logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Rodzice mają głos

Wtorek, 14 października 2014 (02:14)

Absurdy MEN: w Kodniu najmłodsi uczniowie dojeżdżali do szkoły gimbusem z więźniami.

Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców zbiera podpisy pod ustawą „Rodzice chcą mieć wybór”. To kolejna inicjatywa obywatelska mająca na celu umożliwienie rodzicom decydowania o trybie edukacji ich dzieci. Jak czytamy w uzasadnieniu projektu, do tej pory ekipa rządząca w ogóle nie brała pod uwagę głosu rodziców i doprowadziła do zmiany przepisów, w efekcie których rodzic nie może decydować o tym, kiedy jego dziecko pójdzie do szkoły czy z jakiego podręcznika będzie się uczyło. Protest 60 tys. rodziców nie powstrzymał rządzącej koalicji przed przyjęciem ustawy o reformie obniżenia wieku szkolnego w roku 2009. Później kolejno odrzucano wszystkie inicjatywy ustawodawcze poparte ogromną ilością podpisów i wniosek o referendum obywatelskie, które poparło ponad pół miliona osób. Teraz inicjatorzy apelują o zwarcie szyków, ponieważ doświadczenia kilku ostatnich lat pokazują, że aby konstytucyjna gwarancja „rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” nie była martwym zapisem, potrzebna jest ponadprzeciętna aktywność obywatelska, która doprowadzi do zmiany prawa.

Co musi gmina?

Projekt ustawy zainicjowany przez Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców określa przede wszystkim, że to rodzice dokonują wyboru wieku rozpoczęcia edukacji szkolnej, a wiek jest ustalony standardowo na 7 lat, zgodnie z wieloletnią tradycją systemu polskiej oświaty i wolą rodziców. Jeśli jednak rodzice chcą przyspieszyć lub opóźnić rozpoczęcie edukacji, mają taką możliwość. Decyzję podejmują po konsultacji ze specjalistą: pediatrą, psychologiem lub logopedą. Ustawa zdejmuje obowiązki z dziecka i nakłada je na dorosłych w kontekście wprowadzonego we wrześniu 2011 r. obowiązku nauki przedszkolnej pięciolatka, czyli w tym przypadku na władze samorządowe oraz państwowe. Gmina musi przygotować i zapewnić miejsca edukacji przedszkolnej dla dzieci w wieku przedszkolnym 3-6 lat, a władze centralne, poprzez odgórne standardy oraz wsparcie finansowe, muszą zagwarantować wysoką jakość tej edukacji. Innymi słowy, pięciolatki mają prawo, a nie obowiązek chodzić do przedszkola. Ponadto przedszkole działające na terenie szkoły musi być niezależne od szkoły (posiadać oddzielną dyrekcję) i oferować maluchom prawdziwie przedszkolne warunki.

Ustawa przewiduje powrót do sytuacji, w której organizacja zajęć dodatkowych w przedszkolach zależy od wyboru rodziców. Zawiera też zapisy mówiące o tym, że decyzję o prowadzeniu domowej edukacji dziecka podejmują rodzice, po konsultacji ze specjalistą, a nie jak dotychczas jest ona uzależniona od decyzji dyrekcji szkoły.

Jak tłumaczy Tomasz Elbanowski z fundacji „Ratuj Maluchy”, rodzice powinni mieć wpływ również na treści programu nauczania w szkołach swoich dzieci. – Chodzi przede wszystkim o zajęcia organizowane przez zewnętrzne podmioty, które przychodzą do szkół i organizują zajęcia równościowe i wychowanie seksualne. To bardzo ważne, żeby rodzice mieli ustawowo zagwarantowaną możliwość wpływu na to, jakie treści przekazywane są ich dzieciom. Również kwestia podręczników jest przedmiotem zmian w projekcie ustawy. Nie zgadzamy się na narzucanie „jedynego słusznego” rządowego podręcznika. Chcemy, aby ta kwestia była regulowana tak jak wcześniej, aby podręczniki wybierali nauczyciele i żeby rodzice również mogli uczestniczyć w tej decyzji –podkreśla Elbanowski.

Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców alarmuje, że resort edukacji potrafił obniżyć wiek szkolny mimo protestów rodziców, ale nie potrafi i nie chce pomóc im w trudnościach, z jakimi teraz borykają się dzieci. Dlatego stowarzyszenie jak najszybciej zamierza uruchomić Telefon Szkolny z dyżurem metodyka nauczania początkowego, nauczyciela praktyka, eksperta ds. kontaktu ze szkołą i praw rodziców w szkole. Wystarczy przypomnieć, że dochodziło w całej Polsce do tak absurdalnych sytuacji, jak np. w zeszłym roku w Kodniu, gdzie przez jakiś czas najmłodsi uczniowie dojeżdżali do szkoły gimbusem z więźniami.

Obecnie sześcioletnie pierwszaki albo uczą się w prowizorycznych barakach, albo muszą walczyć o przetrwanie na szkolnych korytarzach między dużo starszymi uczniami. Na zjedzenie obiadu mają tylko 10 minut, a zajęcia są w systemie zmianowym, czyli pół dnia spędzają na świetlicy, a lekcje kończą o godz. 18.00.

Od września przyszłego roku do pierwszej klasy mają pójść wszystkie sześciolatki, nawet urodzone w drugiej połowie roku, czyli dzieci naprawdę małe. Właśnie o zmianę tej szkolnej rzeczywistości walczy stowarzyszenie, ale potrzebne są podpisy pod projektem ustawy. W całej Polsce trwa mobilizacja. –Mamy już ponad 18 tys. podpisów. Do 20 października chcemy zebrać 50 tysięcy. To wyznaczony przez nas półmetek. Do 12 grudnia musimy mieć łącznie minimum 100 tys. podpisów – mówi Elbanowski. Formularz do zbierania podpisów dostępny jest na stronie http://www.rzecznikrodzicow.pl. Tam również każdy może zapoznać się z projektem ustawy i jego uzasadnieniem.

Izabela Borańska-Chmielewska

Nasz Dziennik