logo
logo

Zdjęcie: / -

Dlaczego ciągle unikamy prawdy?

Poniedziałek, 20 lipca 2015 (18:58)

Z Krystyną Markut, prezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Kultury Polskiej z Florydy, która od 10 lat niesie materialną pomoc Polakom na Ukrainie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Od lat z Florydy niesie Pani pomoc Polakom na Wschodzie. Jak to się zaczęło?

– Zaczęło się to 11 lat temu, kiedy byłam w siedzibie Światowego Zarządu Kresowian i tam poznałam Marię Mirecką-Loryś. Wiedziałam, że jeździ na Kresy i pomaga naszym rodakom. Postanowiłam dołączyć do tej drużyny, i tak jest nas dzisiaj trzy: Maria Mirecka-Loryś, Danuta Skalska i moja skromna osoba. Trwa to już 10 lat. Właśnie wróciłam z kolejnego wyjazdu na Ukrainę.

Na czym polega wsparcie i do kogo konkretnie jest ono adresowane?

– Pieniądze zbieram wśród Polaków na Florydzie, starając się pomóc naszym rodakom w ich ciężkiej doli. Ponieważ znają mnie dobrze, mają do mnie zaufanie i dlatego, kiedy tylko słyszą, że adresatem tej pomocy są nasi rodacy na Ukrainie, szczodrze włączają się w to dzieło. Trzeba jednak powiedzieć, że w tym roku ta pomoc była niestety mniejsza niż zazwyczaj, w zasadzie o połowę. Jest to spowodowane kryzysem, który dotyka także Stany Zjednoczone. Nie wszyscy mają pieniądze, natomiast ci, którzy je posiadają, boją się je wydawać w obawie przed jeszcze trudniejszymi czasami. Adresatami tej pomocy są Polacy, najczęściej ludzie starzy, schorowani, bo młodzi albo uciekli do Polski, albo zasymilowali się z Ukraińcami i jakoś sobie radzą. Natomiast te nasze stare babcie, bo dziadków jest niestety coraz mniej, bo albo zginęli na wojnie, albo wywiezieni pozostali w śniegach Syberii, te kobiety mają tak niskie uposażenia, że w zasadzie nie bardzo wiedzą, czy wydać je na lekarstwa, czy na chleb. Dlatego trzeba im pomóc.

Skąd Pani zainteresowanie Kresami?

– Jestem lwowianką, pochodzę z rodziny Sawów, która została zamordowana siekierami przez UPA w Korościatyniu w nocy z 28 na 29 lutego 1944 r. W 1945 r., kiedy miałam 10 lat, wraz z moją mamusią opuściłyśmy Lwów i tylko dzięki temu nie jestem jedną z kobiet, które tam pozostały i dziś wegetują. Dlatego mam moralne zobowiązanie w stosunku do tych ludzi, żeby pomóc im w ich ciężkiej doli. Polacy organizują się wokół polskich katolickich świątyń, dlatego za pośrednictwem księży staramy się dotrzeć do tych najbiedniejszych. Podczas Mszy św. spotykamy się z naszymi rodakami i rozdajemy im pieniądze. Mamy też zaufanych księży, którzy pomagają Polakom, orientują się w ich sytuacji i także za ich pośrednictwem zebrane pieniądze trafiają do najbiedniejszych Polaków. Najczęściej za te pieniądze kupują lekarstwa, żywność i środki czystości. Są tacy księża, jak chociażby we Lwowie, którzy odwiedzają swoich parafian, przynoszą jedzenie. To są księża z powołania, ubodzy, ale ofiarni, odpowiedzialni, nie tak jak w Ameryce. Pomoc dociera też do polskich szkół, ale tych, w których uczą się polskie dzieci, co jest teraz rzadkością.

Co konkretnie ma Pani na myśli?   

– Jak powiedziała nam Maria Krych, dyrektorka szkoły w Hałuszczyńcach, połowa uczniów to polskie, a druga połowa to ukraińskie dzieci, które chcą się uczyć języka polskiego. A wszystko po to, żeby móc w przyszłości przyjechać na studia do Polski. Taka jest prawda. W większości polskich świątyń Msze św. odprawiane są w języku polskim, ale już kazania są głoszone po ukraińsku. Kiedy pytałyśmy, z czego to wynika, w odpowiedzi usłyszałyśmy, że starsi ludzie już nie bardzo rozumieją język polski, za to doskonale znają język ukraiński.

Ukraina to także pamięć ofiar zbrodni OUN-UPA. Czy Pani zdaniem polskie władze dbają, aby pamięć o rzezi wołyńskiej była właściwie, w świetle historycznej prawdy postrzegana także na Ukrainie?

– To bardzo dziwne, ale niestety nie! Już 21 lat ciągle powtarzamy na Światowym Zjeździe Kresowian w Częstochowie nasz postulat, aby rzeczy zostały nazwane po imieniu. To była zbrodnia ludobójstwa i tej prawdy nie da się ukryć, i tej prawdy nigdy się nie wyrzekniemy. W przeciwnym razie będziemy zakłamywać swoją własną historię, a naród, który nie dba o swoją historię i jej przekazywanie następnym pokoleniom, podważa swój byt. Mówimy o tym, głosimy to i ciągle jesteśmy odrzucani, a politycy owijają w bawełnę prawdę, tym samym ją wypaczając. Dlaczego ciągle unikamy tej prawdy, prawdy o ludobójstwie Polaków dokonanym na Wołyniu i Kresach Rzeczypospolitej przez nacjonalistów ukraińskich? To bardzo boli, tym bardziej że autorami tego wybielania Ukraińców świadomego czy nie są niestety także Polacy. W imię poprawności politycznej nie wolno zakłamywać historii o zbrodni ludobójstwa. Przyjaźni i dobrosąsiedzkich stosunków nie da się zbudować bez prawdy, która jest fundamentem wszelkiego dobra.

Jak Ukraińcy odbierają pomoc, jakiej udziela im Polska, i czy nie powinniśmy tego wykorzystać do wymuszenia – skoro nie można inaczej – jednoznacznego stanowiska w sprawie potępienia zbrodni UPA?

– Z tamtej strony widać tylko wyciągniętą dłoń w oczekiwaniu na wsparcie, a z drugiej strony pojawia się zaciśnięta pięść. Mówiąc o konieczności przyznania przez najwyższe władze Ukrainy, że zbrodnie UPA dokonane na ludności polskiej to ludobójstwo, ma pan jak najbardziej rację, pytanie tylko, jak to zrobić? Jak przekonać najpierw władze w Warszawie do tego, aby w bardziej stanowczy sposób zabiegały o to w imię Polskiej Racji Stanu, a z drugiej, jak wymóc to na rządzie w Kijowie, który niestety sprzyja zbrodniarzom, gloryfikując UPA? Tymczasem nacjonalizm ukraiński rozwija się w najlepsze, czego przykładem mogą być flagi banderowskie łopoczące nad restauracjami w pobliżu granicy z Polską. Im dalej w głąb Ukrainy w kierunku centralnym i wschodnim, tym tych przejawów nacjonalizmu jest mniej. Owszem, słyszałyśmy, że na Podolu nawet płoty malują w barwach czerwono-czarnych, ale osobiście tego nie widziałyśmy.

Czy wobec przejawów odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego za naszą wschodnią granicą jest rzeczywiście powód do niepokoju?

– Z pewnością jest i to bardzo uzasadniony powód do niepokoju. Niepokojące jest również to, że np. największy pomnik Stepana Bandery jest zaraz przy kościele pw. Św. Elżbiety we Lwowie, a polska świątynia katolicka w Tarnopolu jest przy ul. Bandery. Czy musimy wciąż otrzymywać takie policzki, czy nie można tego zmienić, czy nie da się wymóc na władzach Ukrainy, aby unikać sytuacji, gdzie największy zbrodniarz, który mordował nasze polskie dzieci, nasze matki i ojców, widnieje w nazwie ulic czy w formie pomników, rozdrapując krwawiącą ranę w naszych polskich sercach.  

Jakie są zatem oczekiwania środowisk kresowych oraz naszych rodaków na Ukrainie wobec polskich władz?

– Wcale nie jestem pewna, czy Polacy na Ukrainie czegokolwiek oczekują od polskich władz. Starsi są przyzwyczajeni do biedy i niedostatków i oni już niczego nie oczekują. Mamy taką naszą podopieczną Polkę we wsi Kołybajówka nieopodal Kamieńca Podolskiego, bardzo dzielna kobieta, której w Kazachstanie, kiedy miała 18 amputowano obie zakażone gangreną dłonie. Dziś ta już starsza pani ma 93 lata, ale patriotyzmu mógłby się od niej uczyć nie jeden. Mimo wieku zapowiada, że dopóki sił starczy, mimo biedy, jakiej doświadcza, będzie dbała o polski kościół, o polskich sąsiadów. Odwiedzamy ją każdego roku.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl