logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Pojednanie bez prawdy – to obłuda, pusty gest

Wtorek, 12 lipca 2016 (05:29)

Z Ewą Siemaszko, badaczem zbrodni nacjonalistów ukraińskich dokonanych na ludności polskiej Wołynia w czasie II wojny światowej, autorką scenariusza wystawy „Wołyń 1943. Wołają z grobów, których nie ma”, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Mijają 73 lata od zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Do dziś niewygodna prawda historyczna o tej zbrodni nie została należycie wyjaśniona i upamiętniona. Wierzy Pani, że taki dzień w końcu nadejdzie?

– Tak, ufam, że doczekamy takiego dnia, kiedy prawda o ludobójstwie zostanie nazwana po imieniu i sprawiedliwie oceniona. Nie potrafię jednak powiedzieć, kiedy to nastąpi. Dla sprostowania dodam może, że nie chodzi tu o sprostowanie, bo co do tego, że zbrodnia miała miejsce, nie ma wątpliwości. Badania są na tyle zaawansowane i baza jest tak mocna, że wiemy, co się wydarzyło 73 lata temu, kto był sprawcą, a kto ofiarą i jaki charakter miała ta zbrodnia. Problemem natomiast jest właściwe traktowanie tej zbrodni przez państwo polskie i państwo ukraińskie. I tu jest problem, a mianowicie, kiedy nasza Ojczyzna – Polska uzna tę zbrodnię za godną wprowadzenia do ogólnej świadomości historycznej oraz kiedy Polska ustanowi 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA. Ustanowienie takiego dnia, kiedy w szczególny sposób będziemy o tej zbrodni pamiętać i czcić ofiary, jest niezbędne i oczekiwane; myślę, że nie tylko przez środowiska kresowe. Przyznam, że patrząc na bieżące wydarzenia na scenie politycznej, mam spore wątpliwości, kiedy to nastąpi.

Jak ocenia Pani działania obecnego rządu w kwestii nazwania zbrodni wołyńskiej po imieniu, zgodnie z prawdą?

– Uważam, że obecna władza w Polsce nie ma może wątpliwości co do tego, że wydarzenia sprzed 73 lat były ludobójstwem, bo wielu najwyższych rangą polityków Prawa i Sprawiedliwości – myślę tu przede wszystkim o prezesie Jarosławie Kaczyńskim – wyraźnie stwierdza, że rzeź wołyńska była zbrodnią ludobójstwa i że na dobrą sprawę nie ma tu nad czym dyskutować. Natomiast są wątpliwości co do tego, czy zbrodnia ta ma być upamiętniana i kiedy rocznica tej zbrodni ma być obchodzona. I tu jest problem. Niestety, w łonie tego ugrupowania znajduje się wiele ważnych osobistości, które – mówiąc wprost – nie chcą, aby 11 lipca był Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA.

A powinien być?  

– Oczywiście, że tak. 11 lipca to jedyna data, która powinna być rozważana jako dzień pamięci ofiar rzezi wołyńskiej. To właśnie tego dnia w Krwawą Niedzielę nastąpiło apogeum tej okrutnej zbrodni ludobójstwa. Żadnego innego dnia ani wcześniej, ani później na tak ogromną skalę nie atakowano Polaków. Warto przypomnieć, że 11 lipca 1943 r. o świcie sotnie OUN-UPA, działając z zaskoczenia, zaatakowały 99 polskich wsi i osad, głównie na terenie trzech powiatów: kowelskiego, horochowskiego i włodzimierskiego. Nie był to przypadek, a celowe działanie. Wybrano niedzielę, aby w świątyniach podczas nabożeństw zaskoczyć jak największą liczbę Polaków. Dlatego dzień 11 lipca – można powiedzieć – na trwałe wpisał się w świadomości jako symbol tego ludobójstwa. Przecież od lat 90. w tym właśnie dniu – wyłącznie społecznie – organizowaliśmy uroczystości i żadne władze na tych obchodach się wówczas nie pojawiały. Dopiero od 2003 r., od spotkania ówczesnych prezydentów Polski Kwaśniewskiego i Ukrainy Kuczmy w przedwojennym Porycku, czyli pierwszej wsi, którą UPA skąpała we krwi i ogniu, w kolejnych rocznicach uczestniczyły już władze państwowe. Ale co tu dużo mówić – też w ograniczonym zakresie.

Jak rodziny kresowe przyjmują propozycję, aby Dniem Męczeństwa Kresowian ustanowić 17 września, a więc rocznicę najazdu Związku Sowieckiego na Polskę?    

– Pomysł, aby wszystkie zbrodnie na ludności kresowej były upamiętniane 17 września, jest absurdalny, a w języku dyplomatycznym nie jest pomysłem trafnym. Wszyscy kresowianie uważamy, że owszem 17 września to dobra data dla uczczenia zbrodni popełnionych na Polakach przez Sowietów. W naszych rodzinach obchodzimy obie te tragiczne rocznice, ale stoimy na stanowisku, że te dwie daty należy rozdzielić i obchodzić osobno. Jesteśmy to winni ofiarom obu tych zbrodni.  

Min. Szczerski z Kancelarii Prezydenta RP stwierdził, że ważne jest, żeby polsko-ukraińskie relacje widzieć w całości. Czy polskie władze, nie podejmując stosownych kroków – mówiąc wprost – aby wymóc na ukraińskich władzach, powinny oczekiwać refleksji ze strony Ukrainy? O czym świadczy spychanie tych spraw na bok?

– Zgadzam się z panem, że mamy do czynienia ze spychaniem na bocznicę tych ważnych spraw. Polska ma prawo i obowiązek moralny wobec wszystkich swoich obywateli, a szczególnie wobec tych, którzy zostali zamordowani tylko dlatego, że byli Polakami, za polskość, aby wymóc na swoich partnerach ukraińskich właściwe traktowanie tych zbrodni. Przecież Polska udziela Ukrainie ogromnej wielowymiarowej pomocy na różnych płaszczyznach, jesteśmy rzecznikami ukraińskich spraw na forum międzynarodowym. To nie kto inny jak Polska była pierwszym państwem, które uznało niepodległość Ukrainy. Prawda jest taka, że to Polska wyciąga przyjazną dłoń do Ukrainy, a nie odwrotnie. I to Ukrainie powinno bardziej zależeć na dobrych stosunkach z Polską aniżeli Polsce z Ukrainą. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i NATO, co powoduje, że już w tym aspekcie nasz status przewyższa status Ukrainy. Jeśli zatem Ukraina chce, aby Polska nadal była rzecznikiem jej spraw w Europie i świecie, to powinna w stosunku do nas zachowywać się stosownie.

Chyba jednak trudno oczekiwać, że Ukraina uprzedzi Polskę i sama sobie nałoży na siebie uznanie prawdy historycznej, skoro nie do końca zależy na tym polskim władzom?  

– Polskim władzom powinno zależeć, żeby sprawa ludobójstwa była na Ukrainie potępiona. Natomiast czy nie zależy na tym naszym władzom, tego tak naprawdę do końca nie wiemy. Wśród obecnie sprawujących władzę – jak już wspomniałam wcześniej – mamy różne podejście do tych kwestii. Tam w zasadzie nie ma jednorodnego stanowiska, czego świadectwem jest ustawa Senatu RP upamiętniająca ofiary rzezi wołyńskiej, przyjęta przez Senat w miniony czwartek – uchwała przyzwoicie sformułowana, która oddaje hołd obywatelom II RP bestialsko pomordowanym przez ukraińskich nacjonalistów. I nawet drobne potknięcia nie umniejszają jej wagi. Szkoda tylko, że jej przyjęciu zdecydowanie sprzeciwiali się przedstawiciele opozycji, przede wszystkim Platformy. Drugim świadectwem na to, że w PiS są siły, które chcą prawdy i stoją na stanowisku, aby zbrodnia wołyńska była traktowana właściwie, jest odpowiedź ponad dwustu parlamentarzystów na apel, który na początku czerwca ogłosiło 12 tzw. ukraińskich autorytetów, ukraińskich polityków, duchownych i intelektualistów, w tym dwóch prezydentów. Mimo tych dwóch stanowisk jest wewnątrz tej partii blokada, żeby tę sprawę raz na zawsze zakończyć.

Co Pani chce przez to powiedzieć?   

– Odsunięcie w czasie ustanowienia 11 lipca Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA –tak naprawdę nie wiadomo na jaki termin, bo informacje, jakie do nas docierają z Sejmu, są ze sobą sprzeczne –może świadczyć, że w ramach tego ugrupowania są politycy, którzy narzucają taki, a nie inny styl działania.

Czy da się zbudować zdrowe relacje z Ukrainą bez prawdy o przeszłości?

– Jeśli dobre relacje z Ukrainą mają się stać rzeczywistością i rozwijać się, to muszą być oparte na prawdzie. Prawda dotycząca tej zbrodni, która dotknęła mieszkańców Kresów południowo-wschodniej II Rzeczypospolitej, musi wybrzmieć z całą stanowczością. To jedyny fundament, na którym można budować przyszłość. My mamy wolę żyć w dobrych relacjach z Ukrainą, co potwierdzamy czynami, wspierając ich prawo do wolności wobec agresji ze strony Rosji oraz stając się rzecznikiem ukraińskich spraw w Unii Europejskiej i NATO. Tyle że z drugiej strony nie widać dobrej woli, a to powinno dać wiele do myślenia naszym władzom.

Tak czy inaczej zdrowych relacji bez prawdy nie da się ułożyć w sposób prawidłowy, ale istnieje jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Mianowicie nawet jeśli Ukraina przyzna się do dokonania zbrodni ludobójstwa, w co tak naprawdę wątpię, to nie wydaje mi się, żeby to zmieniło stosunek do UPA. Innymi słowy – możemy mieć do czynienia ze schizofrenicznym traktowaniem tej sprawy, czyli z jednej strony będzie uznanie, że zbrodnia owszem była i że dokonała tego UPA, ale z drugiej będziemy mieli do czynienia z gloryfikacją tej zbrodniczej formacji. Ilustracją tego może być fakt, że w zeszłym tygodniu imieniem Stepana Bandery nazwano jedną z głównych ulic Kijowa, a gloryfikacja UPA na Ukrainie jest na porządku dziennym. Jednocześnie Poroszenko klęka przed pomnikiem na warszawskim Żoliborzu upamiętniającym rzeź wołyńską.

Jak ocenia Pani ten gest prezydenta Poroszenki?

– To nic innego jak obłuda zademonstrowana z pobudek czysto politycznych. Ten gest Poroszenki nie ma nic wspólnego ze szczerym i autentycznym współczuciem dla ofiar. Szkoda tylko, że nie dostrzegają tego polskie władze. Czas najwyższy, żeby poprawność polityczna ustąpiła miejsca polskiej racji stanu.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl