logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Ministerstwo Obrony Narodowej/ -

Twarzą w twarz z zagrożeniem

Poniedziałek, 2 listopada 2015 (05:07)

Z gen. bryg. rez. dr. inż. Tomaszem Bąkiem, dyrektorem Instytutu Studiów nad Terroryzmem Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Pod koniec września w wywiadzie udzielonym NaszemuDziennikowi.pl zwracał Pan uwagę na zagrożenie epidemiologiczne, jakie może się wiązać z napływem emigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Jak poważne to zagrożenie?

– W mojej ocenie to zagrożenie istnieje i bynajmniej nie chodzi tu o grypę czy choroby skóry. Niewykluczone, że fala migracji może zostać wykorzystana celowo, np. przez tzw. Państwo Islamskie do przenoszenia różnego rodzaju znacznie poważniejszych chorób. Nie jest kłopotem w tłumie setek tysięcy osób umieścić ludzi, którzy celowo zostaną zakażeni np. wirusem ebola czy innymi chorobami szybko rozprzestrzeniającymi się, a trudnymi do wykrycia. Zresztą w teorii działań terrorystycznych mówi się nie bez podstaw, że jedną z możliwości zastosowania podczas ataków terrorystycznych jest użycie broni masowego rażenia, w tym również broni biologicznej.

W jakiej postaci na przykład?

– Na przykład w postaci wszelkiego rodzaju prątków wirusów, które mogą doprowadzić do bardzo szybkiego rozprzestrzeniania się, a jednocześnie do zakażenia bardzo dużej ilości ludzi. O ile można zapanować nad wszelkiego rodzaju chorobami powstającymi w sposób naturalny, np. grypy, itp. o tyle trudniej zapanować nad celowymi zakażeniami. Niemcy twierdzą, że wszystko jest pod kontrolą, jeśli jednak przyjmiemy teorię, którą być może niektórzy uznają za spiskową, a mianowicie, że celem działania tzw. Państwa Islamskiego – obecnie jednej z najaktywniejszych organizacji terrorystycznych – do zamachu terrorystycznego może być użycie broni masowego rażenia, której jednym z elementów jest broń biologiczna – czyli celowo wszczepione do organizmu wszelkiego rodzaju choroby, które mogą być przenoszone przez człowieka, to jest to bardzo poważne zagrożenie. Jeśli zakazi się człowieka przed opuszczeniem jego rodzinnych stron w Afryce Północnej czy na Bliskim Wschodzie, to zanim dotrze on do Europy, choroba nie zdoła się na tyle rozwinąć, żeby można było ją wykryć czy zdiagnozować. Pewne natomiast jest to, że choroba ta pojawi się po jakimś czasie, kiedy dana osoba będzie już na kontynencie europejskim. I to jest prawdziwe zagrożenie.  

Czy odpowiednie służby sanitarne poszczególnych państw Unii Europejskiej są w stanie przebadać dziesiątki tysięcy imigrantów nieustannie napływających do Europy?

– Z pewnością przebadanie takiej masy ludzi jest niemożliwe. Stąd mówienie, że wszystko jest pod kontrolą, jest ułudą. W jaki bowiem sposób można przebadać tłumy maszerujących ludzi, które widzimy w przekazach telewizyjnych. Nawet jeśli ci ludzie zatrzymują się na odpoczynek krótszy czy dłuższy, to nie sądzę, żeby służby sanitarne były przygotowane i na tyle sprawne, żeby przebadać każdego. Nie oszukujmy się, przecież żeby przeprowadzić takie testy i wykryć ewentualną chorobę bądź ją wykluczyć, potrzebna jest cała seria badań począwszy od krwi poprzez inne np. moczu czy kału, które zwyczajowo się pobiera. Tego się na da zrobić przy takiej masie ludzi. Warto też pamiętać, że ok. 700 tysięcy uchodźców już znalazło się w granicach Europy. Skoro tak, to należy zadać sobie pytanie, czy i ile tego typu badań dotychczas przeprowadzono. Wydaje się, że niewiele, i to musi budzić niepokój. Proszę sobie przypomnieć, jaką panikę kilka lat temu wywołała informacja, że w Europie stwierdzono kilka przypadków osób zarażonych wirusem eboli czy kiedy podobny problem dotknął dwoje lekarzy w Stanach Zjednoczonych. Wówczas wywołało to dyskusję, czy te osoby zostały odpowiednio odizolowane, czy dołożono starań, żeby uniknąć rozprzestrzeniania się tej choroby itp. Dzisiaj zagrożenie może być dużo większe, z tym że jakoś nie widać działań, które miałyby to ryzyko zminimalizować.

Czym Pan tłumaczy tę ignorancję, bo przecież trudno to nazwać inaczej, przywódców takich państw jak Niemcy czy Francja?

– Uważam, że w tej sytuacji mamy do czynienia może nie tyle z ignorancją, co z próbami uspokojenia i tak napiętej sytuacji wśród społeczeństw państw europejskich. Proszę zwarzyć, co dzieje się obecnie w państwach zachodnich. Jeszcze niedawno to nas odżegnywano od czci i wiary, zarzucając, że jesteśmy nieludzcy, a teraz role zaczynają się odwracać. To Niemcy są coraz bardziej zmęczeni ilością napływających uchodźców, to Holendrzy, którzy jeszcze niedawno mówili, że Polacy są najbardziej snobistycznym narodem, a dzisiaj sami atakują obozy dla uchodźców. Nie ma też co ukrywać, że problem uchodźców zaczyna być rozgrywany politycznie zarówno w Europie, jak i w Polsce.

Tak czy inaczej są chyba jakieś granice między rozgrywkami politycznymi a bezpieczeństwem milionów ludzi?

– Dokładnie. Osobiście widzę poważne zagrożenie i mówiąc to, wcale nie mam na celu tworzenia atmosfery paniki czy strachu. Owszem, skoro uchodźcy są już na terytorium Europy, to trzeba się zastanowić, co z tym problemem należy zrobić. Przecież nie odeślemy tych ludzi z powrotem tą samą drogą, którą przybyli czy nawet transportem lotniczym. Ale z pewnością trzeba będzie tych ludzi skontrolować i przebadać. W tym celu należy wzmocnić kontrolę sanitarno-epidemiologiczną, bo moim zdaniem w tej chwili jej nie ma.

Mówiąc o braku kontroli, ma Pan na myśli zewnętrzne granice Unii Europejskiej czy może także Polskę?

– Jedno i drugie. Oczywiście szczegóły należałoby zbadać u źródeł, ale o tym, że ta opinia nie jest pozbawiona racji, może świadczyć fakt, iż w ostatnich dniach w okolicach Pszczyny zatrzymano samochód na tureckich numerach rejestracyjnych z dwiema wycieńczonymi kobietami narodowości syryjskiej. Przekaz w mediach zawierał wiele informacji m.in. na temat wieku tych kobiet, ich pobytu w szpitalu celem wzmocnienia, ale nikt nie poruszył istotnego wątku, czy obie te panie w trakcie hospitalizacji zostały przebadane na obecność wirusów typu HIV, HCV czy HBV. Należy także pamiętać, że takie osoby przybywają z Afryki Północnej czy z Azji a w związku z tym prawdopodobieństwo, że mogą być zarażone takimi czy innymi wirusami, nie powinno być lekceważone. Oczywiście nie chciałbym ferować wyroków, ale zwracam uwagę na to, z czym możemy mieć do czynienia i czym grozi lekceważenie takich zagrożeń.

Kiedy prezes PiS Jarosław Kaczyński podniósł problem zagrożeń epidemiologicznych, został wyśmiany przez stronę rządową. Zarzucono mu nawet m.in. używanie języka nienawiści i okrzyknięto niemal faszystą. Czy osoby, które mówią o realnych zagrożeniach związanych z napływem uchodźców, to ksenofobiczni szaleńcy czy może odpowiedzialni ludzie?

– Moim zdaniem, krytyka, z jaką spotkał się prezes Jarosław Kaczyński, była niesłuszna. W gronie osób zajmujących się studiami nad terroryzmem na takie niebezpieczeństwo zwracaliśmy uwagę wielokrotnie. Kilka lat temu w Ankarze odbywała się międzynarodowa konferencja poświęcona przeciwdziałaniu terroryzmowi organizowana przez NATO-wskie Centrum Antyterrorystyczne, gdzie jednoznacznie stwierdzono, że świat stoi twarzą w twarz z zamachem terrorystycznym z użyciem broni masowego rażenia, który wydarzy się w niedalekiej przyszłości. Jednak stawiając tę tezę i wskazując otwarcie na zagrożenie, nie brano pod uwagę broni jądrowej, walizkowej, ale mówiono o zastosowaniu broni chemicznej, a jeszcze bardziej o broni biologicznej. Nie oszukujmy się, przecież tego typu broń wirusy różnych chorób mogą być przenoszone zarówno we fiolkach, jak i w organizmach ludzi.

Czy to oznacza, że dzisiaj to zagrożenie jest bardziej realne niż kiedykolwiek wcześniej...?

– Jest jak najbardziej realne. I wyśmiewanie tych, którzy zwracają na to uwagę, jest niepoważne. Inną sprawą jest to, że ta krytyka była elementem gry politycznej, a jak się to skończyło dla niektórych – wszyscy wiemy.

Panie Generale, jakie mogą być konsekwencje lekceważenia zagrożenia epidemiologicznego?

– Przede wszystkim możemy się znaleźć „face-to-face” z realnym niebezpieczeństwem, czyli powstaniem źródła epidemii czy to na obszarze Europy, czy bezpośrednio na terenie naszego kraju. I być może nawet na skalę, która będzie trudna bądź w ogóle niemożliwa do opanowania. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało przy okazji zagrożeń różnymi chorobami zakaźnymi, np. ebolą, kiedy dotyczyło to turystów czy osób powracających z misji z obszarów zagrożonych, np. z Afryki. Wówczas bito na alarm i otwarcie pytano, czy polskie szpitale są odpowiednio wyposażone, czy mamy oddziały zakaźne, gdzie można izolować takie osoby, i czy nasi lekarze są w stanie poradzić sobie z ewentualnymi przypadkami zachorowań. Dzisiaj zagrożenie to wzrasta jeszcze bardziej, zwłaszcza kiedy skala takiego zjawiska może się stać masowa. Nie powinniśmy też mieć wątpliwości, że takie zachorowania prędzej czy później będą i obawiam się, że może to wystąpić, zanim odpowiednie służby sanitarno-epidemiologiczne będą w stanie opanować sytuację, wykryć źródło chorób, izolować to źródło i w miarę możliwości pomóc osobie czy osobom. I to jest podstawa skutecznej walki z chorobą, żeby się ona nierozprzestrzeniała.

Czy w tej chwili Polska dysponuje specjalistycznymi oddziałami zakaźnymi, gdzie ewentualnie można by podjąć skuteczną walkę z nietypowymi dla tej części świata chorobami zakaźnymi?

– W Polsce oczywiście są takie placówki, ale osobiście obawiam się o jeszcze inne rzeczy, a mianowicie czy procedury, które są przewidziane w takich sytuacjach, zafunkcjonują. Mam wątpliwości, czy tego typu procedury są w ogóle ćwiczone, a jeżeli już, czy w wystarczającym zakresie. Ponadto jak dotychczas w Polsce nie spotkaliśmy się z poważnymi epidemiami chorób zakaźnych poza epidemiami grypy. Natomiast w tym momencie mówimy o dużo poważniejszych chorobach, które mogą być przenoszone i rozprzestrzeniane przez imigrantów. W takich, ewentualnych sytuacjach musiałby zadziałać cały system sanitarno-epidemiologiczny, którego namiastka owszem jest w Polsce, również Siły Zbrojne mają taki system przygotowany, ale wszystko zależy od skali zjawiska. Jeśli będą to jednostkowe przypadki, to będzie łatwiej szybko i skutecznie sobie poradzić, natomiast w przypadku masowego zjawiska nawet potężne i silne państwa, dobrze przygotowane mogą mieć poważny problem.

Biorąc pod uwagę polski grunt, co w tej chwili można zrobić, aby uniknąć takiego problemu, a przynajmniej zminimalizować ewentualne skutki zagrożenia epidemiologicznego?

– Jest kilka możliwości: po pierwsze, izolacja osób, które przybywają do Polski w sposób nielegalny i poddanie ich szczegółowym badaniom lekarskim. Dalej zabezpieczenie wszelkiego rodzaju szczepieniami, tak aby ci ludzie nie rozprzestrzeniali dalej chorób. Na terenie kraju mamy kilka ośrodków dla uchodźców, gdzie takie osoby powinny trafiać. Jeśli będziemy zgodnie z ustaleniami ustępującego rządu przyjmować do Polski jakąś dodatkową liczbę uchodźców, to w pierwszej fazie powinny być one natychmiast odizolowane, aby nie miały kontaktu z innymi osobami, i poddane odpowiednim badaniom lekarskim, które potwierdziłyby bądź wykluczyły nosicielstwo niebezpiecznych chorób. Nie ulega też wątpliwości, że kontrola sanitarno-epidemiologiczna na naszych granicach powinna być na najwyższym poziomie. Oczywiście do tego dochodzi działalność służb specjalnych, a mianowicie inwigilacja środowisk czy przypadkiem tego typu broni biologicznej terroryści nie będą chcieli użyć. Te działania z pewnością są podejmowane w ramach funkcjonowania systemu antyterrorystycznego, tyle tylko, że są objęte tajemnicą, co jest oczywiste.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl