logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Jak przekonać Rosję, że NATO to nie agresor?

Wtorek, 7 czerwca 2016 (05:07)

Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Akademii Obrony Narodowej Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jaki jest cel rozpoczynających się dzisiaj manewrów wojskowych Anakonda-16?

– Sądzę, że ten cel został sformułowany bardzo wyraźnie, o czym zresztą wiemy już od dłuższego czasu, a mianowicie, że w obliczu wzmożonej aktywności militarnej i ćwiczeniowej Federacji Rosyjskiej należy zademonstrować gotowość Sojuszu Północnoatlantyckiego. Celem tych manewrów jest sprawdzenie zdolności Sojuszu do obrony. Ponadto tymi ćwiczeniami NATO demonstruje wyraźnie, że nie zapomina o swojej aktywności na wschodniej flance. Charakter tych manewrów tym bardziej wzbudza nasze zainteresowanie, bowiem dotychczasowe ćwiczenia odbywały się z dość ograniczoną liczbą wojska. Tym razem skala tych ćwiczeń jest znacznie większa. Nie tylko mamy sporą liczbę żołnierzy i sprzętu, ale ćwiczenia obejmują stosunkowo duży obszar. W tej sytuacji, ze zrozumiałych względów, manewry Anakonda-16 muszą budzić zainteresowanie również po stronie rosyjskiej.

To, jak Pan wspomniał, największe tego typu ćwiczenia w Polsce po 1989 r. i trzeba przyznać, że w liczbach: 31 tysięcy żołnierzy z 24 państw NATO i krajów partnerskich, z czego ok. 12 tysięcy z Polski, blisko 3 tysiące pojazdów, 105 samolotów i śmigłowców oraz 12 okrętów marynarki wojennej – wyglądają one imponująco…

– Powiedziałbym, że wygląda to przyzwoicie, bo imponujące – można rzec – to były ćwiczenia po stronie rosyjskiej, w których brało udział 130 tysięcy żołnierzy, nie licząc sprzętu. Tak czy inaczej manewry Anakonda-16 muszą budzić i z całą pewnością budzą respekt po stronie Moskwy.

Co jest największym wyzwaniem przy organizacji tego typu manewrów?

– Największym wyzwaniem jest połączenie w jedną dobrze funkcjonującą całość wielu bardzo różnych elementów. Niezależnie od tego, że wojsko zawsze jest bardzo skomplikowaną strukturą i współdziałanie między jej poszczególnymi częściami jest dużym wyzwaniem, to dodatkowym utrudnieniem jest to, że w tych manewrach uczestniczą żołnierze różnych armii. Zresztą w przypadku sojuszu państw zawsze pojawia się problem kompatybilności między poszczególnymi strukturami militarnymi zgrania żołnierzy i dowództw tak, aby się one wzajemnie uzupełniały, współgrały i wspólnie mogły podejmować skuteczne działania. To oczywiście dotyczy logistyki, np. zaopatrzenia w amunicję, procedur związanych z kierowaniem i dowodzeniem poszczególnymi wojskami i wielu innych kwestii. W obliczu współczesnych wyzwań, a mianowicie wojny hybrydowej, manewry dotyczą również zgrania sił zbrojnych z obszarem pozamilitarnym. Biorąc to wszystko pod uwagę, należy powiedzieć, że tego typu manewry są największym jak dotąd wyzwaniem i głównie na te kwestie dowódcy będą przede wszystkim stawiać nacisk.

Skoro mowa o współdziałaniu, to czy wystarczy poprzez tego typu ćwiczenia pokazać, że NATO jest spójne, że jest gwarantem bezpieczeństwa?

– Oczywiście, że sama demonstracja to za mało. Wiadomo, że jeśli chodzi o wykorzystanie struktur militarnych, to – przynajmniej w krajach europejskich – decydują nie dowódcy stojący na czele ćwiczących oddziałów, ale władze polityczne, które podejmują takie czy inne decyzje, w jaki sposób ten element militarny powinien zostać wykorzystany. Mamy zatem działania w zakresie bezpieczeństwa kraju, ale mniej tu chodzi o to, czy i jak będą ćwiczyć żołnierze, tylko na ile ci, którzy decydują, żeby żołnierzy wyprowadzić w pole, w momencie nie daj Boże realnego zagrożenia naszego kraju – będą w stanie ze sobą współdziałać i z jakim efektem. Te wspólne ćwiczenia mają dać odpowiedź, jak to wzajemne współdziałanie na tym poziomie będzie wyglądało.    

Czy i jakie wrażenia tego typu ćwiczenia mogą zrobić na Rosji?

– Rosja oczywiście demonstruje swoje zirytowanie na wieść o tego typu manewrach, i to na obszarze, nad którym chciałaby mieć nadzór. Wyrazem tego jest propaganda rosyjska rozsiewana przez zwolenników Moskwy również w naszym kraju. Propagandyści ci stoją na stanowisku, że tego typu manewry tylko rozdrażnią lwa, że w efekcie np. spadną na nas jakieś ciosy czy chociażby że Stany Zjednoczone już zaplanowały wojnę z Rosją i że to niby my mamy tę wojnę prowadzić. Nawiasem mówiąc, nie bardzo wiem, w jaki sposób Polska miałaby napaść na Rosję. Zresztą nie sądzę, żeby ktokolwiek w NATO miał takie zamiary, a co dopiero my. Tak czy inaczej tego typu ćwiczenia z całą pewnością irytują Rosję.

Irytują, ale czy powinny…?

– Manewry Anakonda-2016 po pierwsze mają charakter wyraźnie defensywny, a po drugie odbywają się na terenie Polski – owszem, w pobliżu rosyjskiej granicy i oczywiście granicy z Białorusią, która jest zwolennikiem Moskwy, ale niedawno podobne ćwiczenia przeprowadziła Rosja właśnie na terenach sąsiadujących z Polską czy szerzej: sąsiadujących z granicą państw NATO. Wówczas słyszeliśmy bardzo wyraźnie ze strony Moskwy, że nie mamy się czego obawiać, bo są to ćwiczenia o charakterze obronnym, które nikomu nie zagrażają. Ponadto wybrzmiewała bardzo wyraźnie retoryka, że Rosja ma prawo do takich ćwiczeń na swoich terytoriach. W zestawieniu tych obu faktów wyglądałoby na to, że Rosja ma prawo organizować takie operacje, ale my już takiego prawa nie mamy. To jest coś bardzo ciekawego, jeśli chodzi o postawę i zachowanie Rosji, która określa systemy defensywne po naszej stronie, po stronie NATO, jako jej zagrażające. Jednocześnie kiedy po stronie rosyjskiej pojawiają się tego typu systemy, to słyszymy, że służą one do obrony. Warto przypomnieć, że np. w Kaliningradzie Rosja zainstalowała swoje systemy przeciwlotnicze S-400, które mają zasięg ponad 400 km, a więc mogą strącać cele w przestrzeni powietrznej Polski i jakoś nikt z tego powodu po stronie polskiej dotychczas nie zgłaszał pretensji. Przyjęliśmy, że jest to system obrony przeciwlotniczej. Z drugiej strony my również nie mamy zamiaru bombardować Kaliningradu, więc Rosja nie powinna mieć powodów, żeby strącać nasze samoloty, ale różnie z tym może być.       

W tych wszystkich działaniach Rosja demonstruje swoją siłę i zachowuje się w sposób bardzo prowokacyjny, natomiast NATO jest dość wyważone w swoich działaniach…

– To wynika z różnego pojmowania przez obie strony kwestii własnego bezpieczeństwa. Otóż próbowałem przeanalizować i zrozumieć postawę Moskwy i doszedłem do przekonania, że Rosja, która swoje terytorium zbudowała na drodze podbojów i w związku z tym dysponuje ogromnym terytorium, to cały czas po jej stronie pojawia się obawa, że ktoś będzie chciał to terytorium okroić. Ta presja, chociażby przy okazji próby wstąpienia Gruzji czy Ukrainy do NATO, jest odbierana po stronie Rosji jako zagrożenie wprost wymierzone w jej bezpieczeństwo. W tej sytuacji Rosjanie, chcąc się umocnić w przekonaniu, że tego, co mają, nikt nigdy im nie zabierze, usiłują stworzyć bufor bezpieczeństwa dookoła swoich granic, który ma dodatkowo zabezpieczyć ich terytorium. Stąd też ich dążenia, żeby dysponować tzw. bliską zagranicą. Tyle tylko że tą tzw. bliską zagranicą są dla Rosji jedynie Ukraina, Białoruś i kraje nadbałtyckie, a w innych układach pojawiają się scenariusze, że do tego rosyjskiego zaścianka powinna wchodzić również Polska i dawne kraje Układu Warszawskiego. Żeby zobaczyć, jak taka historyczna strefa buforowa Rosji wyglądała, wystarczy zajrzeć do dawnych map wspomnianego Układu Warszawskiego z okresu tuż przed jego rozwiązaniem. Mieliśmy ZSRS i cały basen państw satelickich, które ten bufor stanowiły. Mamy zatem coś w rodzaju kwadratury koła, a mianowicie państwa, które znajdują się w tzw. bliskiej zagranicy, w strefie, którą Rosja, uważając za swoją, chce kontrolować, co ma jej zagwarantować bezpieczeństwo – państwa te nie chcą być podporządkowane Moskwie. Z jednej strony nie chcą się dać podporządkować Rosji, a z drugiej strony, ustępując jej znacznie pod względem militarnym, kraje te szukają zabezpieczeń dla siebie. Tym zabezpieczeniem bez wątpienia jest członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim. NATO, chcąc stabilizować sytuację w świecie, nie mówi tym chętnym państwom „nie”, co z kolei Rosja odbiera jako agresję przeciwko sobie. Po stronie Moskwy przeważa argument, że NATO wchodzi z bazami w strefę jej wpływów. I tak w kółko.

Jak można przekonać Moskwę, że NATO nie jest agresorem?

– W tym cały problem. Tak naprawdę nie ma sposobu, żeby przekonać Putina, że nikt nie chce zabrać terytorium, które należy do Rosji. Podobnie nie ma też dobrego sposobu, żeby przekonać kraje, które otaczają Rosję, że inaczej mogą zabezpieczyć swoją suwerenność niż wiązać się z Zachodem, np. wchodząc w szeregi NATO. To z kolei źle wróży na przyszłość, pokazuje bowiem, że niestety, ale będziemy mieli stale zaostrzający się konflikt między Rosją a państwami wchodzącymi w skład Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl