logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Eksperyment lewicowo-liberalny się zużył

Wtorek, 15 listopada 2016 (04:26)

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Profesorze, po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, wśród unijnego kierownictwa i części przywódców zapanowała panika. O czym to świadczy?

– Wszystko wskazuje na to, że lewicowy eksperyment, jaki zafundowano demokratycznemu światu nie wypalił, co więcej –powoli się wypala. Nic zatem dziwnego, że jesteśmy dzisiaj świadkami jego odrzucania przez społeczeństwa poszczególnych państw. Znamy wyniki wyborów w Polsce, na Węgrzech. Za chwilę odbędą się wybory w Austrii, we Francji, czy chociażby w Niemczech i nie jest wykluczone, że również w tych krajach zmieni się władza, bo tego chcą coraz bardziej świadomi ludzie. Nie jest to jednak problem tylko Europy, bo oto jesteśmy świadkami tego typu przemian w Stanach Zjednoczonych, które są starszym bratem państw demokratycznych, to znaczy tych, gdzie to społeczeństwo, a więc większość decyduje, komu powierzyć rządzenie państwem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że oto mamy sytuację, gdzie grono lewicowo-liberalnych polityków – po informacji, że prezydentem Stanów Zjednoczonych będzie nie Hillary Clinton, a właśnie Donald Trump, wpadło w osłupienie i przerażenie. To przerażenie jest połączone z niemocą. I dlatego jesteśmy świadkami nieuzasadnionej i nieuprawnionej krytyki prezydenta elekta, inwektyw kierowanych pod jego adresem, ale to wszystko jest oznaką bezsilności tych, którzy przyjmują taką postawę. Tak się nie zachowują ludzie, którzy mają przed sobą perspektywę dalszego sprawowania władzy ludzi, którzy są pewni swoich stanowisk, a bardziej obawiają się, że mogą utracić pozycję. Ci ludzie zachowują się chaotycznie, tym samym obnażają swoje lęki i słabości. Z drugiej jednak strony, nie ukrywam, że przyjemnie na to popatrzeć.

Co konkretnie ma Pan na myśli, mówiąc o satysfakcji?

– Oczywiście mówiąc o satysfakcji, nie mam na myśli strachu ludzi elit – strachu, który nawiasem mówiąc, zaczyna być coraz bardziej powszechny. Jednakowoż nie zamierzam ukrywać, że odczuwam satysfakcję, kiedy widzę, jak w niebyt odchodzi pewien sposób myślenia, pewien – jak wspomniałem – eksperyment lewicowo-liberalny. Te elity okazały się bardzo słabe w obliczu woli wyborców, którym wcześniej usiłowały narzucić określony punkt widzenia. Dzisiaj obserwujemy, jak kolejne narody rezygnują z pewnego, momentami nawet wymuszonego totalitaryzmu ideologicznego. Przecież te formacje ograniczają wolność słowa, wprowadzają pojęcie poprawności politycznej i wymóg pozostawania w obrębie tylko i wyłącznie jednego nurtu poglądów, co niekiedy chcą egzekwować wręcz represjami z zakresu prawa karnego. Wymuszają na ludziach najpierw tolerancję, a następnie wręcz obowiązek pochwały tego, co często z punktu widzenia zwykłego człowieka wydaje się nienaturalne, a wręcz absurdalne. Do tego dochodzą eksperymenty w obrębie inżynierii relacji międzyludzkich, wreszcie rozbijanie więzi, czy to na poziomie rodziny, czy szerzej – na poziomie narodu. Społeczeństwa coraz częściej dostrzegają te manipulacje i zaczynają odrzucać ten format. Stąd ta diagnoza, jaką pan postawił o panice wśród tzw. elit zagrożonych utratą władzy, wydaje się słuszna.

Tak czy inaczej, czy nie świadczy to jednocześnie, że te tzw. elity europejskie, które mienią się mężami stanu, tak naprawdę swoimi wypowiedziami się kompromitują i de facto dużo im brakuje do statusu mężów stanu?

– Co by nie powiedzieć, to faktem jest, że współczesne elity europejskie są dosyć miałkie. Wystarczy tylko spojrzeć na obecnego prezydenta Francji Francois Hollande, którego poparcie wśród społeczeństwa francuskiego jest znikome, co więcej – jest najniższe spośród wszystkich przywódców tego państwa w powojennej historii. Tymczasem prezydent Hollande – człowiek, wobec którego dezaprobata i negatywne odczucia Francuzów są wręcz niespotykane, który zafundował swoim obywatelom niepewność i poczucie zagrożenia, nagle w swoim wystąpieniu „ni z gruszki ni z pietruszki” zaczyna pouczać prezydenta elekta Donalda Trumpa, stwierdzając, że wraz z tym wyborem świat wkracza w erę niestabilności. To niedorzeczne.   

Takie irracjonalne zachowanie można było zauważyć nie tylko u prezydenta Hollande’a…

– Nie chciałbym wytykać palcami wszystkich tych przywódców państw europejskich czy przedstawicieli elit unijnych, którzy swoimi słowami wypowiadanymi po ogłoszeniu wyników wyborów w Stanach Zjednoczonych tylko potwierdzili to, o czym powiedziałem już wcześniej, a mianowicie, że są w szoku. Jednocześnie jesteśmy – jak wspomniałem – świadkami niesłychanej agresji ze strony tych ośrodków władzy, ale także ze strony liberalno-lewicowych mediów zarówno w Stanach Zjednoczonych, w Europie, a także w Polsce, które wręcz prześcigały się na inwektywy pod adresem Donalda Trumpa. Mieliśmy nawet słowa powszechnie uznawane za obraźliwe, co jest niedopuszczalne. Z drugiej strony to pokazuje, jak ubogie intelektualnie są środowiska, które dopuszczają się takiej werbalnej agresji wobec przyszłej głowy państwa największego mocarstwa na świecie.

Szef dyplomacji w rządzie PO – PSL Radosław Sikorski stwierdził nawet, że wobec wyboru Trumpa powinniśmy zacieśniać relacje z Francją i Niemcami…

– To pokazuje, że ściśle określone elity utraciły władzę w Polsce, ale jednocześnie, że władzę utracili ich promotorzy w Stanach Zjednoczonych. Ten trend zaczyna się upowszechniać także w Europie. W tej sytuacji trudno się dziwić tym środowiskom, że wypowiadają pewne rytualne stwierdzenia czy zaklęcia, które już formułowali wcześniej, co spotykało się z uznaniem tych stolic europejskich, wobec których owe „hołdy lenne” były składane. Obrazem tej niemocy są rytualne stwierdzenia wypowiadane przy okazji kolejnych ataków terrorystycznych, wobec fali migracyjnej czy wobec Brexitu, kiedy zamiast spodziewanych, konkretnych działań wypowiadane są zaklęcia w rodzaju: „Brexit – pogłębienie integracji, więcej Europy”, czy po zwycięstwie Donalda Trumpa „Więcej Europy – pogłębienie integracji”, natomiast na kryzys finansowy wymyślono hasło „Więcej integracji, więcej Europy”. To są wszystko puste hasła, z których nic nie wynika. Tymczasem rozbrzmiewają one na „salonach europejskich” i są powszechnie akceptowalne przez te środowiska wzajemnej adoracji.

Czy to się komuś podoba czy nie, to unijne elity będą musiały sobie ułożyć – na nowo – relacje transatlantyckie, także z prezydentem Trumpem. Jak w tym kontekście jawią się mało dyplomatyczne, a wręcz aroganckie wypowiedzi Junckera, Schulza czy Tuska, którzy jako przedstawiciele Unii Europejskiej nie potrafili zachować się wstrzemięźliwie?

– To jest coś, co można określić jako gafy. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że takie czy inne oceny wyrażają politycy – ludzie, którzy są znani, co więcej – są przyzwyczajeni do pewnej bezkarności, którzy w tym towarzystwie wzajemnej adoracji na co dzień sami nie przywykli do krytyki. To jest tak, że to ci ludzie zazwyczaj wymuszają na innych konieczność wypowiadania się w obrębie ich poglądów. Sami zaś czują się bezkarnie, bo nikt nigdy wobec nich samych nie wyciągał odpowiedzialności nie tylko za słowa, ale również za czyny. To wzmaga w nich przekonanie, że wolno im wszystko i cokolwiek powiedzą, zostanie zaakceptowane. Oczywiście nikt nie będzie karał tych elit, tak jak oni to mają w zwyczaju i stosują wobec tych, którzy się nie zgadzają z ich poglądami, natomiast jedno jest pewne, że są to środowiska niezdolne do akceptacji poglądów innych ludzi, innego punktu widzenia. Ich filozofia polega na tym, że ma być tak, jak oni chcą, i nic więcej się nie liczy. Ale czy takie podejście ma jeszcze cokolwiek wspólnego z demokracją, której wielkimi obrońcami mienią się ludzie z tych kręgów…, można mieć uzasadnione wątpliwości.

Jean-Claude Juncker stwierdził np., że wybór Trumpa na prezydenta stanowi zagrożenie dla stosunków UE – Stany Zjednoczone?

– Teraz przewodniczący Komisji Europejskiej będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę i podjąć rozmowy z prezydentem Donaldem Trumpem. Aczkolwiek trzeba powiedzieć jasno, że Jean-Claude Juncker jako szef organu wykonawczego – jednej z organizacji międzynarodowych, nie jest przesadnie wielką personą, zwłaszcza wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych. I choć Juncker jest szefem instytucji, która może być partnerem dla przywódców państw europejskich, to z całą pewnością nie jest i nie będzie równorzędnym partnerem dla prezydenta jedynego światowego supermocarstwa.

Czy Donald Tusk wpisem na jednym z portali społecznościowych, cytując stwierdzenie swojej żony, „że jeden Donald w polityce wystarczy”, nie strzelił sobie w kolano, gdy chodzi o drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej?

– To stwierdzenie jest skandaliczne. Natomiast analizując wpis żony Donalda Tuska na Twitterze, ktoś równie dobrze mógłby się zacząć zastanawiać, czy zrządzeniem losu Opatrzność już nie wybrała, który Donald powinien zostać w polityce... Cóż, może zważając na to, warto wyciągnąć wnioski. Tak to czasami bywa. Sądzę, że nie tak obecny szef Rady Europejskiej Tusk wyobrażał sobie koncepcję jednego Donalda.   

Czy i jak Polska może ułożyć swoje relacje ze Stanami Zjednoczonymi za prezydentury Donalda Trumpa?

– Myślę, że relacje polskich władz z administracją prezydenta Trumpa będą dobre, z całą pewnością lepsze niż za prezydentury Baracka Obamy. Z dwojga kandydatów, którzy ubiegali się o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, jedynie Donald Trump spotkał się z przedstawicielami Polonii. To nie kto inny jak właśnie Trump wypowiadał się z uznaniem o Polakach i wskazywał Polskę jako przykład dobrego funkcjonowania w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Co więcej, to on podnosił kwestię zniesienia wiz dla Polaków. Oczywiście zobaczymy, co z tego wyniknie i jak Donald Trump już jako prezydent podejdzie do tej sprawy. Tak czy inaczej, dobrych chęci z pewnością odmówić mu nie można, a to jest bardzo istotny element przy kształtowaniu polityki nowej amerykańskiej administracji. Również wypowiedzi Donalda Trumpa podczas kampanii – chociażby w kwestii ochrony życia ludzkiego czy wartości rodziny, które to stanowiska potwierdził w pierwszym swoim wywiadzie, jako prezydent elekt, pozwalają z optymizmem patrzeć na przyszłe rządy 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ale jak rzeczywiście będzie to wyglądało, to już pokaże czas.

A jeśli chodzi o Hillary Clinton…?

– Kontrkandydatka Donalda Trumpa, co by nie powiedzieć, jest już polityczną przeszłością. Natomiast warto przypomnieć, że w odróżnieniu od Donalda Trumpa Hillary Clinton nie znalazła czasu, żeby się spotkać osobiście z Polonią amerykańską. Na spotkanie wysłała Madeleine Albright, byłą sekretarz stanu za prezydentury Billa Clintona, która zachęcała również prezydenta Obamę do strofowania Polski. Z kolei sam małżonek Hillary Bill Clinton – abstrahując od skandali obyczajowych z jego udziałem – bezpodstawnie oskarżał polski rząd o łamanie demokracji, porównując obecne władze w Polsce do rządów Władimira Putina. Tak czy inaczej można powiedzieć, że Hillary Clinton popełniła wielki nietakt wobec Polonii w Stanach Zjednoczonych, co bez wątpienia – w środowisku polonijnym – zaowocowało brakiem akceptacji dla jej kandydatury.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl