logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: www.nasa.gov/ -

Globalizacja niesie globalne załamanie

Środa, 11 lipca 2012 (06:34)

Małe jest piękne, a różnorodność stanowi o sile natury. Tych prostych reguł, które od zarania rządzą światem, nie wzięli pod uwagę ojcowie globalizacji.

Nową ideologię, która miała chronić interesy firm i instytucji finansowych krajów wysoko rozwiniętych, ukuto ad hoc na początku lat 90. ubiegłego wieku - po upadku komunizmu i rozpadzie imperium sowieckiego.

W zamian za kapitał i know-how ponadnarodowe korporacje chciały sięgać po coraz to wyższe zyski, oszczędzając więcej i więcej na kosztach pracy. Lokowały zakłady produkcyjne w krajach o jak najtańszej sile roboczej. Strategia okazała się krótkowzroczna, ponieważ wraz z przenoszoną za granicę produkcją pomniejszano sferę realnej gospodarki i przyszłe przychody podatkowe macierzystych krajów. Zastąpić ją miał rozrastający się w zamian sektor usług finansowych.

 Rozziew między realną gospodarką, która za granicą wytwarza dobra użytkowe, a wirtualną gospodarką, która wie najlepiej, co robić z kapitałem, narastał szybko.

Pękają kolejne absurdalne bańki spekulacyjne. Przykładowo, w USA wiarygodność kredytową zyskał nowy typ klienta banków, osławiany NINJA (No Income, No Job, No Assets), któremu, choć bez pracy, majątku, a nawet dochodów, dane było przez chwilę spełnić "american dream" o własnym domu.

Z kolei w Hiszpanii pod kredyty wybudowano 1,5 miliona mieszkań, które stoją dziś puste. W Polsce wpychano na lewo i prawo opcje i kredyty hipoteczne we frankach i euro, nabijając klientów w ryzykowne spekulacje walutowe.

Dramatyczne skutki nie dały na siebie długo czekać. Oto globalna gospodarka znalazła się na krawędzi przepaści. Od pół roku systematycznie spada światowy handel, a kolejne kraje popadają w recesję bądź doświadczają ostrego spowolnienia.

Stan świadomości


Przed dwoma tygodniami ogłoszono pakiet pomocy dla hiszpańskiego sektora bankowego w wysokości 100 mld euro. Deklaracja wywołała chwilową euforię. Po sześciu godzinach na rynki powróciły spadki.

W zeszłym tygodniu skoordynowana obniżka stóp procentowych w Europie i Chinach oraz kolejny dodruk pieniądza w Wielkiej Brytanii podtrzymały giełdy na plusach przez niespełna godzinę.

W tych okolicznościach następny pakiet pomocowy czy stymulacyjny może wywołać "na dzień dobry" sceptyczną reakcję graczy rynkowych, a co gorsze, klientów europejskich banków. Bo za mało. Za późno. Bo nie ulega wątpliwości, że politycy, jak i instytucje finansowe tracą wiarygodność i możliwości manewru.


Jednocześnie narasta fala natrętnej propagandy. Czym gorzej w realnej gospodarce, tym media szprycują nam coraz większe dawki znieczulenia, kierując naszą uwagę to na igrzyska, to znowu kreując spory ideologiczne.

Polska jest tego świetnym przykładem. Nic to, że rząd przewłaszczył sobie składki OFE w zeszłym roku, poszukał oszczędności w systemie refundacji leków na początku tego roku, właśnie podwyższa wiek emerytalny czy traktuje podatnika jak dojną krowę na postronku. Bo kryzysu przecież nie ma. Mamy za to coraz więcej Europy, Palikota, Niesiołowskiego i medialnych harcowników wmawiających, że Belka, Rostowski i Rosati ochronią nas od... złego Tuska.

Powróćmy do realnych kłopotów w systemie bankowym. W niepełna cztery lata po upadku Lehman Brothers następuje kolejna czarna seria. Nie przebrzmiały jeszcze straty za zeszły rok rzędu 9 mld euro włoskiej Grupy UniCredit, a tu amerykański JP Morgan ogłasza, że w ciągu kwartału zgubił na rynku derywat ponad 2 mld dolarów.

Jakby i tego było mało, brytyjski bank Barclays przyznaje się do manipulacji stawką LIBOR i ot, grzecznie płaci 400 mln dolarów kary. Banki "zbyt duże, by upaść", są dziś "jeszcze większe, by upaść", a ich zarządy pozostają bezkarne pomimo popełnianych błędów.

Mnożą się konflikty interesów, narasta ryzyko systemowe. Co dalej? Gdy piszę te słowa, euro zaczyna tydzień poniżej poziomu 1,23 za dolara, rynki azjatyckie dołują o 1 proc., a pieniądz szuka... bezpiecznej przystani. Może w najbliższym czasie usłyszymy o kolejnej interwencji banków centralnych? Bo rentowności hiszpańskich i włoskich obligacji wróciły odpowiednio na poziom 7 i 6 procent. Bo Instytut Gallupa ogłosił, że statystyki o bezrobociu na całym świecie są drastycznie zaniżone.

Podobno w Polsce bez pracy pozostaje 33 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn! Pytam, jak wyliczyć z 33 i 30 proc. średnią 12,5 procent? Jasne, jasne - wszystko zależy od sposobu liczenia - tego nauczył nas minister Rostowski. Angela Merkel i Francois Hollande prowadzą swoje kraje w braterskim uścisku. Ogłosili razem plany wprowadzenia jednolitego europejskiego nadzoru finansowego i unii bankowej z końcem tego roku mimo różnicy zdań co do podatku bankowego, paktu fiskalnego i euroobligacji.

Oczywiście ustępstwa Niemiec dotyczące unii bankowej mogą okazać się najbardziej kosztowne, ponieważ największe zobowiązania w bilansach banków stanowią gwarancje wypłacenia depozytów. A te w samej Hiszpanii wynoszą ponad 1 bln 600 mld euro! Dziwi, że obietnice pani kanclerz partnerzy europejscy biorą za dobrą monetę, gdy ta dawno utraciła mandat podejmowania znaczących decyzji wraz z dotkliwą przegraną w kolejnych wyborach do landów. Tak naprawdę na straży niemieckiego interesu stoi dziś prezydent, Trybunał Konstytucyjny i Bundestag.

Niepewne jutro

W ostatnich tygodniach Rumunia, Finlandia, Wielka Brytania i inne kraje zaczęły rozważać scenariusze rozpadu strefy euro, a nawet wyjścia z Unii Europejskiej.

Złą sytuację potęgują wydarzenia na świecie, np. potencjalna zapaść gospodarcza w Indiach i Brazylii, do niedawna liderów wzrostu i członków ekskluzywnego klubu BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny). Rynki z napięciem śledzą dane o stopniu spowolnienia w Chinach, a nawet biorą pod uwagę ryzyko... deflacji w tym kraju! Indeks cen dosłownie zleciał w ciągu miesiąca o 2,1 proc. do poziomu 2,2 proc. rok do roku w tempie, które jeży włosy na głowach chińskich decydentów.

Okazuje się również, że zamówienia przemysłowe w Japonii spadły w maju aż o 14 proc. (najwięcej w historii od czasu, gdy wskaźnik ten jest w domenie publicznej), co potwierdza słabnący popyt w Chinach.

Gwałtowny upadek chińskiego smoka dopełniłby najczarniejszy ze scenariuszy ekonomicznych, trudno bowiem spodziewać się znaczącego impulsu rozwoju z jakiegokolwiek innego obszaru gospodarczego. Amerykański FED po złych danych z rynku pracy i zatrważających doniesieniach z Azji w najbliższym czasie z pewnością zasygnalizuje możliwość luzowania monetarnego tzw. QE 3. Jak zareagują rynki, czy aby nie odwrotnie niż chciałby FED?

Powróćmy na koniec do spraw polskich. Wydaje się, że tak jak przed rokiem wakacje polityczne w sierpniu i tym razem zostaną odwołane. Co więcej, skala problemów stojących przed gospodarką narodową wzrosła w międzyczasie po wielekroć. Kolejne firmy budowlane ogłaszają upadłość. Samorządy w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku przekroczyły ustawowy próg zadłużenia i muszą ciąć wydatki budżetowe.

Wpływy podatkowe spadają. Wbrew zapewnieniom ministra Rostowskiego rzeczywisty dług państwowy dalej gwałtownie rośnie. Najwyższa pora zająć się stabilizacją finansów publicznych, uszczelnić system podatkowy, by w drugiej kolejności nakreślić strategię ochrony miejsc pracy i podtrzymania wzrostu gospodarczego.

Globalizacja, nie mam co do tego wątpliwości, przyniosła ze sobą realną groźbę załamania w światowej gospodarce, która może zmaterializować się już w najbliższych tygodniach i miesiącach. Ze zwielokrotnioną siłą ujawnią się skutki zaniechania reformy systemu finansowego po upadku Lehman Brothers w 2008 roku.

Jedno jest pewne: mamy oto do czynienia z defragmentacją globalnych rynków finansowych i odejściem od nieskrępowanego przepływu kapitału. Czy politykom starczy odwagi, by wbrew finansjerze powrócić do rozwiązań podobnych do tych zawartych w Pakcie Glass Seagall, który wprowadzono w USA jako remedium na Wielki Kryzys, lub nakreślić nowe ramy wymiany walut na miarę konferencji Bretton Woods pod koniec zawieruchy wojennej. Inaczej przy załamaniu globalnego łańcucha dostaw skala niedostatku na świecie może przyćmić biedę kryzysu lat 30. ubiegłego wieku.

Jerzy Bielewicz, prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek"

Nasz Dziennik