logo
logo

Zdjęcie: arch./ Inne

Dyplomacja to sztuka korzystnego kompromisu

Poniedziałek, 29 lutego 2016 (03:17)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami pierwsze sto dni rządu Beaty Szydło. Jaki jest bilans: na plus czy na minus?

– Oczywiście będzie to odpowiedź z pewną dozą subiektywizmu. Mianowicie – mimo zapowiedzi i deklaracji nie widać istotnych zmian w gospodarce. Owszem, jest duże tempo zmian kadrowych w instytucjach państwowych, które są bardziej instrumentalne niż personalne. Pozytywnie należy ocenić to, że wyhamowano penetrację ze strony niemieckiej gospodarki i grup interesów w Polsce. Ponadto odbudowano relacje z Grupą Wyszehradzką. W sferze obronności skoncentrowano się na gwarancjach zewnętrznych, zamiast na tworzeniu nowych jednostek wojskowych i szerszej koncepcji rozbudowy Obrony Terytorialnej. Polityka prorodzinna uzyskała zielone światło, zahamowano też wyprzedaż ziemi obcokrajowcom. Z tych przykładowych działań widać, iż jest to jednak znacznie lepszy rząd niż poprzedni.  

Skupmy się może na naszej dyplomacji. Minister Witold Waszczykowski, podsumowując „studniówkę”, stwierdził, że poprzednia ekipa, jeśli chodzi o sprawy międzynarodowe, nie miała priorytetów. Czy i jakie priorytety – według Pana – ma dyplomacja pod kierownictwem PiS i czy jest to polityka dojrzała?

– Jest to nadal polityka oparta na pewnych dogmatach historycznych. W tym wszystkim brakuje mi działań, które nosiłyby istotne znamiona czy elementy przywództwa w tej części Europy. Dyplomacja Węgier jest wciąż o krok przed nami, również nasza polityka wschodnia jest, co tu dużo mówić – fatalna. Jedynie w kwestii ochrony Polaków na Wschodzie jest istotna poprawa. Natomiast nadal bezrefleksyjnie wspieramy oligarchiczny rząd na Ukrainie i to my, a nie Kijów, jesteśmy głównym wrogiem Moskwy. Pozytywnie należy ocenić fakt, iż ciężar polityki zachodniej został przeniesiony z Berlina do Londynu. Generalizując, Warszawa musi budować blok bezpieczeństwa Polski, ale nie musi być on kierowany wprost przeciwko Rosji. Obserwując naszą politykę, zasadniczo widać, iż przygotowujemy się na wypadek dużej wojny konwencjonalnej w Europie w sytuacji, gdzie taka wojna byłaby głównie wojną informacyjno-jądrową. Obecne priorytety polskiego MSZ w tym zakresie naszego bezpieczeństwa istotnie nie wzmocnią.

Co uznałby Pan za plus, a czego Panu brakuje w działaniach dyplomacji min. Waszczykowskiego?

– W imieniu rządu powinien podejmować rozmowy nie tylko na Zachodzie, ale także na Wschodzie. Tu nie ma się co obawiać potknięć, na które liczy Kreml. Trzeba bezwzględnie wyjaśnić katastrofę w Smoleńsku, ale nie może to być warunek działań dyplomatycznych na tym kierunku. Musimy się tam skoncentrować na prowadzeniu równoległych działań na wielu płaszczyznach. Także w kwestii Ukrainy to nasze interesy muszą być na pierwszym miejscu. Zresztą sam Kijów, podejmując określone działania w ostatnich latach, nie kierował się nigdy interesami Warszawy, co także należy mieć na uwadze i wyciągać wnioski. Musimy także pamiętać i brać realnie pod uwagę, iż za kilka miesięcy zmieni się przywódca w Białym Domu, a to może zupełnie zburzyć obecne priorytety tego państwa w Europie.

Skoro mowa o polityce wschodniej, to jaka jest Pana ocena naszej dyplomacji?

– Tak jak wspomniałem, poza pilnowaniem naszych interesów w Brukseli i na forum NATO to właśnie kierunek wschodni powinien być dla nas priorytetem. Właśnie z tej strony w okresie krótkoterminowym mogą nadejść zagrożenia niekoniecznie czysto militarne, ale społeczne, spowodowane dezintegracją Ukrainy i presją migracyjną z Azji i Bliskiego Wschodu. Celem naszej polityki powinna być szybka stabilizacja Ukrainy, a nie wspieranie konfrontacji w Donbasie. Właśnie ukazała się moja książka pt. „Bezpieczeństwo Polski w geopolitycznej grze Zachodu z Rosją”. Na wielu stronach wskazuję znaczenie tego kierunku dla bezpieczeństwa Polski. Nie chodzi tu tylko o kwestie militarne, ale przede wszystkim o istotne uczestnictwo we współkreowaniu rzeczywistości na tym obszarze nie w oparciu o konfrontację z Rosją, ale poprzez rywalizację i częściową koegzystencję wpływów.

Jak po rządach koalicji PO – PSL wyglądają dziś nasze stosunki z Rosją i co stanowi największe napięcie na linii Moskwa – Warszawa?

– To, że rząd PO – PSL zbagatelizował wyjaśnienie katastrofy w Smoleńsku w oparciu o instytucje międzynarodowe, stworzyło barierę w naszych relacjach z Rosją, którą wykorzystują Niemcy i inne kraje tego regionu. Nie zauważano także problemu polskiej mniejszości na tym obszarze, a Polaków na Białorusi wprost poświęcono dla prób destabilizacji Białorusi. Obecnie głównym polem napięć na linii Warszawa – Moskwa nie są problemy między naszymi państwami a interesy Kijowa.

Co możemy sami zrobić, aby te relacje poprawić, jednocześnie nie zapominając o realiach i naszych priorytetach?

– Jeżeli do Moskwy ciągle jeżdżą szefowie MSZ państw Zachodu i Stanów Zjednoczonych, a Polska po wielu miesiącach oziębłych stosunków dopiero miesiąc temu wysyła tam wiceszefa MSZ, to najlepiej pokazuje, że sami na własne życzenie eliminujemy się z gry. Czy to się komuś podoba, czy nie, musimy ciągle rozmawiać z Moskwą, jednocześnie mając na uwadze, że jest to bardzo trudny partner. Nikt za nas nie załatwi z Rosjanami naszych spraw. Z kolei w kraju, porządkując wiele spraw historycznych, wcale nie musimy tego robić tak jak tego oczekują środowiska nacjonalistyczne na Ukrainie. Można to samo osiągnąć w dużo spokojniejszej atmosferze.

Wspomniał Pan wcześniej, że dyplomacja poprzedniej ekipy oscylowała wokół Niemiec. W jakim kierunku dziś powinniśmy zmierzać?

– Dzisiaj Niemcy to duże kłopoty z emigrantami, których najpierw bezrefleksyjnie przyjmowali, a teraz nie mogą sobie poradzić, chcą ich wypchnąć sąsiadom. Ale to dopiero początek problemów związanych z powolną kryminalizacją tego państwa. Oczywiście Berlin jeszcze długo będzie potęgą gospodarczą, ale będzie bardziej grał na rzecz ochrony własnych interesów niż na dzielenie się dobrobytem z innymi. Jeśli chodzi o Europę, to pozytywnie należy ocenić kierunek na Grupę Wyszehradzką i Londyn. Ponadto należy uważać na sygnały płynące ze Stanów Zjednoczonych związane z kampanią wyborczą, gdyż może się okazać, iż ekipa, z którą współpracujemy w tym kraju, zostanie zmieniona. I może to, co teraz powiem, będzie dla wielu szokiem, ale może się okazać, iż za kilka lat państwa chrześcijańskie, aby ustabilizować sytuację w Europie i na świecie, będą musiały zacieśnić współpracę. Zapewne w takim układzie będzie to dotyczyło także Rosji.

Jakie miejsce w naszej dyplomacji powinna zajmować polityka historyczna i jakie obecnie zajmuje?

– Polityka historyczna jest niezwykle ważnym elementem polityki każdego państwa. Poprzez umiejętne uprawianie polityki historycznej można w pewnym wymiarze czasowym wiele zmienić zarówno na plus, jak i na minus. Przecież społeczeństwa tak postrzegają swoich partnerów politycznych, jak o nich słyszą w przestrzeni medialnej. Jeżeli płynie niekorygowany sygnał, że to Polacy, a nie Niemcy budowali obozy koncentracyjne, czy też że to my mordowaliśmy Żydów, a nie chroniliśmy ich przed zagładą kosztem tysięcy polskich istnień, to nasze dzieci w opinii międzynarodowej będą postrzegane jako naród winowajców największej tragedii XX wieku w Europie. Jeżeli państwo rezygnuje z polityki historycznej, to rezygnuje z godnej pozycji wśród wolnych narodów świata. Należy o tym pamiętać.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl