logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Siedem nieznanych ofiar Katynia

Poniedziałek, 6 maja 2013 (02:10)

Z Aleksandrem Gurjanowem ze stowarzyszenia Memoriał w Moskwie rozmawia Beata Falkowska

Ustalenie danych personalnych siedmiuosób niewystępujących wcześniej w opracowaniach dotyczących ofiar zbrodni katyńskiej to efekt wspólnych polsko-rosyjskich prac badawczych. Jak do tego doszło?

– Udało się je ustalić wyłącznie dzięki dokumentom NKWD, które nie były dotychczas wykorzystywane. Historia wygląda następująco: w przypadku 4403 jeńców obozu kozielskiego, którzy zostali rozstrzelani, mamy do czynienia z osobami wywiezionymi z obozu do Smoleńska bądź do Katynia. Figurują one na listach wysyłkowych. Z dwóch różnych powodów w momencie, gdy zaczęło się tzw. rozładowanie Kozielska, 13 więźniów tego obozu już znajdowało się w Smoleńsku. Zostali tam wcześniej wywiezieni, ale nie w celu likwidacji. Były to dwie osoby wysłane do szpitala: jedna w grudniu 1939 roku, a druga w styczniu 1940 roku. Chodzi o szpital psychiatryczny. Jedenastu oficerów zostało odesłanych z obozu kozielskiego 9 marca, czyli w momencie, gdy komenda obozu jeszcze nie wiedziała, że mają być zlikwidowani. Wysłano ich do Smoleńska z polecenia Zarządu Jeńców Wojennych NKWD na mocy dyrektywy Wsiewołoda Mierkułowa, zastępcy Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych. Dyrektywa została wydana dosłownie w przeddzień zrodzenia się koncepcji zlikwidowania wszystkich jeńców. Otóż 22 lutego 1940 roku nakazano z trzech obozów: kozielskiego, starobielskiego i ostaszkowskiego, wybrać tych, którzy byli zaangażowani w jakąś działalność wywiadowczą przeciwko Związkowi Sowieckiemu lub kontrwywiadowczą przeciwko ruchowi komunistycznemu w Polsce przedwojennej. Chciano ich zabrać z obozów i odesłać na śledztwo do obwodowych zarządów NKWD. Dwunastu jeńców, wyznaczonych imiennie przez centralę w Moskwie, rozkazano wysłać z obozu kozielskiego na śledztwo do smoleńskiego zarządu NKWD. 9 marca jedenastu z nich wysłano (nie wiemy, dlaczego nie odesłano wówczas dwunastego, który zresztą został po miesiącu wywieziony na rozstrzelanie w jednym z transportów kwietniowych). Dosłownie po dwóch tygodniach od wydania dyrektywy Mierkułowa zapadła decyzja Biura Politycznego, że wszyscy jeńcy mają być rozstrzelani. Więc może gdyby ta pierwsza decyzja o wysłaniu na śledztwo opóźniła się, to by tych 11 oficerów nie odesłano z obozu, bo nie miałoby to sensu.

Ale stało się inaczej.

– Z tych trzynastu jeńców w Smoleńsku, pięciu przez ewidentną pomyłkę centrali znalazło się na listach wysyłkowych adresowanych do obozu kozielskiego. Kiedy szykowano całą operację likwidacji polskich jeńców, zaangażowano wielu pracowników i pewnie ci z nich, którzy szykowali listy, nie orientowali się, że akurat te osoby już są w Smoleńsku i wpisali ich na listy wysyłkowe. Potem komendant obozu kozielskiego gęsto się tłumaczył, dlaczego niektórych osób nie wysłał, chociaż były na liście. Wyjaśniał m.in., że kogoś nie wysłał, bo nie było go w obozie – wyjechał już 9 marca do Smoleńska. W tej piątce są ci dwaj ze szpitala psychiatrycznego i trzech oficerów odesłanych na śledztwo.

Udało się nam potwierdzić, że sam fakt znalezienia się na liście wysyłkowej, nawet jeżeli ktoś znalazł się tam przez pomyłkę, jest dowodem na to, że ta osoba przeszła pełną procedurę skazania przez trójkę wyznaczoną decyzją politbiura (Wsiewołod Mierkułow, Bogdan Kobułow i Leonid Basztakow). Profesor Natalia Lebiediewa już w latach 90. ustaliła, jak wyglądała procedura skazania. Dzięki zbadaniu wszystkich dokumentów NKWD, nie tylko list wysyłkowych, udało się nam potwierdzić jej rekonstrukcję procedury skazania i uściślić ją o różne szczegóły oraz znaleźć indywidualne dokumenty dotyczące jeńców pozostających w Smoleńsku. Stwierdziliśmy, że wobec każdego z nich została wdrożona ta sama procedura skazania, jak wobec głównej masy jeńców podlegających zagładzie.

Ponieważ – jest to jedno z odkryć Lebiediewej – oprócz list wysyłkowych nakazujących wysłanie ludzi z obozu do Smoleńska do dyspozycji obwodowego NKWD, które wykonywało rozstrzeliwania (na listach nie ma ani słowa o rozstrzeliwaniu, tylko o odesłaniu), były też identyczne listy wysyłane jednocześnie do zarządu obwodowego NKWD w Smoleńsku, ale już z nakazem rozstrzelania, określiliśmy je jako „listy egzekucyjne”. W przypadku ludzi znajdujących się już w Smoleńsku uważamy, że ich nazwiska musiały być na „listach egzekucyjnych”. Mamy dokumenty dotyczące ich personalnie, które są dowodem na to, że też zostali skazani.

Czy są to teczki personalne?

– To nie są teczki personalne, tylko korespondencja służbowa między smoleńskim zarządem obwodowym NKWD a centralą – Zarządem ds. Jeńców Wojennych oraz personalne karty ewidencyjne z kartoteki NKWD jeńców 1939 roku. Jedenastkę przysłano na śledztwo, po czym naczelnik obwodowego NKWD smoleńskiego raportował do centrali, że w sprawie pierwszych czterech to śledztwo zostało zakończone, wykonane i zapytuje, co mają z nimi robić. Centrala, która w tym momencie miała tysiące ludzi do rozstrzelania (trzeba było to wszystko sprawnie zorganizować), z dużym opóźnieniem odpisała, że zostali już skierowani na rozpatrzenie sprawy przez „trójkę”. Potem po dwóch tygodniach naczelnik donosił, że zakończył śledztwo w sprawie pozostałych siedmiu. A my teraz widzimy w ich kartach ewidencyjnych, zachowanych w kartotece jenieckiej NKWD, adnotacje o sporządzeniu specjalnych „informacji służbowych” dla „trójki” powołanej przez politbiuro do formalnego wyrokowania. Oczywiście rozpatrzenie sprawy przez „trójkę” oznaczało skazanie na śmierć, bo „trójka” dostała od politbiura tylko takie uprawnienie, nie miała możliwości wydania innego orzeczenia niż tylko wysłanie na śmierć…

 

Jakie informacje o „nowych” ofiarach zbrodni katyńskiej udało się Państwu ustalić?

– Znamy ich podstawowe dane, historię pobytu w niewoli, stopnie wojskowe. Jedna osoba z jedenastki odesłanej na śledztwo do Smoleńska, która później decyzją centrali została wycofana z rozstrzelania, znalazła się w łagrze w obwodzie archangielskim. Potem ten oficer został amnestionowany i trafił do armii gen. Władysława Andersa, następnie dożył długich lat w Australii i nawet napisał wspomnienia (złożone w Związku Sybiraków).

Z pozostałej dziesiątki trzech figurowało na liście wysyłkowej i są oni wymienieni w monumentalnym dziele „Księga cmentarna Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu”. No i mamy te siedem osób, których śledztwo zostało zakończone dużo później, kiedy centrala już się zorientowała, że nie ma sensu ich wpisywać na listy wysyłkowe. Ich dane nie występują w „Księdze” ani w żadnym wcześniejszym zestawieniu. Dzięki dotarciu do dokumentów NKWD, potwierdzających wdrożenie wobec nich procedury skazania, uważamy za udowodnione, że też zostali rozstrzelani. To jest ta siódemka.

 

Myśli Pan, że ofiar Katynia może być więcej?

– Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że raczej nie. Opieram się na wielkim zestawie dokumentów Zarządu ds. Jeńców Wojennych, który znajduje się w otwartym dostępie w archiwum w Moskwie, rosyjskim Państwowym Archiwum Wojskowym. To nie jest archiwum resortowe, tylko ogólnopaństwowe, czyli z dosyć dużą pewnością, chociaż nie stuprocentową, można stwierdzić, że w tym archiwum to, co dotyczy sprawy katyńskiej, jest w całości dostępne. Za wyjątkiem kartoteki, ale to jest szczególny rodzaj źródeł. Do każdej kartoteki w archiwach rosyjskich dostęp jest zastrzeżony. To jest oddzielna historia. Nam się w końcu udało zbadać kartotekę jeniecką, ale tylko małą część oryginałów leżących w Moskwie, a pozostałe na kserokopiach, które w 1992 roku zostały wykonane przez Polską Wojskową Komisję Archiwalną i złożone w Centralnym Archiwum Wojskowym (CAW) w Warszawie-Rembertowie.

W jakich jeszcze archiwach znajdują się dokumenty dotyczące Katynia? Jakie zasoby dokumentów Państwo przebadali?

– Przed trzema laty zdaliśmy sobie sprawę, że są wielkie zbiory źródeł w archiwach, i to dostępne od bardzo dawna, bo od początku lat 90., które nigdy nie były wykorzystywane we wcześniejszych opracowaniach, ale pozostawały zupełnie na boku. Z jeszcze innych względów zaczęło nam bardzo zależeć na tym, żeby zrobić zestawienie uwzględniające wielkie zasoby dokumentów, które były znane historykom i były wykorzystywane w pewnym stopniu, ale nie do zastawień imiennych, a do różnych opracowań monograficznych, ściśle historycznych, albo też były wykorzystywane, ale bez odwołania się do konkretnych sygnatur, co można zauważyć w pewnych biogramach na przykład „Księgi cmentarnej”, gdzie wyraźnie korzystano z Archiwum Robla.

Od 1990 roku znane jest pojęcie Archiwum Robla.

– To jest zbiór materiałów powstałych podczas badania w Krakowie, znalezisk wydobytych z mogił katyńskich w 1943 r. przez Niemców i PCK. Tam, na miejscu, zostały one wstępnie przejrzane i na podstawie tego wstępnego przeglądu powstały raporty Ludwika Vossa i „Amtliches Material zum Massenmord von Katyn” oraz lista PCK. To wstępne badanie polegało na odczytaniu tego, co się dało odczytać natychmiast z tych papierów, które leżały przy zwłokach przez trzy lata. Bardzo wiele materiałów nie nadawało się odczytania. Zostały przekazane do Krakowa, do Instytutu Medycyny Sądowej i Kryminalistyki, w którym był Oddział Chemiczny kierowany przez dr. Jana Zygmunta Robla. Jego zespół zajmował się ich badaniem. Wiemy, że te znaleziska rok później, czyli latem 1944 roku, Niemcy z Krakowa wywieźli i zostały one najprawdopodobniej bezpowrotnie utracone. Ale pozostały udokumentowane badania przez biegłych sądowych, specjalistów zespołu dr. Robla, którzy robili odpisy wszystkiego, co się dało odczytać. Używali wielu technik i wiele udało im się odczytać. Niestety, zdążyli zbadać tylko część znalezisk, niecałe 10 procent. Ale wśród tego, z czego zrobili odpisy, znalazł się materiał zupełnie rewelacyjny. Są to dzienniki oficerów, w których nie tylko zapisywali, co się działo z nimi samymi, ale robili też wykazy kolegów, którzy się znajdowali obok (na przykład mieszkali w tej samej sali w obozie). Ogółem w tych dziennikach figuruje około 2tys. nazwisk oficerów obozu kozielskiego, czyli około połowy. To jest zupełnie rewelacyjny zasób źródłowy, który też nie był wykorzystywany w całości, co najwyżej wyrywkowo. Uznaliśmy, że te informacje muszą być włączone do bazy źródłowej naszego zestawienia imiennego.

Coś z tych nowych ustaleń zapadło Panu w pamięć, poruszyło szczególnie?

– Takie rzeczywiście zaskakujące informacje udało się znaleźć w tych dokumentach, ale one dotyczą pojedynczych osób. Poruszyła mnie historia jedynego znanego jeńca obozu kozielskiego, rozstrzelanego i spoczywającego w Katyniu, który nie był oficerem, a prostym szeregowcem.

Jak się nazywał?

– Ludwik Nawrocki. W „Księdze cmentarnej” jego biogram sprowadza się do imienia, nazwiska, imienia ojca i roku urodzenia (s. Józefa, ur. 1914) – są to dane wzięte z listy wysyłkowej NKWD, a dalej jest charakterystyczny skrót „bdd”, czyli „brak dalszych danych”. Dopiero z dokumentów NKWD, do których dotarliśmy, dowiadujemy się, że to był żołnierz z Nowego Sącza, zupełnie prosty człowiek, niewykwalifikowany pracownik wytwórni wody mineralnej. Został powołany do wojska w 1937 roku lub według innego dokumentu w 1938 r. i odbywał ją w 1. pułku piechoty Legionów, stacjonującego w Wilnie. Podczas kampanii wrześniowej przeszedł szlak bojowy tego pułku. Próbowali, walcząc, przebić się do granicy węgierskiej. Został ranny w walkach z Niemcami i na początku października umieszczony w Stanisławowie w szpitalu. Wyszedł z niego dopiero 17 listopada 1939 roku. Tego samego dnia aresztował go kontrwywiad sowieckiej 12. armii, która tam właśnie stacjonowała. Został oskarżony o wspieranie państwa polskiego uciskającego robotników itd. Tak jego służbę w WP zakwalifikował oficer kontrwywiadu NKWD, ale po dwóch dniach zapadła decyzja odesłania go do obozu jenieckiego. Dalej jest jakaś niezrozumiała luka. Zapewne przesyłano go z miejsca na miejsce. Trafił do Kozielska z więzienia w Moskwie dopiero w połowie kwietnia 1940 roku, gdy już od 11 dni trwała operacja „rozładowania” obozu, czyli wysyłania jeńców na rozstrzelanie do Smoleńska i Katynia.

 

Sowieckie struktury kontrolowały to jego aresztowanie czy tą historią rządził chaos i przypadek?

– Jesienią 1939 roku panował wielki bałagan, bo oprócz masowego zabierania do niewoli polskich żołnierzy przez jednostki liniowe Armii Czerwonej bardzo paliły się do aresztowań specjalne grupy operacyjne NKWD oraz kontrwywiad wojskowy. Ale tak wielkiej masy aresztowanych nie było gdzie trzymać, wszystkie więzienia na zagarniętych przez ZSRS Kresach Wschodnich błyskawicznie się przepełniły. A przysłane ze Wschodu terenowe organa NKWD nie nadążały ze śledztwem i bardzo chętnie odsyłały aresztowanych, gdzie tylko mogły w głąb ZSRS, m.in. usiłowały jak najwięcej aresztowanych „wypchnąć” do obozów jenieckich, a te z kolei broniły się przed napływem dodatkowych więźniów, jak tylko mogły. W przypadku Ludwika Nawrockiego, po jego przybyciu w połowie kwietnia 1940 roku do Kozielska, centrala zażądała od dowództwa obozu, żeby przysłano jego teczkę śledczą, tę samą, którą kontrwywiad wojskowy w Stanisławowie założył w listopadzie 1939 roku. I potem centrala świadomie wpisała go na listę wysyłkową. 10 albo 11 maja został odesłany ostatnim transportem do Smoleńska i rozstrzelany 11-13 maja. Ta teczka śledcza leży wciąż w archiwum. Nie on jeden został aresztowany w Stanisławowie przez kontrwywiad 12. armii, ale pozostali zostali odesłani do Ostaszkowa. Jest wśród nich czeski dezerter z Wehrmachtu, który podczas kampanii wrześniowej uwolnił dwóch konwojowanych przez siebie żołnierzy polskich, uciekł razem z nimi, razem przekroczyli linię demarkacyjną i znaleźli się na terenie okupacji sowieckiej. Tam został aresztowany przez kontrwywiad, odesłany do obozu w Ostaszkowie i rozstrzelany w Kalininie. „Księga cmentarna Polskiego Cmentarza Wojennego w Miednoje”, też podaje o nim tylko minimalne dane z listy wysyłkowej.

Co jeszcze udało się ustalić Państwu dzięki tym niezbadanym dokumentom NKWD i całościowo zweryfikowanemu Archiwum Robla?

– Udało się dla ponad stu osób ustalić ścisłe daty wywiezienia ich z obozu kozielskiego, w przypadku niektórych z nich poznaliśmy dokładne daty rozstrzelania. Dzięki takiemu kompleksowemu zbadaniu i zestawieniu Archiwum Robla z dokumentami NKWD okazało się, że można na tej podstawie ustalić też dosyć ścisłe daty odesłania z obozu i rozstrzelania dla wszystkich. Ścisłe dla kilkuset osób, a dla pozostałych bardzo wąski – dwu- lub trzydniowy – przedział dat. Żaden dokument potwierdzający rozstrzelanie konkretnych osób, jak twierdzą rosyjskie władze i archiwa, nie zachował się. W każdym razie nie są dostępne w obiegu naukowym. Czy naprawdę się zachowały, czy nie, takiej pewności nie ma.

Jaką formę będzie miała publikacja podsumowująca Państwa prace?

– Jest to komplet biogramów 4415 osób. Pytała pani, czy można liczyć na to, że jeszcze jakieś nazwiska wypłyną. Jeśli chodzi o jeńców kozielskich, to raczej nie. Mamy dosyć pełny wykaz wszystkich ruchów, wszystkich wyjazdów i przyjazdów z i do obozu kozielskiego. Stuprocentowej pewności, że to jest absolutny komplet, nie mamy. Dużo by dało, gdyby udało się zbadać już nie ogólnopaństwowe, ale resortowe Centralne Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej i regionalne archiwum obwodowego zarządu FSB w Smoleńsku.

Jeszcze żaden badacz nie miał do niego dostępu?

– Nie, nikt nie miał takiej możliwości. Ale powiedziałbym, że liczba ofiar obozu kozielskiego, którą można nazwać „kanoniczną”, 4421 osób, jaką przewodniczący KGB Aleksandr Szelepin w 1959 roku podał w informacji służbowej Chruszczowowi, jest maksymalna. Wydaje mi się, że ta liczba jest nieco błędna i on się trochę pomylił, ale niewiele. Chyba po prostu podał sumę osób, które występują na wszystkich kozielskich listach wysyłkowych (ale ich jest 4420) i nie uwzględnił, że tam są cztery osoby umieszczone dwukrotnie. Powinien podać Chruszczowowi 4416. A po drugie, nie uwzględnił kilkunastu osób, które zostały wycofane z rozstrzelania lub zmarły w obozie przed wywózką, albo były trzymane w innym obozie i na kozielskie listy wysyłkowe zostały wpisane w 1940 roku przez pomyłkę. Jednak liczba Szelepina to jest jakiś górny pułap. Są również ustalenia Andrzeja Przewoźnika opublikowane w jego książce. On próbował oszacować liczbę zwłok wydobytych w 1943 roku. Problem polega na tym, że Niemcy przerwali ekshumację w czerwcu 1943 r., kiedy eksploracja ostatniego dołu śmierci była zaledwie zaczęta. Swoje oszacowanie Andrzej Przewoźnik uściślił o ustalenia polskie z lat 1994-1995, kiedy to dokonywano bardzo szczegółowego badania w Lesie Katyńskim przed budową cmentarza. Wtedy jeszcze raz zbadano wszystkie doły śmierci i odkryto kilka czaszek, które najwyraźniej nie zostały wydobyte w 1943 roku. Andrzej Przewoźnik oszacował liczbę zwłok pogrzebanych w dołach śmierci w Lesie Katyńskim na 4407. Ten rozrzut między 4407 a 4421 jest niewielki. Według mnie najbardziej prawdopodobna jest liczba, którą ustaliliśmy w naszym zestawieniu: 4415. Ale nie mogę wykluczyć, że jeszcze ktoś się znajdzie. Z całą pewnością można natomiast stwierdzić, że tam mogą się znaleźć tylko jeńcy z obozu kozielskiego. W tych grobach nie może być zwłok żadnych innych obywateli polskich, na przykład – a były takie spekulacje – przywiezionych na egzekucję z więzień Zachodniej Białorusi.

Dziękuję za rozmowę.

 

Aleksander Gurjanow jest współautorem publikacji „Zabici w Katyniu”, opracowanej wspólnie przez moskiewski ośrodek badawczy stowarzyszenia Memoriał i warszawski Ośrodek Karta. Promocja polskiego wydania tomu odbędzie się 8 maja w Warszawie w Centrum Edukacyjnym IPN im. Janusza Kurtyki (ul. Marszałkowska 21/25).

Beata Falkowska

Nasz Dziennik