logo
logo

Zdjęcie: Gage Skidmore/ Licencja: CC BY-SA 2.0/ Flickr

Zwyciężyła demokracja

Czwartek, 10 listopada 2016 (05:28)

Aktualizacja: Sobota, 4 marca 2017 (18:55)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Co zadecydowało, że prezydentem Stanów Zjednoczonych została nie Hillary Clinton wspierana przez środowiska liberalne, ale pragmatyczny biznesmen Donald Trump?

– Niemal bez przerwy nocą, będąc w Brukseli, oglądałem relacje zza oceanu i kiedy zostało potwierdzone, że nowym 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych będzie Donald Trump, nie ukrywałem swego zadowolenia. Kim była, co robiła i kim jest Hillary Clinton, to chyba wszyscy wiedzą. To Hillary Clinton jest autorką fatalnego w skutkach i kompletnie nieudanego chybionego „resetu” amerykańskich stosunków z Rosją, co de facto pozwoliło Putinowi umocnić swoją pozycję. Ponadto jest uwikłana w wiele spraw bardzo niejasnych jak przekręty finansowe dotyczące darowizn na rzecz Fundacji Clintonów, nie wspomnę już o aferze e-mailowej. Amerykanie zagłosowali zgodnie ze zdrowym rozsądkiem za człowiekiem, za którym stoją konkretne dokonania – może nie polityczne, ale biznesowe, oddali głos na człowieka sukcesu z konkretnymi osiągnięciami. Amerykanie wierzą, że podobne sukcesy będzie miał jako prezydent Stanów Zjednoczonych.

Liberałowie nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych są jednak zawiedzeni…

– To „ujadanie” środowisk liberalnych przypominało mi jako żywo czasy odległe, kiedy o prezydenturę ubiegał się Ronald Reagan. Pamiętam ten czas, kiedy kraje demoludów rozpaczały, że oto podrzędny aktor, czy jak go określano kowboj obejmuje urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Już w kampanii próbowano ośmieszyć Reagana, tymczasem on jako prezydent wraz ze św. Janem Pawłem II dokonali rzeczy wydawałoby się niemożliwej, a mianowicie doprowadzili do tego, że komunizm jako ideologia upadł i de facto zniknął z mapy nie tylko Europy, ale i świata.

W jaką epokę wchodzą Stany Zjednoczone po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta?

– W wyborze Donalda Trumpa upatruję nadzieję czy szansę na odnowienie nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale w ogóle współczesnego świata nie tylko w sensie politycznym, moralnym, ale również gospodarczym.

Jak w Brukseli została przyjęta wygrana Donalda Trumpa?

– Środowiska decyzyjne Unii Europejskiej są, jak sądzę, w szoku, o czym świadczy to bardzo wymowne milczenie. Jeśli są komentarze, to bardzo ostrożne. Próbuje się zdezawuować wygraną Trumpa, mówiąc, że na Kremlu strzelają korki od szampana, że skrajne ugrupowania prawicowe w Europie zacierają ręce. Jednak oficjalne komunikaty są bardzo ostrożne, a właściwie ich nie ma. Niemcy, Francja czują się niepewnie, bo zakładano, że będzie kontynuacja, a więc Hillary Clinton. Dowodem na to, że raczej nie zakładano wygranej Trumpa, jest przedwyborczy wpis Donalda Tuska na Twitterze, że jeden Donald wystarczy. To nie tylko niezręczność, nadużycie czy niedojrzałość polityczna Tuska, ale być może coś w rodzaju proroctwa, bo wkrótce może się okazać, że w wielkiej polityce Donald rzeczywiście będzie tylko jeden i nie będzie to Donald Tusk.

Wspomniał Pan Ronalda Reagana, czy paradoksalnie brak doświadczenia politycznego nie okaże się atutem Trumpa?

– O kim tak naprawdę możemy powiedzieć, że zajmując takie czy inne stanowisko, ma doświadczenie polityczne. Podobnie jest z Donaldem Trumpem jako prezydent elekt ma ponad dwa miesiące czasu, aby zapoznać się z problemami, z jakimi zetknie się po zaprzysiężeniu jako prezydent. Mnie osobiście w tym jego pierwszym przemówieniu urzekło to, że mówił nie tyle o sobie, co wskazywał na zespół ludzi, na drużynę, która pomogła mu osiągnąć wygraną w wyborach, w których na początku był już z góry skazany na porażkę. Wskazywał na drużynę, która jest przygotowana, żeby objąć służbę na rzecz Amerykanów. Każdego zauważył, chciał docenić jego pracę. Trump nie mówił o władzy, ale o służbie Ameryce, mówił o Stanach Zjednoczonych jako państwie dumnym, pierwszym i wzorcowym w całym świecie. Tym swoim bardzo emocjonalnym, z serca płynącym wystąpieniem urzekł mnie i myślę, że wielu ludzi. Donald Trump nie zapomniał też o swoich przeciwnikach politycznych, także o Hillary Clinton, której pogratulował kampanii, w którą włożyła wiele wysiłku, podziękował jej także za służbę Ameryce. Mówił, że należy zasypać podziały i zjednoczyć się we wspólnej pracy na rzecz Stanów Zjednoczonych.  

Skoro mowa o Hillary Clinton, to czy powinniśmy się smucić, że to nie ona będzie nowym gospodarzem Białego Domu?

– Hillary i Bill Clintonowie, co tu dużo mówić, źle wypowiadali się o Polsce. Hillary, która jako sekretarz stanu w administracji Baracka Obamy zbliżyła Biały Dom z Kremlem, a na ołtarzu tej współpracy położyła Polskę. Również Bill Clinton, nie tak dawno wpisując się w retorykę KOD, posądzał władze w Polsce o łamanie demokracji i przyrównywał je do rządów Putina. Jak sądzę, właśnie te postawy obojga Clintonów były przyczyną ich porażki. Ponadto jako Polska i Polacy ze strony demokratów nie spotykaliśmy się z przesadną życzliwością. Jeśli się pojawiały jakieś obietnice, to nigdy nie zostały spełnione, mieliśmy za to próby zwodzenia Polonii.

Co sądzi Pan o wypowiedziach i straszeniu, że należy się spodziewać, iż Trump zdemoluje porządek światowy?

– Z całą pewnością nie będzie to prezydent, który będzie dążył do destrukcji. Wielokrotnie podczas kampanii mówił o roli Stanów Zjednoczonych w NATO. Mówił, co myśli o Transatlantyckim Porozumieniu Handlowo-Inwestycyjnym (TTIP) między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską, a także o Północnoamerykańskim Układzie Wolnego Handlu (NAFTA), zawartym w latach 90. między Kanadą, Meksykiem i Stanami Zjednoczonymi. I wydaje mi się, że nie należy się spodziewać nagłych, radyklanych zmian jego administracji w obszarze gospodarki czy polityki. Do Polaków powiedział, wręcz deklarował zniesienie wiz dla Polaków. Myślę, że Donald Trump dotrzyma słowa.

A zatem jest coś w wypowiedzi ministra Antoniego Macierewicza, który stwierdził, iż spodziewa się, iż po zwycięstwie Donalda Trumpa „stosunki polsko-amerykańskie będą nie tylko bardzo dobre, ale jeszcze lepsze”?

– Nie wiedziałem, że minister Antoni Macierewicz wypowiedział takie słowa, ale w pełni podzielam jego opinie. Donald Trump wielokrotnie mówił, że szanuje i ceni Naród Polski. Warto też pamiętać, że ma on polskie korzenie, bo jego babcia była lwowianką i Polką. Z tego, co wiem, nigdy się tych korzeni nie wypierał. Mam też nadzieję, że dotrzyma zobowiązań, jakie złożył wobec Polski i Polaków.

Kto powinien się cieszyć z wygranej Trumpa, a kto smucić?

– Uważam, że ludzie, którzy szanują prawa i wolności obywatelskie, a więc prawa demokracji powinni się cieszyć z wygranej Trumpa. Mam nadzieję, że wreszcie ktoś się ocknie i powie wprost, że Victor Orban na Węgrzech czy Prawo i Sprawiedliwość w Polsce sprawujący władzę zgodnie z wolą suwerena – narodu mają do tego pełne prawo. Mam nadzieję, że dłużej nie będzie się mówić o jakimś tam KOD-zie i ludziach z tego kręgu, którym się wydaje, że jako jedyni mają monopol na demokrację i stosowanie jej w życiu publicznym czy politycznym, a wręcz uzurpują sobie prawo do bycia jedynymi, słusznymi obrońcami demokracji. Jestem przekonany, że to, co wydarzyło się na Węgrzech i w Polsce, a teraz w Stanach Zjednoczonych, znajdzie potwierdzenie w demokratycznych wyborach w kolejnych krajach nie tylko europejskich, ale również w innych państwach świata.

Ma Pan na myśli pewien trend…?  

– Wydaje mi się, że popularnie nazywana polityczna wajcha została jednak przesunięta i społeczności różnych krajów i narodów, na różnych kontynentach chcą decydować o sobie i mają do tego pełne prawo.

Skoro wspomniał Pan o KOD-zie, to po ogłoszeniu wyników wyborów w Stanach Zjednoczonych nikt jakoś nie mówi o zagrożonej demokracji czy wyprowadzaniu ludzi na ulice, jak to miało miejsce w Polsce…

– Nikt o tym nie mówi, bo w Stanach Zjednoczonych nie mają KOD-u. Swoją drogą, ciekawe, czy po wygranej Donalda Trumpa do Stanów Zjednoczonych – żeby ratować demokrację nie wybiorą się znani w Polsce tzw. obrońcy demokracji, niejaki Lech Wałęsa, Andrzej Rzepliński, Ryszard Petru czy Mateusz Kijowski? To są jedyne osoby, które są jeszcze w stanie podjąć próbę ratowania demokracji w Stanach Zjednoczonych. Ciekawe, czy będą chcieli Amerykanom sprzedać swój patent na ratowanie demokracji. Mówię to po to, żeby uzmysłowić nam wszystkim, że w Stanach Zjednoczonych po demokratycznych wyborach i wygranej jednego z kandydatów, pomimo iż może to być nie w smak określonym, wpływowym środowiskom, jakoś nikt nie wyprowadza ludzi na ulice, nie organizuje marszów protestacyjnych pod Białym Domem na wzór KOD-u i nie żali się przed całym światem, że społeczeństwo nie jego wybrało. Demokracja to wola większości. Takie są reguły i kto nie chce ich przyjąć do wiadomości, to znaczy, że z demokracją nie ma nic wspólnego. Piękne jest to, że po ostrej i brudnej kampanii wyborczej, gdzie był używany różny oręż, przegrany kandydat – Hilarry Clinton ma odwagę, żeby zadzwonić do niedawnego jeszcze konkurenta Donalda Trumpa i pogratulować mu zwycięstwa.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl