logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Upadek legendy

Piątek, 16 sierpnia 2013 (02:06)

Władysław Bartoszewski jest cały czas bardzo aktywny w życiu publicznym, ale jego wizerunek osoby godnej zaufania dawno już legł w gruzach.

Człowiek, który w czasach komunistycznych był uważany za osobę odważną, myślącą niezależnie, od wielu lat jest koniunkturalistą, którego głównym celem jest goszczenie na salonach. A elity mu się odwdzięczają, umieszczając go w gronie „moralnych autorytetów”.

Lubi wracać do swojej konspiracyjnej przeszłości, działalności w Armii Krajowej, pobytu w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Swoją pozycję budował na legendzie AK. Sam jednak od kilkunastu lat sprzeniewierza się ideałom, które przyświecały pokoleniu bohaterów „Kamieni na szaniec”.

Wiele osób przeżyło prawdziwy szok, gdy dowiedziało się, że w 2006 r. Bartoszewski był przeciwny przyznaniu Orderu Orła Białego gen. Augustowi Emilowi Fieldorfowi i rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu.

Bartoszewski był wtedy sekretarzem kapituły orderu, a o jego wątpliwościach opowiadała Lena Dąbkowska-Cichocka, minister w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Bartoszewski miał się wtedy obawiać, iż „precedensowa decyzja o pośmiertnym odznaczeniu obu bohaterów otworzy możliwość wywierania nacisków w sprawie kolejnych kandydatur”.

Nic dziwnego, że tak pokrętne tłumaczenia i argumenty wywołały protesty kombatantów. Nie mogli zrozumieć, jak można zgłaszać wątpliwości co do uhonorowania ludzi symboli walki z hitlerowskimi Niemcami, którzy po wojnie zostali zamordowani „w wolnej Polsce” przez komunistów.

Na szczęście nie doszło do kompromitacji kapituły, bo prezydent Lech Kaczyński nadał Ordery Orła Białego obu bohaterom bez pytania jej o zgodę. A było wielce prawdopodobne, że opinia Bartoszewskiego by zwyciężyła i to gremium (zasiadali w nim także Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki i Krzysztof Skubiszewski) wydałoby negatywną opinię na temat przyznania orderu Fieldorfowi i Pileckiemu.

Agresywny język

Takich bulwersujących wypowiedzi Bartoszewski ma na swoim koncie znacznie więcej. Dwukrotny minister spraw zagranicznych, a ostatnio główny doradca premiera Donalda Tuska w sprawach zagranicznych, zajmuje się dziś nie obroną polskich interesów, ale obrażaniem Polaków. Nie przebiera w słowach, ale tylko jeśli atakuje swoich przeciwników politycznych.

Gdy nie podobała się mu polityka zagraniczna PiS i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, to ludzi, którzy się nią zajmowali, nazwał „dyplomatołkami”, ku uciesze medialnej gawiedzi. Były minister nie potrafił, albo nie chciał, dostrzec sukcesów polityki swoich przeciwników politycznych, to dla Bartoszewskiego było nieistotne.

Z biegiem czasu zaczął sobie coraz bardziej folgować, nie oszczędzał języka, ale obrażał już nie innych polityków, ale zwykłych Polaków. Przeciwników obecnego rządu, prezydenta nazywał wulgarnie „bydłem”. Ostatnim przykładem jego agresji słownej są ataki na uczestników obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, etykietowanie ludzi uczestniczących w uroczystościach pod pomnikiem Gloria Victis jako „motłoch”.

I choć usłużne media próbowały go usprawiedliwiać, tym razem nie dało się wmówić Polakom, że wszystko jest w porządku, bo „Bartoszewski ma prawo tak mówić”. Nawet ludzie, których trudno podejrzewać o sympatię do prawicy, nie szczędzili słów krytyki.

– To wywód pełen pogardy, wściekłości – mówił Józef Oleksy z SLD. A Witold Waszczykowski, były wiceminister spraw zagranicznych, zwraca uwagę, że Bartoszewski tak zachowuje się od lat. – Dziś mówi „motłoch, bydło, nekrofilia polityczna”. Tak wypowiada się minister o Polakach, o swoich rywalach politycznych – podkreśla Waszczykowski.

Czapką do ziemi

Władysław Bartoszewski jest przedstawiany jako znakomity dyplomata, przed którym otwierały się wszystkie drzwi. Ale jeśli ktoś pamięta wydarzenia sprzed kilkunastu lat, ma raczej inną opinię. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na politykę wobec Niemiec.

Bartoszewski jest chwalony za to, że budował porozumienie polsko-niemieckie. Ale niestety na niemieckich warunkach. Widać to było zwłaszcza w 1995 roku. Minister zabiegał wtedy o to, aby Niemcy zaprosili Wałęsę na berlińskie obchody 50. rocznicy zakończenia II wojny światowej. „Niemieccy przyjaciele” Bartoszewskiego nie zamierzali jednak tego robić, ale żeby nie tracić tak spolegliwego sojusznika, szefa MSZ zaproszono na uroczyste posiedzenie Bundestagu i Bundesratu (28 kwietnia 1995 roku), gdzie wygłosił przemówienie. Niemcom to się bardzo opłaciło.

Bartoszewski jako pierwszy polski polityk tej rangi przeprosił Niemców za powojenne wysiedlenia. Co ciekawe, wtedy media tzw. głównego nurtu przemilczały tę część przemówienia, wiedząc, jakie to wywoła reakcje w kraju. Niemieckie media oczywiście ten fragment szczególnie uwypuklały. Bartoszewski powołał się wtedy na słowa swojego przyjaciela Jana Józefa Lipskiego, przewodniczącego Klubu Krzywego Koła i wielkiego mistrza loży masońskiej Kopernik, który powiedział w 1981 r.: „Wzięliśmy udział w pozbawieniu ojczyzny milionów ludzi…”.

W tym przemówieniu zaniżył też liczbę Polaków, którzy zginęli podczas II wojny światowej. Nie dziwi więc to, że w kolejnych latach były minister bagatelizował fałszowanie najnowszej historii przez Niemców czy też działalność Eriki Steinbach i jej Związku Wypędzonych i tym podobnych stowarzyszeń. A gdy Berlin zdecydował o budowie muzeum wypędzonych, Bartoszewski wskórał jedynie wprowadzenie niewiele znaczących korekt do statutu placówki i składu jego władz.

I nie ma się czemu dziwić, skoro jednocześnie były żołnierz AK pozwolił sobie w wywiadzie dla niemieckiej „Die Welt” na wypowiedź, że podczas okupacji bardziej bał się swoich sąsiadów, innych Polaków niż okupujących Polskę Niemców. Bo Polacy mogli go wydać za niesienie pomocy Żydom.

Co prawda potem Bartoszewski się bronił, że jego słowa wyrwano z kontekstu, że wcale nie o taki przekaz mu chodziło, nie o wybielanie Niemców, ale jego słowa poszły w świat. I doskonale pasowały do niemieckiej narracji, że Polacy są współwinni holokaustowi, że są narodem antysemitów. To zresztą pasowało też do propagandy prowadzonej przez najbardziej krzykliwe organizacje żydowskie, które obarczają Polaków współodpowiedzialnością za to, że Niemcy na polskiej ziemi mordowali Żydów.

Poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk, prezes Powiernictwa Polskiego, podkreśla, że minister zajmuje się przede wszystkim tłumaczeniem polityki niemieckiej Polakom, tak jakby był rzecznikiem tamtejszych władz.

– Nie mamy natomiast wsparcia od Władysława Bartoszewskiego. Przecież minister polskiego rządu powinien działać w interesie polskich obywateli – mówi pani poseł. I dodaje, że to wsparcie rządu byłoby pomocne choćby po to, aby skutecznie walczyć z niemieckimi roszczeniami majątkowymi, bronić interesów Polonii w Niemczech czy też przeciwdziałać fałszowaniu przez Niemcy historii.

Arciszewska-Mielewczyk wskazuje, że obecne władze poniosły wiele porażek w swojej niemieckiej polityce. Jest to polityka uległości, zadowalania się nic nie znaczącymi gestami.

– Minister Bartoszewski jako sukces Polski uznał to, że Erika Steinbach nie znajdzie się w radzie muzeum wypędzonych. Tylko że to nic nie znaczy, bo przecież koncepcja muzeum, jego wymowa pozostały takie, jak chciała przewodnicząca Związku Wypędzonych – tłumaczy prezes Powiernictwa Polskiego.

Pojednanie w jedną stronę

Przez tzw. salon Władysław Bartoszewski traktowany jest również jako jeden z symboli pojednania polsko-żydowskiego. Jednak w świetle faktów jego rola w budowaniu dobrych relacji między Polakami a Żydami jest wysoce dyskusyjna, by nie powiedzieć wprost – szkodliwa.

Ksiądz profesor Waldemar Chrostowski, który jeszcze w latach 80. XX wieku był jedną z pierwszych osób, która organizowała dialog polsko-żydowski, zalicza Bartoszewskiego do grona liberalnych katolików, którzy uważają, że polska strona powinna uznawać wszystkie postulaty podnoszone przez stronę żydowską.

To dlatego Bartoszewski jako szef Międzynarodowej Rady Państwowego Muzeum w Oświęcimiu poparł decyzję o usunięciu w grudniu 1997 r. krzyży z terenu byłego niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau (Rada nad tym nie głosowała).

Ksiądz profesor wspomina, że początkowo Rada, w której również zasiadał, starała się szanować wrażliwość polską i żydowską, uczciwie też dyskutowano o wszystkich problemach.

– Zmieniło się to w połowie lat 90., gdy do Rady został dokooptowany Władysław Bartoszewski, który na jej posiedzeniach reprezentował w zasadzie żydowski punkt widzenia – relacjonuje ks. prof. Waldemar Chrostowski.

Wybitny biblista nie kryje, że przeciwstawiał się takiemu kierowaniu Radą przez Bartoszewskiego. W efekcie po jednym z posiedzeń Rady, gdy ks. prof. Chrostowski zakwestionował sens kierowania tym gremium przez Bartoszewskiego, przez kilkanaście miesięcy nie zwoływano jej posiedzeń.

A w 2000 roku miejsce ks. prof. Waldemara Chrostowskiego zajął ks. Michał Czajkowski, podobnie jak Bartoszewski niekryjący swojego filosemityzmu. Później przyznał się, że był długoletnim tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa.

W utożsamianiu się z żydowskim punktem widzenia Władysław Bartoszewski przekraczał rozsądne granice. Podczas wizyty w Izraelu w 1999 roku ówczesny szef polskiej dyplomacji przepraszał Żydów za rzekomy „antysemityzm polskich ciemniaków” żyjących na prowincji, czyli polski minister dopuścił się za granicą publicznej krytyki własnego Narodu.

Jednocześnie nie protestował przeciwko oczernianiu Polski i Polaków w Izraelu. Tak było choćby w 2000 roku, gdy na forum Knesetu padały oskarżenia wobec Polaków o antysemityzm i wspieranie Niemców w mordowaniu Żydów. Bartoszewski to wszystko zbył milczeniem.

Co znamienne, minister Bartoszewski zamiast bronić Polaków za granicą, gorliwie zajął się walką z niektórymi polonijnymi działaczami.

Na jego celowniku znalazł się m.in. prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej Edward Moskal. Przy pomocy polskich służb dyplomatycznych w USA Władysław Bartoszewski podważał pozycję prezesa Moskala, a oskarżenia o szkodzenie Polsce i rzekomy antysemityzm były na porządku dziennym.

Edward Moskal mówił wtedy, że ta kampania przypomniała mu podobne działania, jakie prowadzili komuniści. Gdy list z wyrazami poparcia dla Moskala wysłał Jan Kobylański, przywódca Polonii w Ameryce Południowej, minister Bartoszewski doprowadził do odwołania go ze stanowiska polskiego konsula honorowego w Urugwaju.

Krzysztof Losz

Nasz Dziennik