logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Tak umierał „Wilczur”

Piątek, 22 lipca 2016 (18:24)

Z Aleksandrą Milanowską, córką por. Aleksandra Życińskiego „Wilczura”, zamordowanego przez UB 24 września 1948 r., rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Pani rodzice poznali się w partyzantce?

– Tak. W domu rodziców mamy była skrzynka kontaktowa wszystkich tutejszych partyzantów. Dom rodzinny położony był blisko lasu, przechodziło się tylko przez rzekę Kamienną i z tego lasu wszyscy tu przychodzili. Babcia gotowała im obiady, prała rzeczy osobiste, nieraz opatrywała im rany. Z tego domu właśnie moja mama ps. „Zośka” wysyłana była jako łączniczka w różne miejsca. Nie była wysoka, więc często brano ją za dziecko i łatwiej mogła się gdzieś przedostać, przenosząc różne rzeczy. Tak rodzice się poznali, byli wtedy młodymi ludźmi. 2 lutego 1948 r. wzięli ślub na polanie na Wykusie i pozostali razem w lesie aż do ich aresztowania przez UB 7 maja 1948 r. niedaleko Kielc. Podobno ktoś ich wsypał i UB ich otoczyło. Nie poddali się bez walki, ale tamtych było więcej.

­ Co było dalej?

– Przewieziono ich do Kielc do  Urzędu Bezpieczeństwa na ul. Focha. Później, po procesach Sądu Wojskowego w Kielcach na sesjach wyjazdowych w Starachowicach osadzono ich w więzieniu w Kielcach. Mama, która była już wtedy w ciąży ze mną, otrzymała wyrok 7 lat więzienia, natomiast tato wraz z trzema kolegami został skazany 31 lipca 1948 r. na trzykrotną karę śmierci za „założenie i dowodzenie grupą bandytów, mającą na celu dokonywanie zamachów na organa bezpieczeństwa publicznego, zmierzające do zmiany przemocą ustroju państwa polskiego”. W dniu wykonania wyroku na ojcu mama zdążyła się z nim jeszcze zobaczyć. Ojciec powiedział jej, że ksiądz ich wszystkich wyspowiadał, przyjęli Komunię Świętą i jadą dziś na wykonanie wyroku kary śmierci.

­ Jak zareagowała Pani mama?

– Zemdlała i nie pamiętała już, co dalej się z nią działo. Bardzo źle się czuła i nie mogła dojść do siebie, była przecież tuż przed rozwiązaniem ciąży. Nie pamięta także samego porodu, który nastąpił 4 października w więzieniu. O szczegółach tamtego strasznego dla niej dnia, gdy ostatni raz zobaczyła męża, powiedział mi jeden z żyjących jeszcze współwięźniów, który siedział w celi z ojcem w więzieniu przy ul. Zamkowej w Kielcach. Gdy wyprowadzano „Wilczura” i jego trzech kolegów, w ostatniej drodze miał towarzyszyć im ksiądz, którego UB ostatecznie nie zabrało. Mój ojciec krzyknął wówczas: „Niech żyje wolna Polska!”. Wtedy jeden z ubeków kopnął go i kazał szybko wsiadać do samochodu. Każdy, kto mógł, patrzył przez okna więzienia na tę scenę. Wyrok został wykonany tego dnia w Zgórsku o godz. 19.00.

­ Kiedy dowiedzieliście się, że por. Aleksander Życiński właśnie tam może spoczywać?

– Do tego miejsca było nam bardzo trudno dotrzeć, dochodziliśmy do niego przez lata różnymi ścieżkami. Jednak dopiero teraz Fundacja „Niezłomni” dokonała odkrycia ich grobu i ojciec został zidentyfikowany, za co jestem bardzo wdzięczna. Wcześniej były różne miejsca wskazywane przez IPN, m.in. kielecki stadion. Współwięźniowie ojca mówili bowiem, że któryś z wartowników przekazał im informację, że tę czwórkę żołnierzy wywieziono najpierw na stadion, gdzie miano ich rozstrzelać. Ojciec krzyknął jednak: „Żołnierze, jesteśmy takimi samymi żołnierzami jak wy! Nie róbcie tego! Walczyliśmy o wolną Polskę!”. To podobno trochę ich skonsternowało i nie wiedzieli, co mają czynić. Wsadzili ich więc ponownie w samochód i wywieźli do lasu w Zgórsku, gdzie wykonali na nich wyrok.

­ W 1992 r. Pani ojciec został zrehabilitowany.

– Tak. Wtedy wpadły w nasze ręce zeznania gajowego, który twierdził, że widział, jak do lasu przywieźli żołnierzy. Opisuje w nich, że przyjechał samochód, który przywiózł 4 ludzi. Gajowy, cały czas siedząc w krzakach, widział, jak ci żołnierze kopią jakiś dół. Później zaczęła się strzelanina, więc gubiąc but, uciekł do gajówki. Ten gajowy poszedł później do księdza Walusiaka, który spowiadał żołnierzy przed śmiercią, by mu pokazać to miejsce, ale ksiądz nie mógł wówczas przyjechać. Gajowy posadził więc w tym miejscu drzewko. Wydaje mi się, że właśnie pod jego konarami Fundacja „Niezłomni” znalazła ojca i jego trzech kolegów. To, że ich w końcu znaleźli, to ogromna radość dla rodziny. 24 września minie 68 lat poszukiwań grobu ojca. Tego dnia, w rocznicę jego śmierci o godz. 13.00 odbędzie się jego pogrzeb w parafii św. Ludwika w Bliżynie.

­ Co Pani wie o ojcu z przekazów mamy i relacji jego kolegów?

– Moja babcia, czyli mama ojca, bardzo dużo opowiadała na jego temat, gdy jeszcze byłam młodą dziewczyną. Tato zawsze na piersiach nosił medalik, stąd babcia podkreślała zawsze: „Pamiętaj, gdy znajdą jakiegoś człowieka i będzie miał medalik, to będzie twój ojciec”. Choć nieraz rodzice próbowali go nakłonić, żeby zaprzestał już z kolegami partyzanckiej działalności, zawsze podkreślał, że nie zrobi tego, bo Polska musi być wolna. Babcia zawsze opowiadała, że tato był bardzo dobrym chrześcijaninem i opiekuńczym człowiekiem. Bardzo za nim tęskniła i miała do końca nadzieję, że wróci. Słuchała Wolnej Europy i podkreślała: „Oluś jeśli wróci, to pamiętaj, powiedz mu, że ja go bardzo kochałam i tęskniłam za nim”.

­ Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu  „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej

Piotr Czartoryski-Sziler

Aktualizacja 22 lipca 2016 (19:46)

Nasz Dziennik