logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

Sprawiedliwi z Markowej

Poniedziałek, 24 marca 2014 (02:08)

W okupowanej Polsce za pomoc Żydom zginęło co najmniej tysiąc Polaków, z nazwiska znamy ponad 700 osób. Wśród nich było wiele całych rodzin. Symbolem ich heroicznej postawy stała się historia rodziny Józefa i Wiktorii Ulmów i ich siedmiorga dzieci zamordowanych 24 marca 1944 r. w Markowej.

Kreśląc sylwetkę rodziny Ulmów, nie sposób nie wspomnieć o tym, że wychowali się w katolickich rodzinach i byli wierzącymi osobami. Z przekazów rodzinnych wiemy, że nie tylko chodzili regularnie do kościoła, ale i żyli wiarą.

Stanisława Kuźniar, matka chrzestna Władzia, jednego z dzieci Ulmów, w swoim świadectwie wspomina, że widziała, jak Józef klęczał i modlił się przed snem. Jeszcze jako nastolatek w 1917 r. został członkiem Związku Mszalnego Diecezji Przemyskiej, a następnie działał w Stowarzyszeniu Młodzieży Katolickiej. Wiktoria zaangażowana była m.in. w prace Amatorskiego Zespołu Teatralnego w Markowej, grała m.in. rolę Matki Bożej w jasełkach. Blisko Kościoła byli także wtedy, gdy działali w Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”.

Wspaniała rodzina

Ulmowie mieszkali w podłańcuckiej Markowej, która słynęła wówczas z doskonale rozwiniętej spółdzielczości. W tę działalność zaangażowani byli również Wiktoria i Józef, którzy w 1935 r. zawarli małżeństwo. We wsi mieszkało 4,5 tys. osób, w tym około 120 Żydów.

Po ludzku Ulmowie byli dobrymi ludźmi. Wiktoria zajmowała się głównie domem, ale Józef oprócz działalności społecznej gotów był poświęcić swój czas i umiejętności, by pomóc innym. Jeszcze zanim w 1935 r. założył rodzinę, dzielił się z mieszkańcami wsi swoją wiedzą na temat ogrodnictwa, zbierał najlepsze okazy warzyw i owoców i jako przewodniczący Komisji Wychowania Rolniczego z ramienia powiatowego zarządu „Wici” w Przeworsku organizował konkursy ogrodnicze i hodowlane. Sam był również laureatem Powiatowej Wystawy Rolniczej w Przeworsku zorganizowanej w 1933 roku. Otrzymał na niej dyplomy „za pomysłowe ule i narzędzia pszczelarskie własnej konstrukcji” oraz „za wzorową hodowlę jedwabników i wykresy ich życia”.

Największą pasją Józefa było fotografowanie. Poznając tajniki tej sztuki z książek i czasopism, najprawdopodobniej sam złożył aparat, później miał fabryczny, którymi wykonał tysiące zdjęć. Dzięki niemu udokumentowane zostały występy chóru, orkiestry, dożynki, przedstawienia teatralne, wesela, Pierwsze Komunie Święte. Robił także zdjęcia na zamówienie. Zachowały się wzruszające ujęcia jego żony i dzieci. Miał sporą bibliotekę. Z jej resztek wnioskować można o jego zainteresowaniach. Oto niektóre z nich: „Dzieje biblijne Starego i Nowego Przymierza”, „O drenowaniu”, „Podręcznik Elektrotechniczny”, „Podręcznik fotografii”, „Wykorzystanie wiatru w gospodarce”, „Radiotechnika dla wszystkich”, „Przemysł drobny”, „Przyroda i technika”, „Dzicy mieszkańcy Australii”, „Atlas geograficzny”, „Słownik wyrazów obcych”. Prenumerował m.in. czasopismo „Wiedza i Życie”. Wiedzę z lektur wykorzystywał w praktyce, m.in. do skonstruowania aparatu fotograficznego, maszyny do oprawiania książek, radia czy niewielkiej elektrowni wiatrowej. Dzięki tej ostatniej pierwszy we wsi korzystał z energii elektrycznej do oświetlania domu.

Z pomocą Żydom

Józef Ulma już przed wojną żył w bardzo dobrych stosunkach z Żydami. Kilka rodzin żydowskich mieszkało w sąsiedztwie jego domu, z innymi z Łańcuta handlował uprawianymi przez siebie warzywami. Podczas okupacji nadal utrzymywał z nimi kontakty. Gdy w 1942 r. okazało się, że markowscy Żydzi są deportowani do obozów pracy lub mordowani na miejscu, Ulmowie zdecydowali, że należy wesprzeć tych, których znali. Wybrali drogę miłosiernego Samarytanina, o którym z pewnością nieraz czytali w Piśmie Świętym, w którym prawdopodobnie oni podkreślili ten właśnie fragment Ewangelii.

Najpierw Józef pomagał rodzinie żydowskiej nazywanej „Ryfkami” zbudować bunkier w podmarkowskich jarach. Gdy ten sposób pomocy okazał się nieskuteczny i ukrywający się Żydzi zostali wytropieni i zamordowani, Ulmowie postanowili innych będących w potrzebie przyjąć do własnego domu. Działo się to prawdopodobnie pod koniec 1942 roku.

Wśród ośmiu ukrywanych Żydów znalazło się pięciu mężczyzn z Łańcuta o nazwisku Szall – ojciec i czterech synów, oraz sąsiedzi Józefa: Layka, jej siostra Gołda Goldman i dziewczynka, przypuszczalnie córka Layki. Z przekazów wynika, że Ulma miał mówić do najbliższego przyjaciela, że nie może usunąć Żydów, jak mu niektórzy sugerują, gdyż nie mają oni dokąd pójść i tylko ukrywanie może im pozwolić przeżyć. Była to więc miłość bliźniego, współczucie i świadomość tego, że zaniechanie pomocy może być wyrokiem śmierci dla wyjętych spod prawa ludzi. W 1942 r. Ulmowie wielokrotnie widzieli, jak na sąsiedniej parceli Niemcy rozstrzeliwali Żydów.

Tragiczny dzień

Mimo znacznego oddalenia siedliska Ulmów od innych zabudowań fakt ukrywania Żydów nie był tajemnicą. Zagadką pozostaje, kto i dlaczego powiadomił Niemców o ukrywanych Żydach. Dzięki odnalezionym, choć niepełnym dokumentom podziemia, można z dużym prawdopodobieństwem odtworzyć, jak doszło do tragedii 24 marca 1944 roku.

Szallowie mieszkali przed wojną i na jej początku w Łańcucie. Zdając sobie sprawę ze zbliżającego się „ostatecznego rozwiązania”, rozpoczęli poszukiwanie schronienia. Znaleźli je za wynagrodzeniem u jednego z posterunkowych policji w Łańcucie, Włodzimierza Lesia. Kiedy zorientował się, że Niemcy za pomoc Żydom nie tylko grożą karą śmierci, ale i ją wykonują, usunął ich. Szallowie udali się wtedy do Ulmów. Ciągle jednak nachodzili Lesia, domagając się od niego pomocy za pozostawiony w jego rękach majątek. Ponieważ od jakiegoś czasu jej nie otrzymywali, próbowali odzyskać swoje mienie – zabrać je lub przejąć w zamian inne dobra będące własnością policjanta. Dokumenty konspiracyjnej Ludowej Straży Bezpieczeństwa sugerują, że w obawie przed utratą żydowskiego majątku zdradził on żandarmerii niemieckiej kryjówkę Szallów.

Dzięki aktom z procesu jednego ze sprawców, Josepha Kokotta, ustalić można przebieg zbrodni. W pacyfikacji brało udział pięciu żandarmów oraz od czterech do sześciu granatowych policjantów. Dowódcą grupy był szef posterunku żandarmerii w Łańcucie porucznik Eilert Dieken. Inni żandarmi to Joseph Kokott, Michael Dziewulski, Gustaw Unbehend i Erich Wilde. Zidentyfikowano również dwóch policjantów – Włodzimierza Lesia i Eustachego Kolmana.

17 zabitych

Jeszcze przed świtem furmanki dotarły do Markowej. Niemcy wraz z granatową obstawą udali się pod dom Ulmów. Pierwsi, jeszcze podczas snu, zginęli dwaj bracia Szallowie oraz Gołda Goldman.

Naocznymi świadkami pozostałych egzekucji byli furmani, którzy zostali przywołani przez Niemców, żeby zobaczyli, jaka kara spotka każdego Polaka ukrywającego Żydów. Jeden z nich o nazwisku Nawojski podaje, że widział, jak mordowano pozostałych Żydów. W krótkim czasie przed dom wyprowadzono Józefa i Wiktorię Ulmów i tam ich rozstrzelano. Świadek relacjonuje: „W czasie rozstrzeliwania na miejscu egzekucji słychać było straszne krzyki, lament ludzi, dzieci wołały rodziców, a rodzice już byli rozstrzelani. Wszystko to robiło wstrząsający widok”.

Wśród rozpaczliwych krzyków dzieci żandarmi zaczęli się zastanawiać, co z nimi począć. Po naradzeniu się z kompanami Dieken zdecydował, że należy je zastrzelić. Nawojski widział, jak trójkę lub czwórkę dzieci własnoręcznie rozstrzelał Kokott. Jego słowa wypowiedziane po polsku do furmanów wryły mu się głęboko w pamięć: „Patrzcie, jak polskie świnie giną – które przechowują Żydów”. Zginęli: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia. W ciągu kilku chwil łącznie zginęło siedemnaście osób.

Mimo surowego zakazu w ciągu tygodnia pod osłoną nocy pięciu mężczyzn odkopało dół, w którym pochowano Ulmów, i włożywszy ciała do trumien, zakopali je z powrotem. Jeden z nich tak o tym opowiedział w 1958 r. na procesie Kokotta: „Kładąc do trumny zwłoki Wiktorii Ulma, stwierdziłem, że była ona w ciąży. Twierdzenie to opieram na tym, że z jej narządów rodnych było widać główkę i piersi dziecka”. W styczniu 1945 r. ciała Ulmów przeniesione zostały na cmentarz parafialny w Markowej, a w 1947 r. ciała Żydów na cmentarz w Niechciałkach.

Słudzy Boży

Choć informacja o tragicznych losach rodziny Ulmów wkrótce po dokonaniu zbrodni rozeszła się na całą okolicę, to w latach powojennych pamięć o niej trwała prawie wyłącznie w Markowej.

Jedna z pierwszych wzmianek o tragedii Ulmów pojawiła się w krótkim biogramie Józefa Ulmy, opracowanym dla potrzeb wydanej w 1993 r. monografii wsi Markowa. Miała ona jednak niezwykle istotne znaczenie, dlatego że zainspirowała ks. Stanisława Leję, proboszcza parafii w Markowej, do rozmowy z przedstawicielami kurii biskupiej w Przemyślu, w wyniku której pojawiła się idea, aby sprawdzić, czy rodzina Ulmów nie mogłaby wejść w skład tworzonej drugiej grupy osób, które zostałyby w przyszłości uznane za polskich męczenników z okresu II wojny światowej. Wstępne prace dotyczące tego procesu zakończyły się w 2003 roku. Odtąd Ulmom oraz 114 innym osobom występującym w procesie przysługuje tytuł Sług Bożych.

Fakt włączenia całej rodziny Ulmów w to grono był niezwykle istotny. Odtąd rozszerzanie wiedzy o życiu i tragicznej śmierci rodziny Ulmów stało się zadaniem Kościoła lokalnego, w tym przypadku diecezji przemyskiej, w które szczególnie zaangażował się ks. abp Józef Michalik. Warto podkreślić, że zanim jeszcze w 2008 r. zakończony został etap diecezjalny procesu rodziny Ulmów, ich nazwisko zostało wspomniane przez ks. kard. Tarcisio Bertonego – sekretarza stanu państwa watykańskiego, podczas promocji książki Martina Gilberta o Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, która odbyła się w Rzymie w styczniu 2007 roku.

Pamięć

W 1993 r. z wnioskiem o nadanie Ulmom medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata zwrócił się do Yad Vashem Stanisław Niem- czak – bratanek Wiktorii Ulmy. Medal ten został przyznany w 1995 roku. Nadanie medalu i wszczęcie procesu beatyfikacyjnego miało ogromny wpływ na możliwości rozszerzania wiedzy o życiu i śmierci Ulmów. Pozwoliły bowiem otworzyć wiele drzwi dla inicjatyw związanych z ich upamiętnieniem.

Jedną z nich jest powstające w Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów na Podkarpaciu, które przyjęło imię Ulmów; znajdą się w nim wyeksponowane pamiątki po Sługach Bożych. Na pewno muzeum będzie sprzyjało temu, iż symbol Ulmów jako Polaków zamordowanych za pomoc Żydom będzie ulegał wzmocnieniu. Jeszcze ważniejsze w tej mierze będzie włączenie tej rodziny do grona błogosławionych. Ostatnie zainteresowanie się historią Ulmów przez Papieża Franciszka stwarza nadzieję, że tak się stanie.

Dr Mateusz Szpytma

Aktualizacja 25 marca 2014 (14:12)

Nasz Dziennik