logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

TVP niszczona wraz z państwem

Poniedziałek, 16 września 2013 (02:09)

Kiedy przed kilkoma miesiącami z ekranu zniknęły programy greckiej telewizji publicznej, zadłużonej do granic absurdu i mającej oglądalność na poziomie poniżej 1 proc., wielu obserwatorów uznało to za symbol zaniku suwerennego państwa Greków. Na drodze do podobnego stanu znajdują się polskie media publiczne, co jest równie oczywistym symptomem demontażu polskiej państwowości.

Jeszcze cztery programy Polskiego Radia mają łącznie 20 proc. udziału w słuchalności, jeszcze zsumowana widownia dziesięciu kanałów TVP sięga 30 proc. widzów, ale z każdym tygodniem liczba odbiorców spada i w konsekwencji coraz niższe są przychody z reklamy. Kiedy przyjrzeć się poziomowi oferowanych treści i odcedzić niskiej jakości komercyjną rozrywkę, to oddziaływanie godne miana mediów publicznych, zgodne z misją, osiąga obecnie zaledwie kilka procent programu.

Strajk?

W TVP trwa referendum strajkowe zorganizowane przez związki zawodowe. Strajk zostanie ogłoszony, jeśli w referendum weźmie udział co najmniej połowa zatrudnionych i większość głosujących opowie się za przerwaniem pracy. Wyniki poznamy w najbliższych dniach.

Bezpośrednim impulsem do zaostrzenia protestu stał się realizowany przez prezesa Juliusza Brauna plan przeniesienia 500 pracowników do wyłonionej w przetargu prywatnej spółki. Przeciwko planom „sprywatyzowania” tak dużej liczby etatów dziennikarzy, montażystów i wykwalifikowanych pracowników technicznych wypowiedziały się w sierpniu Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Już obecnie TVP funkcjonuje w znacznej mierze według modelu półprywatnego, opierając się na samozatrudnionych współpracownikach, całkowicie zależnych od doraźnych zleceń. W sposób oczywisty ogranicza to niezależność dziennikarską. Teraz model telewizji bez etatów ma objąć niemal wszystkich odpowiedzialnych za program.

Pracownikami etatowymi pozostaną jedynie redaktorzy zlecający pracę. Władze TVP liczą na oszczędności rzędu 5-15 mln zł rocznie. Strat z tytułu obniżenia jakości programu i zniszczenia zespołów twórczych nikt nie podliczył.

Zaorać Woronicza?

Zwykle na telewizję publiczną patrzymy przez pryzmat irytujących stronniczością programów informacyjnych i publicystycznych, mówiąc w skrócie – nie chcemy płacić na Lisa i Kraśkę. Wielu katolików ma dość propagandy lewicowo-liberalnej i chętnie popiera hasło: „Zaorać Woronicza”. Jednak telewizja publiczna to niesłychanie ważny element suwerenności współczesnego państwa. Ma ona realizować politykę historyczną, tworzyć dobrą kulturę, służyć wymianie informacji pomiędzy obywatelami.

TVP to także filmy dokumentalne, reportaże interwencyjne, programy dla dzieci, transmisje religijne, programy edukacyjne, kulturalne, historyczne, poradnikowe i sport. Telewizja publiczna jako jedyna posiada ośrodki regionalne w każdym województwie. Raz utracony widz do mediów publicznych już nie wróci. Nawet jeśli kiedyś zmienią się władze TVP i jej linia programowa, już nie będzie ona docierać do milionów rodaków.

Spójrzmy, jak o własne media publiczne dbają Niemcy. To państwowa telewizja ZDF sfinansowała serial promujący niemiecką, nieprawdziwą wizję II wojny światowej „Nasze matki, nasi ojcowie”. Tam na funkcjonowanie wspierających państwo i naród mediów wydaje się kilkadziesiąt razy więcej pieniędzy niż u nas. Z płaconego przez każdego Niemca abonamentu.

Dlatego nie możemy patrzeć obojętnie na niszczenie naszych narodowych mediów publicznych i na pozorowane działania Platformy Obywatelskiej, która od lat udaje, że je naprawia.

„Obkurczanie” mediów publicznych

Jest bowiem już teraz jasne, dlaczego sześć lat temu Donald Tusk spowodował drastyczny spadek płatności przez Polaków abonamentu radiowo-telewizyjnego, nazywając go haraczem, nie robiąc nic, by poprawić jego ściągalność i nie wprowadzając żadnego nowego systemu.

Intencje Platformy ujawnił minister kultury na posiedzeniu sejmowej komisji. Celem jest maksymalne (według słowa użytego przez ministra) „obkurczenie” mediów publicznych, poprzez pozbawienie ich dochodów i zmuszenie do drastycznych oszczędności. Tylko że to nie poprawia jakości oferowanych programów, a zmusza do żenującej gonitwy za komercją i żebraniny w ministerstwach, samorządzie i u sponsorów.

Dobre programy wypierane są przez rozrywkowy chłam. Czy rząd tego nie widzi? Trudno uwierzyć. Więc nie o poprawę jakości chodzi, a raczej o pełzającą prywatyzację mediów publicznych.

PO już wiele lat temu miała plany ograniczenia telewizji publicznej do jednego programu, a w poprzedniej kadencji Sejmu była gotowa łożyć zaledwie 300 mln zł rocznie na wszystkie media publiczne, czyli o połowę mniej niż obecne minimum. Taką ustawę zawetował w roku 2009 prezydent Lech Kaczyński.

Obietnice nowej ustawy o powszechnej opłacie audiowizualnej, która miała poprawić sytuację finansową Polskiego Radia oraz TVP i uniezależnić je od reklamy, padały już kilkakrotnie. Żaden z terminów nie został dotrzymany. Ostatnie obiecanki zostały wygłoszone przez ministra Zdrojewskiego niedawno i dotyczą zaledwie założeń do nowej ustawy, która miałaby wejść w życie dopiero w roku… 2015.

Ustawa nie jest niczym trudnym, gotowe wzory mamy co najmniej w kilku krajach: Czechach, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Skoro opłata miałaby być o połowę niższa niż obecnie (10 zł od gospodarstwa domowego zamiast 20 zł miesięcznie) – to można ją wprowadzić bez narażania się na spadek popularności rządu.

Wielu ludzi byłoby gotowych wnosić opłatę, wiedząc, że płacą za ograniczenie reklam, programy dla dzieci czy filmy historyczne. Jednak PO trwa od lat w abonamentowym chocholim tańcu. Jedynym wytłumaczeniem jest antypaństwowe nastawienie i chęć wsparcia „zaprzyjaźnionych telewizji” prywatnych oraz perfidna polityka trzymania dziennikarzy mediów publicznych w stanie permanentnego niedożywienia, by byli posłuszni władzy.

Upartyjnienie i prywata

Tymczasem trwa coraz mocniejsze uzależnianie programu TVP od politycznych zleceń, choć wydawałoby się, że gorzej już być nie może. Przypomnijmy, że władze telewizji publicznej wyłoniła koalicja PO – SLD – PSL i trudno się dziwić, że tak wielu dziennikarzy prezentuje poglądy przeciwne Prawu i Sprawiedliwości.

Coraz większa liczba programów jest finansowana ze środków pochodzących bezpośrednio z ministerstw i centralnych urzędów. Kampanie rządowe, idące w miliony, dotyczące na przykład nakłonienia rodziców do posyłania do szkół sześciolatków czy propaganda Unii Europejskiej, decyzją polityków i urzędników trafiają do wybranych nadawców.

Warto wiedzieć, że w wielu krajach tego typu proceder jest kategorycznie zakazany, ponieważ prowadzi do bezpośredniego uzależnienia dziennikarzy od władzy.

Od początku września decyzją władz na Woronicza ruszył nowy kanał TVP – telewizja regionalna, który zastąpił na multipleksie trzecim TVP Info. To program realizowany w szesnastu terenowych oddziałach telewizji publicznej, tworzony bez pieniędzy i bez przychodów z reklamy, bo oglądalność jest znikoma.

W rezultacie niemal wszystkie tworzone tam audycje powstają za pieniądze sponsorów politycznych – marszałków województw, miejskich spółek, wojewódzkich urzędów i instytucji publicznych, a także sponsorów komercyjnych – miejscowych, co bogatszych firm oraz ich właścicieli. Nawet przy najlepszych chęciach dziennikarzy nie może być mowy o niezależności i funkcji kontrolnej takich mediów. Zielony kolor rozpoznawczy stacji sugeruje, że nadzieje na przetrwanie wiążą z nim politycy PSL.

Tymczasem dawna TVP Info, pozbawiona pasm regionalnych, została skutecznie osłabiona. Jej parametry nadawania zmieniono, pojawiła się na multipleksie pierwszym, który za kilka miesięcy musi być przez TVP zwolniony. Oglądalność tego programu spadła o 70 proc., jest obecnie trzykrotnie mniejsza od TVN24.

Stało się tak, ponieważ sygnał tej stacji zniknął u wielu operatorów kablowych, a ponowne znalezienie TVP Info wymaga zbyt skomplikowanego dla wielu telewidzów powtórnego zaprogramowania telewizorów. I kto to wymyślił? Dlaczego? Czyżby chodziło o zapewnienie politycznego podziału anten pomiędzy PSL, SLD i PO przed przyszłorocznymi wyborami?

Teraz już wiadomo, dlaczego TVP nie chce zejść z multipleksu pierwszego, mimo że nakazuje jej to ustawa: na multipleksie trzecim nie przewidziano miejsca dla TVP Info.

Walka o reklamę po cyfryzacji

Zakończenie pierwszego etapu cyfryzacji przyniosło dodatkowe elementy całej układanki. W jego wyniku mamy cztery multipleksy z 32 miejscami. Ukształtowany został na nowo rynek mediów. Jest tu silniejszy niż dotąd Polsat, zajmujący praktycznie 13 miejsc (5 bezpłatnych i 8 płatnych w MUX-4), TVN z 3 miejscami, Puls z 2 programami, lewicowy koncern ZPR z 3 miejscami, Agora z 1 miejscem i jedyna spoza tego układu – Telewizja Trwam. 9 miejsc pozostało dla TVP.

W tym stanie rzeczy osłabiona finansowo telewizja publiczna, idąca na pasku partii władzy, będzie się mogła tylko stopniowo wycofywać, oddając pole dla wzmocnienia „zaprzyjaźnionych” z jej zapleczem politycznym starych i nowych nadawców komercyjnych, którzy zażarcie będą walczyć o podział 3,5 mld zł rocznie z telewizyjnej reklamy i o wpływ na sposób myślenia milionów widzów.

Polska telewizja publiczna przypomina dorodną starą jabłoń, która jeszcze mogłaby rodzić wiele smacznych owoców, tylko od lat obsiadują ją szkodniki i pasożyty, bo nie ma gospodarza, który by temu zaradził. Są bogate archiwa, wierni widzowie, wielu dobrych fachowców, artystów i dziennikarzy, jest tradycja i misja do spełnienia.

Lecz jest także doraźny partyjny interes, interesy prywatnych konkurentów i spółek żyjących z telewizji. I nie ma zorganizowanego buntu świadomych widzów, którzy umieliby wyegzekwować swoje prawo własności wobec dobra narodowego, jakim są media publiczne. Jak długo jeszcze? Czy można patrzeć bezsilnie na realizację greckiego scenariusza?

Barbara Bubula

Nasz Dziennik