logo
logo
zdjęcie

Dr Tomasz M. Korczyński

Nieświęte oburzenie salonu

Wtorek, 14 października 2014 (19:36)

Zdaje mi się, że mainstream specjalnie prowokuje, a jednocześnie wykorzystuje nieszczęście śp. Anny Przybylskiej, aby ubrać się w nimb pierwszych sprawiedliwych III RP. Gdyby dziennikarze stojący dziś tak dzielnie na straży tajemnicy lekarskiej w swojej postawie byli rzeczywiście konsekwentni, to broniliby przed kilkoma miesiącami prawa do godnej śmierci Jasia, którego życia - przypomnę - bronił wyłącznie osamotniony dyrektor Szpitala im. Świętej Rodziny prof. Bogdan Chazan. Nie tylko, że prof. Chazan nie został obroniony, ale ci wszyscy pierwsi szlachetni byli wtedy jego egzekutorami i naganiaczami w obławie.

Dziś dziennikarze mainstreamu głośno sprzeciwiają się naruszaniu elementarnego wymogu, jakim jest zapewnienie intymności relacji pacjenta z lekarzem, wymogu, który ma być bezwzględnie przestrzegany. Zgodnie przyznają, że lekarz powinien milczeć jak kamień, kiedy pada nazwisko pacjenta. Szokują ich wypowiedzi lekarza Anny Przybylskiej, który na łamach mediów relacjonował przebieg jej choroby. Ich zdaniem, lekarz nie powinien opowiadać o przebiegu choroby swoich pacjentów, bez względu na to, na co godzi się chory i co opowiada jego rodzina.

Trudno się nie zgodzić z asami żurnalistyki salonu. Tak rzeczywiście powinno być. I zazwyczaj przecież jest. Tym bardziej że opisy choroby Anny Przybylskiej, jakie zaprezentował krytykowany lekarz, są rzeczywiście szokujące i nie będę ich w tym miejscu przytaczać (co uczyniła na przykład „Gazeta Wyborcza”, cytując z kolei „Super Express”).

Mam jedno małe ale…

Niestety, pierwszym sprawiedliwym i oburzonym III RP zabrakło gorącej empatii w stosunku do małego pacjenta, którego przypadek pierwszy opisał tygodnik „Wprost” i rozpoczął kampanię przeciwko prof. Chazanowi i katolickim lekarzom sumienia. Odarty z godności, pozbawiony człowieczeństwa mały człowiek został rzucony na żer medialny.

Gdzie byli ci wszyscy święci oburzeni, gdy w kolejnych stacjach, na łamach dzienników i tygodników, dr hab. Romuald Dębski rozpowiadał publicznie przed kilkoma miesiącami o działaniach prof. Chazana? Gdzie byli, gdy zdradzał tajemnicę lekarską, gdy opisywał chorobę małego chłopca, gdy przyniósł do studia zdjęcia dziecka, gdy publicznie podważał kompetencje prof. Chazana, który zachował się godnie i nie bronił się, bo był wierny wyżej wymienionym zasadom, o które dziś walczy nagle mainstream?

Nie będę także przytaczać kolejnych wypowiedzi Dębskiego, bo uważam, że nawet teraz nie wolno bezcześcić czci zmarłego dziecka. Za jego życia traktowano go jako nieczłowieka czy też podczłowieka. Pamiętamy to. Wtedy salon nie tylko nie milczał, ale toczył pianę, gdy słyszał nazwisko Chazan.

Zamiast odważnie bronić postawy prof. Chazana i krytykować ludzi, którzy zdradzali wówczas tajemnicę lekarską, przeciwnie, salon stał wśród tych, którzy rzucali kamieniami w człowieka sumienia. Dziś stoją na straży tajemnicy lekarskiej i godnego odchodzenia pacjentów. Jeszcze raz wyłazi stara orwellowska zasada. Dla tego typu kategorii ideologów są równi i równiejsi. Cóż, wszystko można wykorzystać, aby ratować tonącą ideologię i podreperować sprzedaż. A może podreperować tanim kosztem stan zdrowia kulejącego sumienia?

Dr Tomasz M. Korczyński

Publicysta "Naszego Dziennika"

NaszDziennik.pl