logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Wszyscy jesteśmy na wojnie z terroryzmem

Wtorek, 16 lutego 2016 (04:09)

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Zaangażowanie się Polski w bądź co bądź zbrojny konflikt w Syrii to dobra decyzja?

– Od początku wojny z terroryzmem w Afganistanie czy Iraku braliśmy w niej udział. Z punktu widzenia wojskowego nawiązaliśmy świetne relacje z innymi wojskami, z którymi potrafimy współdziałać. Jeśli teraz wycofalibyśmy się ze wspólnych działań NATO, to spowodowałoby naszą izolację w strukturach NATO, a przecież zależy nam, aby Sojusz Północnoatlantycki był silny, zwarty, żeby działał w sposób zdecydowany. Unikanie zaangażowania odbiłoby się również na współpracy naszych jednostek specjalnych z jednostkami ze Stanów Zjednoczonych czy innych państw NATO. Brak solidarności przy konkretnych wyzwaniach powoduje, że wypada się poza obieg, a wówczas obniżają się także nasze zdolności czy możliwości. Również z punktu widzenia strategicznego powinno nam zależeć, żeby Sojusz był silny. Tu nie ma miejsca na myślenie, które bardzo często obserwujemy w Europie, że skoro jesteśmy w NATO, to nie musimy się starać. NATO jest tak silne, jak silni są jego poszczególni członkowie, czy i z jaką odpowiedzialnością podejmują trudne wyzwania. Mamy wschodnią flankę NATO, południową, i jeśli chcemy na wschodniej flance większego zaangażowania się naszych partnerów, to nie możemy udawać, że to, co się dzieje na południu, nas nie dotyczy. 

O tej solidarności i zaangażowaniu Polski w konflikt z ISIS jako o „wyrazie solidarności z resztą naszych sojuszników” mówił w Monachium prezydent Andrzej Duda. Tyle tylko, że solidarność zakłada wzajemność, a tej jakoś nie widać. Mam tu na myśli kwestię wzmocnienia wschodniej flanki NATO…

– Po pierwsze, dobrze, że Amerykanie pokazują, że są sojusznikiem, na którego można liczyć. Mówił to jeden z amerykańskich generałów, który stwierdził, że Stany Zjednoczone dostrzegają problem na Wschodzie i potrzebę zmobilizowania państw europejskich. Inna sprawa dotyczy logistyki, dzisiaj nie ma potrzeby stacjonowania żołnierzy na naszym terytorium. W krótkim czasie można przerzucić odpowiednie siły do obsługi sprzętu jaki jest u nas. Kolejna sprawa – jeszcze istotniejsza – to wspólne ćwiczenia, wspólne manewry, bez których trudno mówić o kolektywnej obronie sojuszniczej. To wszystko wymaga ćwiczenia związków taktycznych, związków operacyjnych, toteż dobrze, że nasi partnerzy dostrzegają potrzebę organizowania takich manewrów. Jest to też element psychologicznego oddziaływania na wschodnich sąsiadów, a zwłaszcza na Rosję, która przez długi czas tak naprawdę czuła się bezkarna. Teraz, kiedy na horyzoncie rysuje się adekwatna siła, to Moskwa krzyczy, ale to nie powinno ograniczać naszej determinacji. Sojusz Północnoatlantycki to system obronny, poza wschodnie granice nie wychodzimy i mamy prawo w ramach Sojuszu do obrony swojego terytorium.  

Powróćmy może jeszcze do wojny z tzw. Państwem Islamskim. Minister obrony Antoni Macierewicz, mówiąc o naszym zaangażowaniu w walkę z ISIS, wymienia działania rozpoznawcze i szkoleniowe. Choć jak powiedział szef BBN Paweł Soloch, nie ma mowy o wysyłaniu tam żołnierzy, to perspektywicznie – czy jest tu miejsce także dla GROM-u?

– Jest to miejsce dla jednostek specjalnych. Jednostki specjalne to nie tylko GROM, jest jeszcze kilka innych świetnych jednostek: FORMOZA, AGAT, Jednostka Wojskowa Komandosów, która operuje na tym samym poziomie. Działania rozpoznawcze, tzw. rozpoznanie specjalne, czy też działania szkoleniowe to jedne ze standardowych zadań sił specjalnych, które zapoznają się z potencjalnym obszarem działań, ale przede wszystkim pomagają tym, którzy te obszary zamieszkują, żeby mogli bronić się sami. Myślę, że jest to adekwatna broń wobec terrorystów, którzy działają w sposób niestandardowy, nieregularny, rozproszony. Siły specjalne są najlepszą odpowiedzią na tego typu zagrożenia. To naturalne, że polskie społeczeństwo nie chce, aby nasi żołnierze angażowali się w konflikt, w walkę z ISIS, ale warto pamiętać, że nie jest to wojna taka, jaką sobie wyobrażamy chociażby z filmów o II wojnie światowej. Udział w tego typu działaniach polega – jak wspomniałem i jak to było chociażby w Afganistanie – na pomocy lokalnej społeczności, aby oni sami wywalczyli sobie niepodległość.

Jaka może być cena naszego zaangażowania w wojnę z ISIS i czy w związku z tym nie wzrasta zagrożenie terrorystyczne dla Polski?

– To prawda, że w mediach pojawiły się głosy, że nasze zaangażowanie w walkę z ISIS zwróci uwagę terrorystów na nasz kraj. Moim zdaniem, na wzrost zagrożenia terrorystycznego to w ogóle nie wpłynie. Bardzo rozsądnie w tej sprawie wypowiedział się były prezydent Aleksander Kwaśniewski, który stwierdził, że w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego nie możemy się uchylać od naszych obowiązków czy zadań. Do całej tej sprawy należy podejść bardzo spokojnie, bo najgorsze, co w tej sytuacji można zrobić, to wykorzystywać to politycznie jako machinę propagandową po to, żeby straszyć Polaków masowymi ofiarami polskich żołnierzy i w ten sposób podchodzić do przeciwnika. Jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa, to musimy mówić jednym językiem. Tym jednym, wspólnym stwierdzeniem i w Polsce, i w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego jest to, że wszyscy jesteśmy na wojnie przeciwko terroryzmowi. Nie możemy udawać, że Polska jest z tych działań wyłączona, nie możemy się chować i unikać zaangażowania. Wypowiedź min. Macierewicza na pewno nie wpłynie negatywnie na poziom naszego bezpieczeństwa, natomiast tylko konkretne, wspólne działania i zaangażowanie Sojuszu mogą rozwiązać problem terroryzmu. Potrzebna jest prawdziwa determinacja, a nie tylko deklaracje słowne. Tylko to może rozwiązać problem, który mamy dzisiaj z tzw. Państwem Islamskim, ale także z Syrią, która tylko nakręca wszystkie działania o charakterze terrorystycznym.      

Premier Dmitrij Miedwiediew obarcza Zachód wywołaniem nowej zimnej wojny. Czy zaangażowanie Rosji w Syrii oraz napięcie między Moskwą a Ankarą mogą wywołać konflikt o szerszym zasięgu?

– Poziom hipokryzji Miedwiediewa i Władimira Putina nie ma sobie równych. Trzeba być wyjątkowo bezczelnym, żeby dokonać aneksji Krymu, łamać wszelkie możliwe umowy międzynarodowe, następnie doprowadzić do rzezi w Donbasie i krwawiącego cały czas konfliktu w tamtym rejonie, a teraz wygłaszać frazesy na temat pokojowego działania. Ta retoryka ze strony Rosji to nic nowego, nie uznałbym tego również jako prężenie muskułów, bo te już od dawna są naprężone, tak czy inaczej jest to wyraz słabości Moskwy. Z drugiej jednak strony to pokazuje, że działamy słusznie. Wreszcie ktoś powiedział Rosji „basta”! Zresztą chyba sami Rosjanie widzą, że są w trudnej sytuacji, że zapędzili się w kozi róg, będąc pewni, że Zachód kolejny raz nie będzie reagował. Wspólna reakcja to jedyne słuszne działanie. Przypomnę tylko, że twarda, zdecydowana polityka prezydenta Reagana kiedyś doprowadziła do upadku Związku Sowieckiego, teraz też potrzebna jest twarda, konsekwentna polityka Zachodu wobec nieobliczalnych działań Rosji.       

Wiele wskazuje na to, że wobec zamykania szlaku przepływu uchodźców na południu Europy – mamy zablokowany kierunek węgiersko-austriacki i grecko-macedoński, gdzie trwa budowa płotów – kolejny szlak migracyjny będzie prowadził przez Polskę. Czy w tej sytuacji nie powinniśmy skorzystać z doświadczeń chociażby Węgrów?

– To prawda, że jeden ze szlaków, tzw. szlak północny, prowadzi wzdłuż naszych granic. Myślę, że należy ten problem monitorować. Płoty niekoniecznie są najlepszą ochroną. To, co należy robić, to starać się rozwiązywać problem tam, gdzie się on rodzi. Wszelkie inne działania, żeby tę falę migracyjną powstrzymać, są tylko półśrodkami i bynajmniej nie rozwiążą problemu. Tu konieczna jest wspólna, sojusznicza strategia. Nie można też bezrefleksyjnie w imię poprawności politycznej przyjmować tych ludzi bez sprawdzenia ich tożsamości. Ponadto tych, którzy przybyli nielegalnie, należy deportować, także tych, którzy nie chcą przyjąć standardów czy zaakceptować kultury i systemu wartości kraju, w którym się znaleźli. Ponadto niech uchodźców czy imigrantów przyjmują kraje arabskie o podobnej kulturze, które dotychczas tego nie zrobiły, a nie odmienna kulturowo Europa otwierająca szeroko swoje granice. Konieczne jest wypracowanie wspólnej strategii, dokonanie selekcji tych, którzy przybywają, aby nie były to „samotne wilki”, ale rodziny, które naprawdę u siebie w kraju są zagrożone. Pozostaje oczywiście kwestia uszczelnienia i kontroli granic Unii Europejskiej, bo jeżeli tego nie zrobimy, to możemy się pożegnać ze strefą Schengen i swobodnym przekraczaniem granic wewnątrz wspólnoty europejskiej.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl