logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

„Nieomylny” Berlin źródłem chaosu w Europie

Piątek, 22 stycznia 2016 (04:15)

Aktualizacja: 22 stycznia 2016 (20:19)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Ostatnio Donald Tusk w Parlamencie Europejskim stwierdził, że jeśli w ciągu najbliższych dwóch miesięcy Unia Europejska nie znajdzie recepty na zażegnanie kryzysu migracyjnego, to strefa Schengen legnie w gruzach... 

– Proszę zwrócić uwagę, iż z kryzysem migracyjnym zmagamy się od roku, a refleksje u przywódców Unii przychodzą dopiero teraz. To świadczy o tym, iż tak naprawdę ta biurokratyczna unijna machina nie jest zdolna ani też wydolna do podejmowania szybkich decyzji. Nie ma także wiarygodnych danych wywiadowczych dotyczących potencjału imigracyjnego. Jeżeli niemieccy politycy szacują, iż w 2016 r. do Europy może chcieć się dostać ponad 6 milionów uchodźców, to nie ma się co łudzić, iż granice będą nadal otwarte i niestrzeżone przez poszczególnych członków Wspólnoty.

Wspomniał Pan, że unijna machina urzędnicza nie jest wydolna. Kto ponosi winę za kryzys migracyjny, a dokładnie rzecz ujmując, za brak jego rozwiązania?

– Winę za obecny stan ponosi przede wszystkim Komisja Europejska oraz przywódcy Niemiec i Francji. To zaniedbania tych właśnie ośrodków władzy spowodowały, a nawet sprowokowały obecny kryzys. Tutaj kłania się także bezrefleksyjne popieranie, a przynajmniej brak sprzeciwu poszczególnych europejskich rządów wobec burzenia struktur państwowych w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Bardzo duża wina spoczywa także na Stanach Zjednoczonych, które same nie chcą przyjmować imigrantów.  

Statystyki Fronteksu podają, że dziennie na terytorium UE przybywa ok. dwóch tysięcy imigrantów. Zważywszy, że mamy zimę, aż strach pomyśleć, co przyniesie wiosna…

– Z danych wspomnianej przez Pana instytucji widać, iż tylko w tym roku do Grecji przedostało się już 31 tysięcy imigrantów, a za nami dopiero połowa stycznia. Ukraina, Rumunia są obecnie zasypane śniegiem. Także Bałkany o tej porze roku nie sprzyjają osobom, które mają zamiar przedostać się do Niemiec. Może się jednak okazać, iż wiosną ruszy tak duża liczba imigrantów, wobec której żadne służby graniczne nie będą w stanie wstrzymać tego naporu i zatrzymają ich na granicy.

Jak odbiera Pan sygnał o powrocie Polski do Grupy Wyszehradzkiej, po tym jak rząd Platformy złamał solidarność tych państw? 

– To jest właściwy kierunek zacieśniania współpracy w ramach Unii Europejskiej. Państwa, członkowie Grupy Wyszehradzkiej oczekują od Polski przywództwa. Wydaje się, iż w tej kwestii jest pełne zrozumienie w obecnym rządzie PiS. Pewnym problemem może być natomiast kwestia ustalenia wspólnej polityki wobec Rosji. I w tym momencie Polska musi głęboko zrewidować swą dotychczasową politykę na tym kierunku.

Kraje Grupy Wyszehradzkiej sprzeciwiają się wprowadzeniu mechanizmu automatycznej relokacji imigrantów – czyli kwotom imigrantów narzucanym z góry przez UE. Czy i jakie to może mieć przełożenie na politykę imigracyjną Unii?

– Oczywiście kwestia kwot wzbudza emocje. Większość społeczeństw państw Grupy Wyszehradzkiej zdaje sobie sprawę, iż dla Brukseli jest to wstęp do narzucenia kolejnych kwot. Jednak nie to powinno być główną troską rządów, a problem uchodźców, którzy będą chcieli przejść przez Słowację, Czechy czy też Polskę i nie zostaną wpuszczeni do Niemiec bądź też zostaną odesłani z tego kraju. Liczby, o których mówimy, to setki tysięcy osób. Jeżeli nie zatrzymamy ich na granicy, to możemy zderzyć się z sytuacją, kiedy ci ludzie nie będą już chcieli od nas wyjechać. Będą czekać na możliwość przedostania się do Niemiec.

Kraje Grupy Wyszehradzkiej chcą zaapelować do państw zachodnich o rewizję dotychczasowej polityki azylowej w Europie. To, że jest to konieczność, nie ulega wątpliwości, ale czy jest to możliwe?

– Społeczeństwa Europy Zachodniej w swojej większości także oczekują rewizji tej polityki. Pytanie tylko, co Berlin w tej sprawie postanowi, bo wszystko wskazuje na to, że to tam jest główna blokada zmiany podejścia Unii do kwestii polityki azylowej. Bunt, który narasta w wielu landach Niemiec, w tym też w elitach politycznych np. Bawarii, może doprowadzić do nieprzewidywalnych skutków i wahania się w tej sprawie. Trzeba sobie postawić pytanie – co się stanie, jeżeli do Niemiec będzie się zbliżało kilkaset tysięcy imigrantów…? Czy dopiero wtedy rząd zdecyduje się na zamknięcie granic, a nawet na budowę płotów na granicach…? Może się okazać, że państwa graniczące z Niemcami ogarnie chaos, bo imigranci już się nie cofną.

Co Pan sądzi o pomyśle utworzenia wspólnej europejskiej straży granicznej?

– Ten pomysł jest spóźniony, co najmniej o kilka lat. Obecne propozycje dotyczące pozycji prawnej, która miałaby mieć ta straż, są nie do przyjęcia. Nie można wprowadzać do suwerennych państw formacji zbrojnych bez zgody poszczególnych rządów. Tymczasem obecny projekt przewiduje takie rozwiązanie. Druga sprawa to ilość planowanych funkcjonariuszy w tej formacji – czyli ok. 2000 osób. Pytanie – kogo oni mają chronić? Przyjmując trzyzmianowość pracy, to kilkuset funkcjonariuszy, którzy mogą wzmocnić służby na kilkuset kilometrach granicy. Natomiast obecnie w Europie są zagrożone tysiące kilometrów granic. To tylko pokazuje, że znów mamy do czynienia bardziej z PR politycznym niż skutecznym działaniem na rzecz ochrony granic Unii.

Czy Grupa Wyszehradzka z Polską jako liderem ma szanse być przeciwwagą dla skostniałej i w dużej mierze zużytej, żeby nie powiedzieć skompromitowanej starej Unii?

– Myślę, iż jesteśmy za słabi, aby stworzyć przeciwwagę dla państw tzw. starej Unii. Mamy jednak wystarczający potencjał, aby wspólnie z innymi państwami naszego regionu walczyć o ochronę naszych interesów. Poza strukturami Unii jesteśmy w stanie także szybciej i skuteczniej działać. Jednak musimy w tym zakresie być niezwykle solidarni i wspierać się wzajemnie na wielu frontach. Wspólnie musimy także naciskać na Rosję i Ukrainę, aby zakończono konflikt w Donbasie, bo w miarę upływu czasu będzie on nas coraz bardziej absorbował i kosztował politycznie, ale także materialnie. Naszym celem nie powinno być zmaganie się o ustrój wewnętrzny Ukrainy czy też jej granice, ale o to, aby graniczyć z państwem mającym wewnętrzną stabilizację.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl