych. (…) A opowieści o naszym pochodzeniu to lektura bolesna, pełna złości i frustracji, a nie radosnych dykteryjek o tym, że babcia pochodziła z Walii, a dziadek z Irlandii. My nie wiemy, co to znaczy mieć ’oczy taty’, ’jego nos’ czy ’dołeczki’ – żali się autor jednego ze świadectw.

– Każdy człowiek ma potrzebę zakorzenienia, poznania swojej genealogii. Na świadomości korzeni budujemy swoje poczucie wartości. Potrzeba dowiedzenia się, kim był biologiczny ojciec, jest naturalna. Poznanie, jakie wyznawał wartości, dlaczego zdecydował się na taki krok. To, że w przypadku anonimowych dawców nasienia dziecko nie może odzyskać tej swojej historii i na niej budować tożsamości, jest dramatem – mówi prof. Dorota Kornas-Biela, specjalizująca się w psychologii prenatalnej i psychologii prokreacji. – Dziecko nie jest roślinką, którą dołączymy do rodziny na zasadzie przeszczepienia, tak jak szczepimy kwiatki na naszych parapetach. Ono chce wiedzieć, kim jest – dodaje.

Syndrom ocaleńca

”Kocham moją matkę, wychowała nas w bliskości i miłości. Ale przyszedł moment, w którym zacząłem myśleć, że decydując się na taki krok, była straszną egoistką. Doświadczyłem czegoś na kształt kryzysu tożsamości, zastanawiałam się, dokąd zmierzam i kim jestem, jak zdołam odpowiedzieć sobie na te pytania, jeśli nie wiem, kim jest mój ojciec, skąd pochodzi połowa mnie„ – opisuje uczestnik projektu Anonymousus.org.

I kolejny wpis, i kolejny dramat. Tym razem swą historią dzieli się z nami dawczyni komórek jajowych. Miało być tak pięknie, przyjacielska przysługa, wszyscy mieli przecież dobre intencje.

”Moi przyjaciele zdecydowali nagle, że nie będę częścią ich rodziny. Ona nie mogła znieść, że jej syn wygląda zupełnie jak ja. (…) To przypomina jej, że on nie jest jej dzieckiem. (…) Teraz, aby dowiedzieć się, jak wygląda moje dziecko, muszę podglądać blog jego ojca. Nigdy nie zdecydowałabym się przekazać im moich jajeczek, gdybym wiedziała, że nie będę mogła być częścią życia dziecka„ – czytamy.

Skrywana latami tajemnica o poczęciu dziecka rzutuje na sposób jego wychowania. Psychoterapeuci wskazują, że u dzieci, które dowiedziały się, że zostały poczęte metodą in vitro, mogą występować objawy tożsame z występującymi u dzieci z zespołem osoby ocalonej. Mowa o rodzeństwie dzieci abortowanych, które są traktowane przez rodziców jako ocalone, wyjątkowe, co generuje cały szereg anomalii w strukturze relacji rodzinnych. Dzieci, które w czasie procedury in vitro jako zarodki zostały poddane selekcji i wybrane do transferu, mogą doświadczać takich samych problemów. Charakterystyczne dla ”osób ocalonych„ jest skrywane, często nieuświadomione poczucie winy, powracające pytanie: ”Dlaczego ja się urodziłem?„, problemy z ekspresją uczuć, dążenie do perfekcyjnego wypełniania oczekiwań rodziców lub – odwrotnie – bunt wobec ojca i matki, jak i wszelkich autorytetów, niewiara we własne siły i możliwości. Trauma uśmiercenia potomstwa, która dotknęła rodzinę, może powodować, że dziecko żyjące będzie otaczane nadmierną troską, z drugiej strony może być także traktowane jako substytut dziecka zabitego, który ma spełniać wyidealizowane oczekiwania rodziców względem nienarodzonego potomka.

Nic nie uszczupla przyrodzonej godności dzieci poczętych w wyniku in vitro, ale ponoszą one w sposób niezawiniony skutki przekroczenia normy moralnej przez rodziców. Dzieje się to nie na drodze biologicznej (prof. Kornas-Biela dystansuje się od teorii ”pamięci poczęcia„), ale psychologicznej i duchowej – składa się na to atmosfera tajemnicy w życiu rodziny, tłumionych wyrzutów, skrupułów, racjonalizacji swojej decyzji dokonywanej przez rodziców.

Promocja sztucznego rozrodu to przede wszystkim intratny biznes. ”Na świecie jest tyle dzieci w potrzebie – biednych, głodujących, a tymczasem banki spermy zarabiają miliony na parach goniących za ’amerykańskim marzeniem’„ – konstatuje bohater jednej z dramatycznych opowieści na portalu Anonymousus.org i zachęca: adoptujcie dzieci, nie handlujcie nimi!

Beata Falkowska

Nasz Dziennik