logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Dzieci czy reforma?

Czwartek, 18 grudnia 2014 (11:25)

Z Dorotą Dziamską, pedagogiem, ekspertem Stowarzyszenia i Fundacji Rzecznik Praw Rodziców, rozmawia Marta Milczarska

Ponad 287 tys. podpisów pod obywatelskim projektem „Rodzice chcą mieć wybór” zostało złożonych wczoraj w Kancelarii Sejmu. Mimo że to już kolejna próba zmiany szkodliwych reform MEN, to jednak rodzice wciąż się mobilizują...

– Ten sukces i ta wielka mobilizacja to efekt naszego zmęczenia reformami Ministerstwa Edukacji Narodowej. Jako nauczyciel i pedagog mam pełny i obiektywny ogląd na to, co się dzieje w szkołach. Dziecko sześcioletnie, które rozpoczyna naukę w pierwszej klasie, nie jest takim samym uczniem jak siedmiolatek, nie jest przygotowane na ten sposób przyswajania sobie wiedzy.

To nie jest żadne odkrycie, to było jasne przed przyjęciem tej reformy. Co więcej, szkoły nie są przygotowane infrastrukturalnie na przyjęcie małych dzieci. Nie łudźmy się, że położenie dywanika w klasie, pomalowanie sali ciepłymi kolorami zapewni dzieciom bezpieczne warunki do nauki.

Jak zatem powinna wyglądać szkoła, która będzie przygotowana na przyjście do pierwszych klas dzieci w wieku 6 lat?

–  Szkoła przygotowana na przyjęcie tych dzieci to przede wszystkim przystosowanie programu nauczania. Teraz ten program zupełnie nie bierze pod uwagę etapu rozwoju, na jakim znajduje się dziecko sześcioletnie. Widzę dzieci, które poszły do pierwszych klas jako sześciolatki, a teraz są na przykład w klasach czwartych i one nie potrafią czytać same ze zrozumieniem.

A w czwartej klasie nauczyciel musi takiej umiejętności wymagać. Co więcej, nauczyciele także nie są przygotowani do innego obrazu ucznia. Niestety, przygotowanie systemu edukacji do wymogów dzieci sześcioletnich wyłącznie „na papierze”, bez uwzględnienia konkretnych doświadczeń będzie miało opłakane skutki.

Tymczasem nie ma żadnych merytorycznych i naukowych przesłanek, aby nakładać obowiązek szkolny na dziecko sześcioletnie. Co więcej, do 2009 roku w przedszkolu nasze dzieci uczyły się, gdyż była tam edukacja wczesnoszkolna, na bardzo wysokim poziomie i dobrym programem nauczania. Gdyby teraz zaproponowano dzieciom sześcioletnim równie dobry program nauczania w pierwszej klasie, to na pewno bym nie protestowała. Teraz ten program jest bardzo słaby. Ale nic dziwnego, że tak się dzieje, skoro szefowa MEN, która wdraża reformy, stwarza nowe narzędzia kształcenia, w ogóle nie ma wykształcenia pedagogicznego.

W debatach minister edukacji podkreślała, że taki system sprawdza się w krajach zachodnich, więc dlaczego miałby nie przyjąć się u nas.

– W innych krajach europejskich szkoła w klasach I-IV posiada zupełnie inny system edukacji. Nazwałabym go takim dłuższym przedszkolem, zarówno w zakresie ergonomicznym, logistycznym, jak i programowanym. Dzieci w krajach zachodnich nie są nauczane jednolitym frontem zadaniowym to znaczy, że dzieci mają zdecydowanie większą swobodę poznawczą w trakcie zajęć.

Nie da się przełożyć tamtych rozwiązań do realiów naszej szkoły, ponieważ jest to zupełnie innych styl edukacji. Nie ma tam takiego systemu 45 minut lekcji i 10 minut przerwy. Zauważmy chociażby, że w naszej pierwszej klasie program rozwoju językowego jest za trudny dla sześciolatka. Dzieci jeszcze nie słyszą głosek, a muszą pisać literki. Ta reforma to jest zabicie zasad dydaktycznych i zaprzeczenie pedagogice wczesnoszkolnej. I mamy to robić w imię ślepego podążania za zachodnimi wzorcami. To jest jakiś absurd. Takie rozwiązania nie służą rozwojowi naszej oświaty, ale raczej powodują jego cofanie.

Sejm już dwa razy odrzucił obywatelskie inicjatywy dotyczące sześciolatków. Co będzie, jeśli i tym razem głosy obywateli trafią do kosza?

– Mam nadzieje, że rodzice się nie poddadzą. Nie wiem, jaka będzie reakcja Sejmu, ale może tym razem usłyszy głos Polaków. Z pewnością ta inicjatywa to kolejny krok do przodu. Świadomość rodziców jest coraz większa!

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska

Aktualizacja 18 grudnia 2014 (14:32)

NaszDziennik.pl