logo
logo

Pod
patronatem „Naszego Dziennika”

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

W obronie życia nie ma miejsca na kompromis

Środa, 17 sierpnia 2016 (04:26)

Z Jackiem Kotulą, prezesem rzeszowskiego oddziału Fundacji PRO – Prawo do Życia, rozmawia Rafał Stefaniuk

Za nami druga wizyta Mary Wagner w Polsce. Jak wspomina Pan ten czas?

– Jestem bardzo zadowolony, choć zmęczony. Podczas pierwszej wizyty Mary w Polsce na spotkaniach z nią była wysoka frekwencja, teraz mogliśmy się cieszyć dużo wyższą. Jest to dla mnie zaskoczenie, gdyż mamy okres wakacyjny, w którym odbywały się Światowe Dni Młodzieży. Nasz gość przyciąga ludzi, a najlepiej świadczy o tym fakt, że na spotkania z nią przyjeżdżały osoby z oddalonych o wiele kilometrów miast oraz z zagranicy. Spotkania były bardzo serdeczne i często się przedłużały, bo każdy chciał uścisnąć jej dłoń. Mary stała się symbolem. Wiele osób modli się za nią i deklaruje wsparcie. Jest to cały sztab ludzi, coś, co można nazwać zapleczem duchowym. Osoby te modlą się codziennie w jej intencji oraz stają do duchowej walki o życie nienarodzonych w Polsce i Kanadzie.

Był Pan głównym organizatorem przedsięwzięcia. Co stanowiło największy problem od strony organizacyjnej?

– Największym problemem było, to że zgłosiło się do nas wiele miast i regionów, które chciały ugościć Mary, a my mieliśmy tylko 14 dni, w których można było zorganizować spotkania. Mam na uwadze to, że nie byliśmy w Wielkopolsce, na Warmii i Mazurach czy w województwie łódzkim. Postaram się to nadrobić kolejnym razem.  

A więc możemy spodziewać się kolejnej wizyty Kanadyjki w Polsce?

– Oczywiście. Nie tylko ja ją zapraszałem, ale także ludzie, którzy nas gościli. Tradycyjnie odpowiedziała, że wszystko zależy od Boga. Dostała też zaproszenie do Krakowa na październik tego roku. Pewna instytucja zaoferowała, że kupi jej i Lindzie Gibbons bilet lotniczy do Polski. Odmówiła, gdyż uważa, że po pobycie w Polsce przyszedł czas na walkę w Kanadzie. Wierzę, że jeszcze nas odwiedzi. Ona sama stara się w swoich decyzjach szukać woli Bożej, więc i my zaufajmy Bożej Opatrzności.

Co Mary będzie robić przez najbliższe tygodnie?

– Po wylocie z Polski Mary udała się do sanktuarium Matki Bożej w Lourdes. Dziś stamtąd wyjeżdża do Paryża, a następnie leci do Kanady. Tam będzie około północy. Następne dni to ciągła walka o życie nienarodzonych. Mary pytana – jaki jest jej zawód – odpowiada, że jest wolontariuszką, która stara się ratować dzieci. Będzie więc odbywać spotkania z dziewczynami i tłumaczyć im, czym naprawdę jest aborcja. Na razie będzie unikać placówek aborcyjnych. Ale powiedziała, że czas na jej ponowną działalność w tych miejscach jeszcze nadejdzie. Kiedy Bóg ją tam popchnie, to jest gotowa znowu z białymi różami wejść do placówek i modlić się o życie dzieci, którym grozi śmierć.

Decyduje się na to, mimo że pewne jest to, że ponownie trafi do więzienia?

– Ale ona już zapowiedziała, że będzie tak długo odwiedzać placówki aborcyjne w Kanadzie, aż zmieni się prawo na takie, które chroni życie nienarodzonych. To jest jedna z tych spraw na świecie, które nie znają słowa: kompromis. Ona wie, co ją czeka. Wie, że po jej wejściu do placówek aborcyjnych pojawi się policja, że zostanie aresztowana i stanie przed sądem. Nikt oprócz niej i Lindy Gibbons nie upomni się o te dzieci. Ona robi to świadomie i wie, że tak jej nie złamią. Jest przekonana, że nawet w więzieniu może realizować swoją misję. Otóż 80 proc. więźniarek w Kanadzie dokonało w swoim życiu minimum jednej aborcji. Wiele z nich żyje w traumie, w żaden sposób nie mogąc pozbyć się syndromu poaborcyjnego. W więzieniach nie ma kapelanów, a jak są, to jeden ma pod swoją opieką tysiące więźniarek. Nie jest w stanie być z nimi na co dzień. Mary stara się ich zastąpić. Rozmawia z kobietami i przekonuje je, że Bóg jest miłosierny, że muszą duchowo pogodzić się ze swoim dzieckiem. A więc dalej będzie modlić się w placówkach aborcyjnych, ale jeszcze nie teraz.

A więc nie traktuje więzienia jako czasu straconego.

– Ona mówi wprost: więzienie jest jej zakonem. Tam ma czas na wyciszenie i modlitwę. Wspólnie z więźniarkami czyta Pismo Święte i  szerzy idee pro-life. Praca w więzieniu jest równie intensywna jak na wolności. Nie wie, jak potoczy się życie kobiet, z którymi rozmawia w więzieniach, to sprawa Boga. Ona ze swojej strony stara się dać innym jak najwięcej.

Jak osadzone reagują na jej osobę?

– Mary spędziła łącznie w więzieniu 6 lat. Wiele kobiet, które są w więzieniu, dobrze ją znają i darzą szacunkiem. Osoby, które spotyka po raz pierwszy, często traktują ją z pogardą. Nigdy nie spotkała się z przemocą fizyczną, ale niejednokrotnie była obrażana słownie. Mary to przyjmuje z pokorą. Bywało, że początkowo wrogo nastawione do niej więźniarki z biegiem czasu zmieniały swoją postawę. Stawały się dla niej miłe i interesowała je misja Mary.

Druga wizyta Mary w Polsce jest już historią. Jakich owoców się Pan spodziewa?

– Chciałbym, aby osoby, które w jakiś sposób utożsamiają się z Mary oraz ideą pro-life, stworzyły coś, co przypomina Rodzinę Radia Maryja. Żeby była to grupa ludzi świadomych powagi sprawy i aktywnych. Spotkania przyniosły wzrost zainteresowania sprawą Mary. (Duży w tym udział „Naszego Dziennika” i Radia Maryja). Prowadzimy fanpage na Facebooku: „Mary Wagner w Polsce”. Teraz obserwuje go prawie 4 tys. osób. Chciałbym, żeby te osoby stały się potężną armią pro-life, która codziennie będzie szturmować Niebo modlitwą. To jest możliwe i wierzę, że się tak stanie. To byłby największy owoc wizyty Mary w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

Aktualizacja 17 sierpnia 2016 (11:10)

NaszDziennik.pl