logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Elity władzy tkwią w PRL

Wtorek, 6 października 2015 (21:11)

Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jeśli w podręczniku do historii dla szkół ponadgimnazjalnych pt. „Poznać przeszłość. Wiek XX” pomija się chociażby walki Wojska Polskiego z Armią Czerwoną czy fakt złamania przez Polaków szyfrów Enigmy, informacje o Szarych Szeregach, a Armia Krajowa jest potraktowana lakonicznie, za to np. bitwę pod Stalingradem uzupełnia cała masa zdjęć, to jest to tylko efekt niedouczenia i braku profesjonalizmu osób, które decydują o tym, co będzie w programie nauczania, czy może jest to celowe działanie?

– To są świadome, celowe i nieodosobnione działania, które po 1989 r. mają miejsce cały czas z niewielkimi przerwami. Proszę pamiętać, że pozostałe po PRL instytucje i pozostała obsada kadrowa pozostały praktycznie w nienaruszonym stanie. Przykładem może być Związek Nauczycielstwa Polskiego – bardzo mocno skomunizowany, gdzie osoby niezwiązane z poprzednią słusznie minioną epoką, które chciały się wybić, musiały niestety szukać sobie innego miejsca. To powodowało, że podręczniki szkolne pisali praktycznie ci sami ludzie. Kiedy pojawiały się odstępstwa od tej reguły i ludzie, którzy pisali inne podręczniki, jak chociażby książka Andrzeja Szcześniaka – zresztą bardzo dobra, to momentalnie spotkała się z krytyką, a on sam z nagonką. Co ciekawe, krytyka była ze strony zdeklarowanych stalinistów, jak np. związana z komunistyczną bezpieką Maria Turlejska – autorka chyba najbardziej ohydnych podręczników w okresie powojennym. To powodowało, że książki o prawdziwej historii były wycofywane i dzisiaj ich już nie ma.

Ideologizacja sięgała nawet podręczników szkolnych?    

– Mało tego, nie tylko, że była, ale wciąż jest instrumentem, który ma służyć wychowaniu nowego pokolenia w duchu może nie stalinowskim, bo dziś nie ma już takiej potrzeby, ale w dalszym ciągu polegającym na pilnowaniu, żeby tzw. słuszna linia była zachowana. Jest to zatem pewna odmiana marksizmu, tyle że ugrzecznionego, ugłaskanego, ale wciąż obecnego.

Czyja to wina, że wciąż deformowana jest prawda historyczna?  

– To jest niestety w dużym stopniu nasza wina: rodziców, środowiska, otoczenia, że nie ma odpowiedniego nacisku. Rodzice nie sprawdzają, nie przeglądają podręczników swoich dzieci i nie domagają się, aby historia była wolna od wypaczeń i kłamstw. Tym samym godzą się z tym, że dzieci są własnością państwa, że państwo ma do nich pierwszeństwo i tak na dobrą sprawę może z nimi robić, co chce. Rodzice niestety stajemy z boku i nawet jeśli się nam coś nie podoba, to nie reagujemy, aby obecna władza przypadkiem się na nas nie obraziła, bo to może zaszkodzić naszym dzieciom. Tym samym wyrządzamy krzywdę naszym dzieciom. To wszystko sprawia, że nasze dzieci, młodzież otrzymują taką, a nie inną wiedzę historyczną, z która idą w świat.

To smutna konstatacja, ale co możemy zrobić, aby się temu przeciwstawić i aby prawda historyczna wróciła do podręczników szkolnych?

– Przede wszystkim trudno się spodziewać, żeby ten zaklęty krąg rozerwali i przestawili na właściwe tory ludzie, którzy w wielu przypadkach wywodzą się z formacji i rodzin komunistycznych. Tak czy inaczej trzeba to jednak zrobić i powiedzieć jasno, że nie było w Polsce wyzwolenia po 1944 r., tylko było ponowne zniewolenie, w którym udział brało jedno z mocarstw ZSRS już od września 1939 r. w zmowie z Niemcami. Trzeba powiedzieć, że później ludzie, którzy zdobyli władzę, sprawowali ją w sposób bardzo brutalny, a komunizm to nie była sielanka i tylko odbudowa Warszawy czy różnych obiektów przemysłowych, ale przez szereg powojennych lat mieliśmy potworne represje, których efektem było zamordowanie przez służalców moskiewskiego reżimu stu kilkudziesięciu tysięcy ludzi – polskich patriotów i nawet podejrzenie o opór wobec władzy tzw. ludowej groziło śmiercią, a przynajmniej więzieniem. Niestety nie naucza się dzisiaj o dziejach tego ostatniego powstania narodowego – powstania antykomunistycznego, nie naucza się o terrorze i represjach, nie mówi się też, kto te represje stosował. Najważniejsze postaci z tamtego kręgu powinny być wymienione z nazwisk ze zdjęciami pokazane publicznie ku przestrodze, aby młodzież widziała, co to byli za ludzie. Szczególnie w szkołach ponadgimnazjalnych powinna być rozbudowana historia najnowsza Polski i świata, która łączy się bezpośrednio z naszą teraźniejszością stanowiącą jej kontynuację. Jeszcze nie wszyscy świadkowie tej historii odeszli, stąd wiele faktów można konsultować z rodzicami w domach, z dziadkami, słowem z rodzinną pamięcią, jak to naprawdę wyglądało. Tego niestety jest bardzo niewiele, tego się oducza, o tym się ma zapomnieć, natomiast wrzuca się sprawy bardzo ogólne, które mają większe znaczenie dla Sowietów jak obrona Stalingradu niż dla nas Polaków. Pomijanie naszego udziału w wojnie 1939 r., kiedy powstrzymując inwazję Niemiec, nie działaliśmy jedynie w swoim interesie, ale powstrzymując front zarówno niemieckich nazistów, jak i sowieckich komunistów działaliśmy także w interesie świata. Nasza ofiara pozwoliła innym wzmocnić się, przygotować i podjąć obronę. Natomiast Sowieci działali tylko i wyłącznie w swoim interesie po to, żeby ratować własną skórę. Wreszcie zażądali od aliantów dużą część Europy Środkowo-Wschodniej i to, co chcieli otrzymali. Konsekwencje tych działań ponosimy my, i to do dziś. Tyle się mówi o repatriacji Polaków ze Wschodu, ale tak naprawdę nie mamy do czynienia z repatriacją, bo ci ludzie nie wracają z Ameryki Południowej czy z Australii, ale z własnych stron rodzinnych, gdzie ich rodziny zaznaczyły swą obecność już kilkaset lat wstecz. Tego wszystkiego jednak nie ma w tym podręczniku do historii. Niemniej jednak to wszystko musi się znaleźć w podręczniku, który będzie nauczał prawdziwej historii Polski i świata.

Kto powinien napisać taki podręcznik i jak zahamować ten trend deformowania historii?         

– Powinny to zrobić osoby odpowiednio do tego przygotowane, które będą pozbawione tego zacietrzewienia ideologicznego, o którym mówiłem wcześniej. Jeśli bowiem babcia była w UB, a ojciec w SB i cała rodzina była partyjna, to trudno, żeby wnuczek czy syn napisał historię prawdziwą – odmienną od historii własnej rodziny, bo deprecjonowałby działalność swoich przodków, a po części także i samego siebie. Jaki zatem tytuł mają ci ludzie, żeby pisać obiektywnie, skoro tego nie potrafią czy wręcz ukrywają prawdę. Cierpią na tym najmłodsze pokolenia, które wychodzą ze szkoły kompletnie nieprzygotowane, jeśli chodzi o wiedze historyczną. Ten trend da się zahamować poprzez prace własną. Młodzież – na szczęście – sama się uczy, sama szuka. To, co dziś obserwujemy, to oddolny pęd do nauki, oddolny trend szukania prawdy i znajdowania jej.

Czy nie jest tak, że to, czego nie udało się narzucić okupantom, zwłaszcza sowieckiemu, dzisiaj sami wkładamy do podręczników historii, zakłamując, a przynajmniej zezwalając na fałszowanie prawdy historycznej?   

– To niestety smutna rzeczywistość. Warto jednak pamiętać, jakie mamy obecnie władze, jakie formacje o tym decydują. Dzisiaj nauka szczególnie historii – jak wcześniej wspomniałem – nie jest obiektywna i w ujęciu tej władzy nie może być obiektywna, bo stanowi narzędzie do sprawowania władzy i kształtowania postaw społecznych. Obecna koalicja rządząca w Polsce wywodzi się wprost z PRL. Platforma Obywatelska nie powstała w 2000 r., a PSL w 1989 r., ale obie te partie mają swoje korzenie w 1944 r. Sądząc po najsilniejszej części tej koalicji Platformie, to nawet w okresie międzywojennym w strukturach Komunistycznej Partii Polski (KPP) – sowieckiej agentury można pokazać bardzo wiele przykładów osób, które się do tego przyczyniły, tę partię budowały. Kamyczek do tej lawiny przyłożył gen. Gromosław Czempiński, który publicznie, oficjalnie uznał się za „ojca chrzestnego” tej formacji. Mamy zatem do czynienia z partiami, które wywodzą się z PRL. Przed Platformą była Unia Wolności, która przedtem nazywała się Unia Demokratyczna, która jeszcze wcześniej powstała z formacji dysydentów komunistycznych. Główne role odgrywały tu osoby, które osobiście były członkami partii komunistycznej albo wywodziły się z rodzin komunistycznych, jak to miało miejsce chociażby w przypadku Adama Michnika.

A jak to wyglądało w przypadku PSL, wcześniej ruchu chłopskiego?

– Komuniści usunęli częściowo również fizycznie funkcjonariuszy partii chłopskiej – tej zdrowej normalnej, która działała w Polskim Państwie Podziemnym czy w okresie międzywojennym II Rzeczpospolitej i obsadzili w ich miejsce własną agenturę. Potrzebowali bowiem takiego aparatu władzy w terenie, na wsi, co oficjalnie nazywało się formacją sojuszniczą, a tak naprawdę był to wasal, który wykonywał polecenia. Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (ZSL), które przemianowało się z dnia na dzień na partię niepodległościową, nawiązującą tradycją do Wincentego Witosa czy do Stanisława Mikołajczyka, nie ma z tamtymi ludźmi nic wspólnego. Młodzieżówka ZSL była dowodzona w latach 80. przez funkcjonariuszy PZPR. Obecny wicepremier Janusz Piechociński, który jest dzisiaj symbolem tego ugrupowania – PSL mówił wprost, że po puczu, który zorganizowali młodzi ludowcy z tego właśnie zaplecza wychowanego przez komunistów, że ci, którzy przyszli po 1989 r. jak Roman Bartoszcze czy inni, którzy chcieli odnowić i uzdrowić ruch chłopski, chcieli zdekomunizować tę formację, która się przed tym broniła. Chcąc nie chcąc, powiedział prawdę. Jak zatem możemy się dziwić, że mamy taką, a nie inną oświatę, skoro rządzą nami ludzie rodem z minionej epoki, która choć formalnie minęła, to faktycznie wciąż jest obecna w skrytych bądź jawnych naśladowcach.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl