Od wielu miesięcy w Platformie Obywatelskiej podobno umacnia się tzw. frakcja konserwatywna, której przywódcą ma być minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. Zapewne nawet niektórzy w istnienie tej konserwatywnej frakcji uwierzyli.
Ale środowe głosowanie nad nowelizacją Ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, która miała zakazać zabijania dzieci z powodów eugenicznych, udowodniło, że żadnej frakcji konserwatywnej w PO nie ma.
A ściślej, jeśli nawet ona tam jest, to raczej można ją nazwać frakcyjną, a nie frakcją. Bo co to jest 14 posłów na 206 zasiadających w klubie PO? Garstka.
Środowe głosowanie pokazało, że konserwatyści w PO nie dysponują realną siłą, nie są znaczącym środowiskiem w rządzącej partii.
Sprawa nowelizacji ustawy aborcyjnej udowodniła też, że liderem konserwatystów nie jest Jarosław Gowin, który do upadłego bronił "kompromisu aborcyjnego", odwołując się do tych samych argumentów, po jakie sięgało jego dawne środowisko związane z Unią Wolności.
Nawet lewicowi, zaangażowani proaborcyjnie publicyści zauważyli, że minister Gowin nie poparł "talibów" chcących ograniczyć "prawo kobiet do aborcji".
A przecież tak niedawno konserwatyści z rządzącej partii przeżywali chwile tryumfu, gdy w pierwszym czytaniu 40 posłów PO poparło ustawę poszerzającą ochronę prawną życia dzieci nienarodzonych. Ale wystarczyło, że premier Tusk tupnął nogą, aby większość z nich pokornie zmieniła zdanie o 180 stopni - poseł John Godson mówił, że zmienił zdanie pod wpływem wyborców, ale to tłumaczenie włóżmy między bajki.
Tak oto nagłaśniany platformerski konserwatyzm gdzieś się rozpłynął. Chyba że w PO bycie konserwatystą nie oznacza tego, co pod tym pojęciem rozumiemy.
Konserwatysta z PO nie ma stałych poglądów na temat aborcji, jest gotowy je zmienić, gdy tylko zażyczy sobie tego premier Tusk. To dla takiego konserwatysty rzecz o wiele ważniejsza niż prawo naturalne, podręcznikowa wiedza o początkach życia człowieka, wskazania i nauka Kościoła katolickiego, niż zasady, jakie budowały przez wieki zachodnią cywilizację chrześcijańską, gdzie ochrona życia od poczęcia do naturalnej śmierci jest niekwestionowaną wartością.
Tuska trzeba się słuchać - papieża i biskupów już niekoniecznie, to zależy od tego, czy mają takie samo zdanie jak przewodniczący.
Bo rzeczywistość jest brutalna: to nie Kościół, a premier Donald Tusk ustala listy wyborcze i większość konserwatystów z PO nie chciała ryzykować swojej świetlanej kariery politycznej dla jakiejś tam ustawy, która ma uchronić setki dzieci co roku zabijanych w majestacie prawa.
Wiedzą, że Tusk jest pamiętliwy i za trzy lata może niejedną osobę zepchnąć do politycznego narożnika albo i wyrzucić poza ring. Byłaby to jednak ogromna strata, bo przecież bez nich PO sobie nie poradzi, musi być przecież w partii konserwatywna frakcyjka.
Dorośli ludzie, a tacy naiwni! Historia niejednej partii, niejednego polityka pokazuje, że posiadanie twardego kręgosłupa bardziej się opłaca niż dążenie do tego, aby za wszelką cenę utrzymać mandat parlamentarny lub inne wysokie stanowisko.
Tacy ludzie zdobywają sobie szacunek i uznanie, także w oczach politycznych przeciwników, a ci, którzy dają się dowolnie urabiać swoim partyjnym liderom, zazwyczaj kończą co najwyżej jako polityczny plankton. I tak samo będzie z tymi łże-konserwatystami z PO.
Tusk wie, że skoro ulegli mu w tak fundamentalnej sprawie jak ochrona życia człowieka, to nie będą mu sprawiać kłopotów przy in vitro, nie mówiąc o wielu mniej istotnych sprawach, jakie staną w parlamencie. Bo niby dlaczego mieliby właśnie wtedy ryzykować swoje kariery?
Krzysztof Losz

