logo
logo

Zdjęcie: Olawill299/CC2.5/ Wikipedia

Zakochany w Polsce

Środa, 20 listopada 2013 (20:25)

Dziś mija 88. rocznica śmierci wielkiego pisarza Polski Stefana Żeromskiego.

 

Stefan Żeromski zmarł 20 listopada 1925 roku w Warszawie. Ten kronikarz smutnego losu naszej drogiej Ojczyzny nie miał łatwego startu w życie. Z jego dzienników opisujących lata młodzieńcze wyziera obraz ponurej walki o przetrwanie. Po śmierci matki, a potem ojca mało powiedzieć, że był ubogi. Często głodował, pozostawiony swojej samodzielności tułał się jako wychowawca i nauczyciel po domach ziemian i mieszczan, w Łysowie, w Nałęczowie, walcząc o przetrwanie. Umierał natomiast w wielkim splendorze, będąc właścicielem znacznego majątku i ukochany przez Naród Polski.

Wystarczy przypomnieć, że w listopadzie 1924 roku Żeromski przeprowadził się wraz z rodziną z Konstancina, gdzie ukończył pisanie ostatniej powieści „Przedwiośnie”, wprost do Zamku Królewskiego. Mieszkanie to przyznał mu prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski.

Cieszy mnie też fakt, że Żeromski był naocznym świadkiem rodzącej się w bólach i trudach niepodległości, której np. Henryk Sienkiewicz czy Bolesław Prus niestety nie doczekali.

Nie można przejść obojętnie obok twórczości autora „Urody życia”. Ta spuścizna to gorzka, ale elektryzująca swoją świeżością prawda, która niestety jest dzisiaj wciąż aktualna. Nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych pisarzy. Nie ma w jego twórczości tego optymizmu, radości, co w sienkiewiczowskiej opowieści, nie ma tej rozległości fabuły, co u Prusa. Nie umniejsza to w żaden sposób twórczości prozaika i dramaturga „sumienia polskiej literatury”. W miłości do Polski, Narodu, historii, języka, państwa jest także cierpko krytyczny. Nie ma się co temu dziwić, w końcu Żeromski nasiąkał opowieściami „żołnierzy tułaczy”, którzy przybywali z Syberii, kroczył ścieżkami powstańców styczniowych, znał smak klęski i cierpienia, jakie zgotowali naszej Ojczyźnie zaborcy, przede wszystkim Rosjanie.

To co dziś

We wspomnianej powieści Żeromskiego, „Przedwiośnie”, w ostatnich zdaniach książki główny bohater Cezary Baryka dołącza do demonstracji ulicznej. Naprzeciw robotników wyrastają oddziały wojska i policji. Za chwilę padną pierwsze strzały. Mistrz kończy ponurą opowieść o szklanych domach w ten sposób: „Właśnie konna policja pokazała się w jednej z ulic poprzecznych. Oficer na pięknym koniu, w płaszczu gumowym spiętym na piersiach, w skokach konia i lansadach przejeżdżał obok tłumu szarego i rudego, który się ściskał i zbijał w jedno ciało. Oficer przypatrywał się pilnie ideowcom. Specjalnie pilnie temu w czapce żołnierskiej. Gdy tłum zbliżył się pod sam już pałacyk belwederski, z wartowni żołnierskiej wysunął się oddział piechoty i stanął w poprzek ulicy, jakby tam nagle ściana szara, parkan niezłomny, mur niezdobyty wyrósł. Baryka wyszedł z szeregów robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnierzy – a na czele zbiedzonego tłumu”.

Myślę w tym momencie o naszym biednym kraju, o wyniszczanych ludziach, o gnębionych prawach i wolnościach, o ubogich, o pozbawianych szans na godną pracę młodych, o brakach perspektyw dla małżeństw i rodzin, o emigrantach, o blokowanym rozwoju przez kolejnych nieudolnych urzędników gabinetu Tuska i zmarnowanych szansach, zdeptanych nadziejach.

Jak cynicznie w tej perspektywie brzmią dzisiejsze słowa premiera, który rekonstruując swój rząd, czuje się niczym „selekcjoner kadry” i rzuca w rozradowanych dziennikarzy sloganem: „Musimy przyspieszyć!”.

Sześć lat to mało, panie premierze?

Myślę dziś o bł. ks. Jerzym, o jego matce, której śmierci nikt nie wspomniał w mainstreamowych mediach, nikt nie zająknął się słowem o tej heroicznej postaci.

Myślę o zapomnianych bohaterach zamordowanych przez Rosjan i Niemców, a także o zmarłych śmiercią tragiczną w katastrofie smoleńskiej elitach naszej Ojczyzny.

Uparta obrona instalacji zwanej „tęczą” jest dla władz Warszawy ważniejsza niż uczczenie pomnikiem ofiar tej narodowej tragedii. Usunięty krzyż z Krakowskiego Przedmieścia był większą obrazą i przeszkodą niż gejowskie symbole na pl. Zbawiciela.

Myślę wreszcie o uczestnikach Marszu Niepodległości z dnia 11 listopada, którzy demonstrując swoją miłość do Ojczyzny, chcieli wyrazić swój patriotyzm, a następnie zostali przez cynicznych dziennikarzy prorządowych, służących ślepo władzy, a także przez ponurych urzędników państwowych – zredukowani do hordy przestępców, fanatyków, faszystów.

Ta konfrontacja była i jest nieunikniona. Siła i przemoc ze strony władz państwowych, od symbolicznej po fizyczną będzie narastać. To początek wojny, jaką wartościom chrześcijańskim i patriotycznym wypowiedziała ta ekipa z prezydentem na czele. Państwo kierowane przez Donalda Tuska zawstydza swoją inercją, ugodowością (co się nazywa kompromisem i taktyką) wobec Moskwy, Berlina, Brukseli, Waszyngtonu.

Dziś potrzeba bardziej niż w latach 20. ubiegłego stulecia takich mistrzów słowa, którzy potrafili być sumieniem Narodu Polskiego. Trzeba czytać Żeromskiego.

Mam tylko nadzieję, że nowa minister edukacji - pani Kluzik, nie dokona kolejnych spustoszeń w kanonie lektur. Czy Stefan Żeromski przetrwa? Przetrwa. Wymienione nazwiska ze sfery politycznej przeminą, zostaną zapomniane, a jego żywą moc słowa ujrzą kolejne wieki. I nadejdzie taki moment dla naszej Ojczyzny, że przyszłe pokolenia, zapoznając się z występującymi w jego prozie, dramatach i dziennikach problemach narodu i państwa, będą traktować je jako ciekawostkę historyczną.

Tego by sobie na pewno życzył Żeromski, ten zakochany w Polsce państwowiec.

dr Tomasz M. Korczyński

NaszDziennik.pl