logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Nikt nikomu nie wypowiedział wojny

Poniedziałek, 11 lipca 2016 (05:32)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Doktorze, o czym świadczy obecność Ukrainy na zakończonym wczoraj w Warszawie szczycie NATO?

– Ta obecność Ukrainy na szczycie i posiedzenie Komisji NATO – Ukraina jest to przede wszystkim gest NATO, sygnał skierowany do społeczeństwa ukraińskiego i niejako substytut decyzji o rozpoczęciu procesu przyjmowania tego państwa do Sojuszu. Zanim to jednak nastąpi, to Ukrainę czeka jeszcze wiele pracy. Należy tu jednak podkreślić, iż w najbliższych dekadach nie będzie zgody na przyjęcie Kijowa do paktu.

Tak czy inaczej Ukraina jest wiarygodnym kandydatem do członkostwa w NATO?

– Ukraina, co trzeba zaznaczyć, jest w fazie upadku jako państwo, a więc dla sojuszu obronnego, jakim jest NATO, jest to pewien obszar działań, ale z pewnością nie teren, który wzmacnia bezpieczeństwo. Nie ma możliwości przyjęcia do Sojuszu Północnoatlantyckiego państwa, które w każdej chwili może NATO wprowadzić do wojny z Rosją. Zresztą o tym wielokrotnie mówił – w ostatnich latach – Henry Kissinger – doradca ds. bezpieczeństwa narodowego oraz sekretarz stanu w czasie prezydentury Richarda Nixona oraz Geralda Forda.

Jak ta debata nad członkostwem Ukrainy przebiega wewnątrz tego kraju?

– To jest element gry politycznej obecnie rządzącego obozu ukierunkowany na utrzymywanie się jak najdłużej przy władzy. Należy tu zadać sobie pytanie: czy można przyjąć Ukrainę do NATO w sytuacji, gdzie Krym to obecnie Rosja, a Donbas jest pod kontrolą separatystów? Z uwagi na to, że w ukraińskim państwie utrzymuje się retoryka wojenna, opozycja nie może formalnie brać udziału w debacie. Jednakże coraz większa populacja społeczeństwa zdaje sobie sprawę z nierealności obietnic członkostwa ich kraju w Sojuszu Północnoatlantyckim.

Prezydent Ukrainy oddał hołd ofiarom rzezi wołyńskiej, składając kwiaty i zapalając znicz pod pomnikiem ofiar ukraińskiego ludobójstwa na skwerze Wołyńskim na warszawskim Żoliborzu. Czy może to być krok ku pojednaniu i jak to się ma do wcześniejszych przykładów gloryfikacji OUN-UPA przez obecne ukraińskie władze?

– Jest to wyłącznie taktyczny gest prezydenta Poroszenki. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że tuż przed jego przyjazdem do Polski jedną z głównych ulic Kijowa nazwano imieniem Stepana Bandery? Takich rzeczy się nie robi, takie gesty są niedopuszczalne w sytuacji, gdy się chce kogoś przeprosić. Co więcej, na Ukrainie nie słychać debaty o tym, co się stało w krwawą niedzielę, 11 lipca 1943 r., kiedy doszło do kulminacji zbrodni ludobójstwa na polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, której dokonali ukraińscy nacjonaliści.

Czy nie jest tak, jak uważają niektórzy obserwatorzy, że kwestia Wołynia jest dzisiaj po to nagłaśniana, aby nas skłócić jeszcze bardziej ze sobą?

– Ci sami obserwatorzy mówią to już od kilkunastu lat. Ciągle słyszymy, że na to przyjdzie czas, że nie teraz, że trzeba zaczekać na bardziej odpowiednią chwilę. To nic innego jak tylko gra na biologiczne załatwienie tego problemu i oczekiwanie, że wraz z odejściem ostatnich świadków tej zbrodni temat ludobójstwa zniknie. Ale nie zniknie, bo Polacy to mądry Naród, pamiętają i będą pamiętać o zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i żadna poprawność polityczna nie zamydli im oczu. Jeżeli chcemy budować przyjazne stosunki z Ukrainą, musimy to zrobić natychmiast. To nasz obowiązek wobec ofiar, ale także powinność wobec samych siebie.

Za nami szczyt NATO w Warszawie. Czym, według Pana, jest i co oznacza pakiet pomocowy dla Ukrainy, co do którego decyzja zapadła w ostatnich dniach?

– Tak naprawdę to dokładnie nie wiadomo, co ma się składać na ten pakiet pomocowy. Prawdopodobnie jest to, przynajmniej na razie, jedynie ogólne zobowiązanie dotyczące modernizacji ukraińskich sił zbrojnych, ale szczegóły techniczne mają być dopracowywane dopiero w najbliższych miesiącach. Armia ukraińska ma już wyczerpane resursy większości ciężkiego sprzętu, lotnictwo jest praktycznie uziemione, a wojsku brakuje amunicji. I to, jak sądzę, będą główne obszary czy też kierunki działań pomocowych.

Czy i ewentualnie jak wsparcie NATO udzielone Ukrainie może wpłynąć na relacje między Rosją a Ukrainą?

 – Jeżeli stanie się to faktem, to prawdopodobnie separatyści otrzymają od Rosji nowe wersje uzbrojenia, a na Krymie pojawią się kolejne oddziały i sprzęt wojskowy. Należy przypomnieć, iż ta „dziwna wojna domowa na Ukrainie”, którą obserwujemy, ma niezwykłe zwroty.

A konkretnie?

– Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że do dzisiaj Ukraina nie wypowiedziała Rosji wojny, również wymiana handlowa pomiędzy tymi krajami trwa w najlepsze. Ponadto armia separatystyczna i ukraińska w Donbasie ciągle się wzajemnie ostrzeliwują, ale w tym samym czasie Kijów kupuje węgiel od separatystów. To wygląda bardzo dziwnie.

Były prezydent ZSRS Michaił Gorbaczow skomentował decyzje NATO w sprawie wzmocnienia wschodniej flanki jako wypowiedzenie wojny Rosji. Czy rzeczywiście taka jest retoryka Sojuszu?

– Michaił Gorbaczow ma traumę, której przyczyną jest to, co uczynił Związkowi Sowieckiemu i teraz, próbując się zrehabilitować w oczach rosyjskiej opinii społecznej, przyjmuje tak ostrą retorykę wobec Zachodu. Natomiast ze strony większości państw Sojuszu Północnoatlantyckiego nie ma mowy o takiej retoryce. Przecież nikt nikomu, także deklaratywnie, nie wypowiedział wojny.

Czy decyzje szczytu NATO w Warszawie zastopują zapędy Putina, czy wręcz przeciwnie, zaostrzą retorykę Rosji?

– Decyzje szczytu w Warszawie niczym się nie różnią od deklaracji NATO sprzed kilku miesięcy. Ten szum informacyjny, z którym mamy do dziś czynienia, praktycznie ma na celu osiągniecie przez wszystkie strony znamion sukcesów w polityce wewnętrznej. Przecież kilka tysięcy żołnierzy NATO rozciągniętych od Tallina po Bukareszt w żaden sposób nie zmieni układu sił. W odpowiedzi na to, że brygada Sojuszu Północnoatlantyckiego rotacyjnie ma być rozmieszczona w Europie Wschodniej, Rosja podjęła decyzję o tworzeniu nowej dywizji przy granicy z Białorusią. 

NATO wyraźnie mówi, że decyzje szczytu w Warszawie nie są skierowane przeciwko Rosji. Jak zatem skomentuje Pan słowa prezydenta Hollande’a, który przestrzegł Sojusz przez zaostrzaniem relacji z Rosją?

– Prezydent François Hollande powiedział to, co myśli ponad połowa członków Paktu Północnoatlantyckiego, choć tego głośno nie wyraża, a mianowicie, iż nie jest w ich interesie zaostrzanie relacji z Rosją. Francja wydaje się przewodzić grupie państw, które chcą resetu w stosunkach z Moskwą. To wszystko pokazuje, iż w razie konfliktu może ponownie zaistnieć termin znany z 1939 r., a mianowicie „dziwna wojna”, co – jak pamiętamy – wiąże się z tym, iż Francja wypowiedziała wojnę Niemcom, ale bombardowała je ulotkami z odezwami. Ponadto trzeba pamiętać, iż za kilka miesięcy we Francji odbędą się wybory prezydenckie, a dwoje bardzo poważnych kandydatów do tego urzędu, Marine Le Pen i były prezydent Nicolas Sarkozy, mówi już teraz, że Krym to Rosja. To najlepiej pokazuje, w jakim kierunku to wszystko zmierza i że partykularne interesy poszczególnych państw będą dominować przede wszystkim i nikt nie będzie chciał „umierać” za Ukrainę. Putin dobrze o tym wie i to skrzętnie wykorzystuje w swojej imperialnej polityce.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 11 lipca 2016 (05:32)

NaszDziennik.pl