logo
logo

Zdjęcie: E.Sadej/ Nasz Dziennik

Śmierć za kromkę chleba

Sobota, 3 sierpnia 2013 (02:07)

Z chlebem kojarzy się nam zawsze życie. Nic więc dziwnego, że śmierć znajduje się całkiem po przeciwnej stronie. Chleb bowiem podtrzymuje życie.

Najbardziej ludzie doświadczają tego w sytuacjach bardzo trudnych, choćby podczas różnych klęsk żywiołowych oraz w latach wojen. Ale były też i takie okresy, kiedy chleb – wbrew swojej naturze, stawał się pośrednio przyczyną śmierci.

To właśnie kromka chleba ofiarowana Żydom, w ustawodawstwie i praktyce postępowania władz niemieckich na terenach polskich była wystarczającym motywem, aby naszych rodaków pozbawiać życia. Tak okrutne prawo obowiązywało tylko u nas, na naszych ziemiach.

Wdzięczność należy się ks. dr. Pawłowi Rytelowi-Andrianikowi za przypomnienia tamtych wydarzeń. Są one zawarte w jego wyjątkowej książce „Dam im imię na wieki” (Księga Izajasza 56, 5), wydanej w Bibliotece Drohiczyńskiej.

Okazało się, że wśród tych, którzy mieli odwagę pomagać Żydom, było wielu kapłanów. Co więcej, dzięki temu wydawnictwu zaczęło się zgłaszać coraz więcej osób przypominających o tego rodzaju postawach, znanych im z opowieści albo z własnego doświadczenia. Aż powstała myśl nowego opracowania. Oby jak najszybciej stało się faktem.

Wypada z mocą podkreślić, że w powyższym tytule – „śmierć za kromkę chleba” nie ma wcale poezji. To była straszliwa i ponura rzeczywistość.

Ginął każdy Polak i każda Polka; dorośli i młodzież, kapłani, zakonnice i zakonnicy, całe rodziny, za jakąkolwiek pomoc udzieloną Żydom. I takich rodaków nie zabrakło. Czy było ich 200 000, czy może więcej, tego nie da się tak łatwo obliczyć.

Z tego względu dobrze się dzieje, że pojawiają się opracowania, opowieści źródłowe, archiwalne odkrycia, które ukazują nam grozę, jaką przeżywali Żydzi, i bohaterstwo ze strony tych, którym nie zabrakło odwagi spieszenia z pomocą. Nie można też zapominać o tym, iż wielu kapłanów, wystawiając metryki chrztu, ratowało Żydów, nie bacząc na groźbę śmierci.

Niech mi też będzie wolno podzielić się własnym wspomnieniem z dziecięcych lat. Miałem chyba dopiero pięć lat, gdy usłyszałem, jak mój brat Henryk, starszy o pięć lat, zwrócił się do mamy z prośbą o coś do jedzenia, ponieważ dowiedział się od swojego kolegi Hipolita, obecnego kapłana, że w polu na naszej miedzy, pomiędzy dojrzewającymi zbożami, siedzi samotnie Żydówka.

Być może było to po zdławieniu powstania w getcie. Nie pamiętam, co otrzymał mój brat, ale mama coś dała, a on wziął mnie ze sobą. Myślałem, że idziemy daleko. Teraz wiem, że to było tylko kilkaset metrów od domu, na polu otoczonym lasem. A przed moimi oczyma wciąż widzę kobietę siedzącą na miedzy, obok niej leżały różne drobiazgi z ubrania i bielizny. Robiła wrażenie straszliwie zmęczonej.

Brat mój podał jej matczyny podarek i zawróciliśmy do domu. O śmierci tej kobiety nigdy nie słyszałem. Może się uratowała? Oby tak było.

Jestem przekonany, że takich postaw i zachowań, płynących ze współczucia, było bardzo dużo, pomimo że cena tego symbolicznego chleba sięgała szczytów. Ale miłość pozostała sobą, niesłychanie płodną matką dobroci. I dobrze, że o tym też od wieków przypomina psalmista „Pan tych miłuje, którzy zła nienawidzą. On strzeże dusz świętych swoich, wydziera je z rąk grzeszników” (Ps 97).

Bogu niech będą dzięki.

ks. bp Antoni P. Dydycz OFMCap

Aktualizacja 3 sierpnia 2013 (09:04)

Nasz Dziennik