logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Russian Presidential Press and Information Office/CC BY 3.0/ Wikipedia

Niezmienna twarz Rosji

Środa, 19 marca 2014 (02:11)

Dziś Rosja śmieje się całemu światu w twarz. „Delegacja ukraińska nie chce przylecieć na rozmowy? Do Smoleńska, na przykład. Pogoda dobra. Mgła”– taki wpis zamieścił na Twitterze Antoni Korobkow-Zemlianskij. To człowiek bliski Putinowi, jeden z członków powołanej w 2005 roku Federalnej Izby Społecznej, której celem jest, jak głosi ustawa Dumy, „współdziałanie obywateli Federacji Rosyjskiej z organami samorządu lokalnego w celu uwzględniania potrzeb i interesów obywateli Federacji Rosyjskiej” dla m.in. „zapewnienia bezpieczeństwa narodowego”.

Wpis zniknął szybko, ale był dostępny tak długo, by przeczytali go i Polacy, i Ukraińcy. Niby szczególik, ale ważny. Mogą sobie prezydent i premier III RP pokrzykiwać, że agresja, że łamanie prawa międzynarodowego, że sankcje, że umacniamy wschodnią granicę (choć nie mamy czym). Tymczasem Rosja otwarcie szydzi: „Ukraińcy, lećcie do Smoleńska…”.

„Za Majdanem stoją Polacy”

Tak to właśnie przy okazji agresji wobec Ukrainy i Krymu Moskwa wciąga w orbitę konfliktu Polskę. „Zaproszenie” na Twitterze, drwiące ze śmierci członków polskiej delegacji na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej na smoleńskim lotnisku w 2010 roku, wpisuje się w propagandową falę ataków na nasz kraj. Od początku marca Putin i związane z nim media głównego nurtu powtarzają, że za plecami ludzi z Majdanu stała Polska. Na konferencji prasowej Putin ogłosił, że Polacy „szkolili ukraińskich terrorystów” z Kijowa. „Przygotowywano ich w specjalnych bazach na sąsiednich terytoriach na Litwie i w Polsce, ale również na samej Ukrainie. Trenowali ich przez dłuższy czas instruktorzy, działali w sposób zorganizowany, dysponowali dobrymi środkami łączności. Operowali jak specnaz” – powiedział.

Kilka dni później tę samą informację powtórzyła telewizja państwowa Rossija, powołując się na byłego szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy z czasów Janukowycza, Ołeksandra Jakymenkę, który zapadł się pod ziemię wraz ze swoim mocodawcą jeszcze pod koniec lutego. Kiedy i gdzie dziennikarze rosyjscy spotkali się z Jakymenką – nie podano. Jakymenko posunął się do insynuacji, że w czasie wydarzeń w Kijowie „rozkazy wydawano albo z Ambasady USA albo z Ambasady Unii Europejskiej” i wymienił z nazwiska Jana Tombińskiego, „obywatela Polski”, obecnie ambasadora UE na Ukrainie. Padły mocne sformułowania: „USA wybrały Polskę na pośrednika w ukraińskim przewrocie”, „Rola Polski w tym, że doszło do przewrotu wojskowego, była nieoceniona”, „Polska we śnie i na jawie chce odbudować swoje pozycje, chce odbudować dawną Rzeczpospolitą”.

Nowe kłamstwo katyńskie i rosyjskie manewry

Niepodobna uznać za przypadkowe ostatnie wypowiedzi Rosji na temat zbrodni katyńskiej. „Komsomolskaja Prawda”, tuba propagandowa Władimira Putina, zaprzeczyła 12 marca faktom potwierdzonym przez Rosję na początku lat 90., za prezydentury Borysa Jelcyna. NKWD nie wymordowało wiosną 1940 roku z rozkazu Stalina ponad 22 tysięcy polskich oficerów – twierdzi gazeta. Nic to, że strona polska dostała od Jelcyna kopię dokumentu podpisanego przez członków politbiura WKP(b), w którym Beria proponuje rozstrzelanie jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz cywilów i wojskowych z więzień na wschodnich ziemiach II RP, okupowanych przez Sowiety po 17 września 1939 roku; nieważne, że znana jest szeroka dokumentacja tej zbrodni, a nawet nazwiska wielu katów. Po tej rewelacji gazeta koncentruje się na Miednoje, miejscu pochówku ponad sześciu tysięcy oficerów, głównie KOP-u, Policji Państwowej i żandarmerii z obozu ostaszkowskiego, wymordowanych w ówczesnym Kalininie (dzisiaj Twer) i konstatuje: „Czas uznać Miednoje za skonstruowany z talentem polityczny mit”.

Na Polskim Cmentarzu Wojennym w Miednoje, otwartym w 2000 roku, spoczywają, według gazety, „radzieccy wrogowie narodu”, krasnoarmiejcy zmarli w czasie II wojny światowej w okolicznych szpitalach i najwyżej 300 obywateli II RP z obozu w Ostaszkowie. „Komsomolskaja Prawda” zarzuca Polakom, że podczas ekshumacji prowadzonej w 1991 roku podrzucili przedmioty przywiezione z Warszawy, żeby udowodnić, że są tam pochowani Polacy rozstrzelani w 1940 roku, w tym „doskonale zachowaną gazetę z maja 1940 roku”.

Ten sam dziennik wsławił się w ostatnich latach podawaniem różnych wersji wydarzeń, zawsze kłamliwych. Raz negował sowiecką odpowiedzialność za zbrodnię katyńską i wskrzeszał wersję z czasów komunistycznych, według której Polaków wymordowali Niemcy w 1941 roku, kiedy indziej twierdził, że zamordowani na mocy decyzji politbiura WKP(b) nie byli oficerami, a „strażnikami więziennymi, którzy splamili się unicestwieniem jeńców-czerwonoarmistów w latach 1920-1921”.

Słowom towarzyszą czyny, by wspomnieć bodaj manewry urządzane od 2009 roku, a wśród nich te pod kryptonimem „Zapad 2009” i „Zapad 2013”, podczas których ćwiczono symulowany atak nuklearny na Polskę, stłumienie powstania mniejszości polskiej na Białorusi, napaść na państwa bałtyckie. Ostatnio, już podczas krwawych wydarzeń na Ukrainie, w obwodzie królewieckim (kaliningradzkim) Flota Bałtycka wyszła w morze – zaczęły się niezapowiedziane ćwiczenia. Od 15 marca trwa – jak podaje ministerstwo obrony Białorusi – „drugi etap sprawdzania gotowości bojowej sił zbrojnych kraju i regionalnego systemu obrony powietrznej Rosji i Białorusi”.

 

Odbudować „naród radziecki”

Putin podnosi rękę na Ukrainę „w obronie Rosjan” przed „faszystami” z Kijowa, a Zachód przeciera oczy ze zdumienia i grzmi oburzony, powtarzając jak mantrę zapowiedzi sankcji ekonomicznych. Zupełnie jak w scenie operowej, kiedy chór śpiewa: „Ach, śpieszmy się, śpieszmy”, i ani drgnie z miejsca. Taką właśnie operową konwencję przyjął Zachód wobec rosyjskiego zagrożenia. Pogrozi, podeśle kilkanaście samolotów do Polski i na Litwę, przeprowadzi „rozmowy dyplomatyczne”… Co się stanie, gdy Krym nie zaspokoi apetytów Moskwy? Nadejdzie kolej na ostateczną rozprawę z Ukrainą. A potem, by zacytować powracające wciąż jak echo słowa Lecha Kaczyńskiego, „państwa bałtyckie, a później może i czas na Polskę”.

Co jeszcze musi się wydarzyć, by stało się jasne, że celem Rosji jest podbój? Zachód wierzył przez lata, że epoka wojen klasycznych przeminęła, że Moskwa ma „inne instrumenty” do zdobywania wpływów. Mówiono wiele i z przekonaniem o ekonomicznej ekspansji, która istotnie postępowała w sposób widoczny, zakładając, że to Putinowi wystarczy. Po co miałby rozpętywać konflikt grożący wybuchem zbrojnym, skoro może osiągnąć to samo, nie zajmując cudzych terytoriów?

Wypowiedź Putina z 2004 roku, że upadek Związku Sowieckiego był „ogólnonarodową tragedią”, wzmocniona rok później słowami: „rozpad ZSRR był największą tragedią XX wieku”, nie dała Zachodowi do myślenia – obie potraktowano jako część kampanii propagandowej na użytek Rosjan. A gdy w 2012 roku przekonywał: „W czasach radzieckich robiono wiele niedobrych rzeczy, lecz i dużo dobrego wymyślono. Na przykład było takie określenie – naród radziecki, nowa wspólnota historyczna”, i uznał, że byłoby świetnie, gdyby ktoś zaproponował „coś podobnego w nowych warunkach”, bo „termin ’naród radziecki’ był czynnikiem silnie konsolidującym”, komentowano jego wystąpienie jako wyraz „nostalgii za czasami potęgi”. Politykom zachodnim nie zapaliła się w głowach czerwona lampka ostrzegawcza – wygodniej im było pomijać nie tylko sygnały, lecz i otwarte zapowiedzi imperialnych poczynań Kremla.

Zachód nie chciał wiedzieć

Nie pamiętano, bo nie chciano pamiętać, że dawny pułkownik KGB swoją drogę na Kreml usłał trupami. Do sierpnia 1999 roku był szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa, kontynuatorki KGB i NKWD. To jego ludzie zorganizowali jesienią 1999 roku, gdy był już premierem, operację „Hiroszima”: serię zamachów bombowych w Dagestanie, Moskwie i Wołgodońsku. W powietrze wylatywały bloki mieszkalne, ginęło setki obywateli rosyjskich – a wszystko po to, by stary kagiebista mógł zdestabilizować wewnętrzną sytuację w Rosji, zrzucić winę za ofiary na Czeczeńców i wysłać przeciwko nim czołgi.

A prawda była znana m.in. dzięki Aleksandrowi Litwinience, funkcjonariuszowi FSB, który przeprowadził na własną rękę śledztwo. Za swój upór w dociekaniu prawdy zapłacił śmiercią, bo choć jego ucieczka do Wielkiej Brytanii w 2001 roku się powiodła, zmarł w 2006 roku napromieniowany przez rosyjskie służby radioaktywnym polonem. Głosu człowieka, który zdemaskował putinowskie metody, nikt nie chciał słuchać. A nawet jeśli służby zachodnie zdawały sobie sprawę, że na czele Rosji stanął bandyta – co mogło z tego wyniknąć przy całkowitej bierności polityków i społeczeństw?

Putin nie jest przywódcą sowieckim w stylu Chruszczowa, nie wali butem ze złości na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. Zbudował swój wizerunek człowieka silnego, a przy tym wrażliwego: rzekę syberyjską wpław przepłynie, ale i uśpionego tygrysa za uchem podrapie. W 2011 roku zaproszone przez niego do Sankt Petersburga na koncert charytatywny gwiazdy Hollywood, m.in. Sharon Stone, Alain Delon, Monica Bellucci i Mickey Rourke, nie posiadały się z zachwytu, gdy zaśpiewał dla nich piosenkę „Blueberry Hill”.

Teraz świat krzyczy, że to bandyta. Czy wcześniej był ślepy? Nie – po prostu robił z Rosją, postrzeganą jako stabilny partner, interesy idące w setki miliardów dolarów. Także Ukraina była dla Unii Europejskiej kąskiem wartym połknięcia. Politycy zachodni muszą się poza tym liczyć z własnym elektoratem, który odkrył „nowe” oblicze Rosji – dla nas stare i niezmienne od wieków.

Nagle wszystko się rozsypało… Przez tego „złego” Putina, który przedzierzgnął się nagle z doktora Jekylla w pana Hyde’a.

Anna Zechenter

Aktualizacja 8 kwietnia 2014 (10:50)

Nasz Dziennik