logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Czas na rewitalizację umysłów i gospodarki

Sobota, 19 listopada 2016 (04:18)

Z dr Krzysztofem Kaszubą, prezesem Zarządu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Oddział Wojewódzki w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rząd chwali się osiągnięciami, poszczególni ministrowie przedstawiają raporty, a jak zdaniem ekonomisty upłynął rok rządów Prawa i Sprawiedliwości?

– Pomijając antynarodowe prowokacje opozycji, naiwnych i oszustów oraz absurdalne histerie wokół Trybunału Konstytucyjnego, trzeba powiedzieć, że pierwszy rok rządów PiS upłynął w sferze gospodarczej spokojnie. Wbrew kassandrycznym lamentom medialnych „autorytetów” gospodarka rozwijała się dobrze. Co więcej, nikt z przeciwników PiS nie wyemigrował z Polski. W kategorii dynamika produkcji przemysłowej Polska rządzona przez PiS zajmowała pierwszą pozycję wśród 10 największych krajów Europy. W dynamice PKB ustępowaliśmy, w tej samej grupie krajów, tylko Hiszpanii. Stopa bezrobocia (8,2 proc.) spadła poniżej średniej dla krajów strefy euro, co oczywiście nie znaczy, że problem bezrobocia został rozwiązany, ale jest to pozytywny sygnał. Wzrosły też o ok. 56 miliardów złotych aktywa rezerwowe Polski do kwoty 446 miliardów złotych, tj. ok. 113 miliardów dolarów amerykańskich, również bilans handlu zagranicznego był dodatni.  Natomiast minusem był wzrost zadłużenia sfery finansów publicznych o 60 miliardów złotych i relatywnie wysoki, niekorzystny dla Polski, poziom rentowności 10-letnich obligacji skarbowych (3,30 proc.), sześć razy wyższy niż dla Czech i 11 razy wyższy niż dla Niemiec. Rosły też dochody podatkowe.

Czy zatem zgodzi się Pan ze stwierdzeniem premier Szydło, że jej rząd przez rok zrobił więcej niż poprzednicy przez osiem lat?

– W obszarze oddania należnego hołdu przez lata zapomnianym polskim patriotom, w obszarze zasilenia finansowego polskich rodzin oraz częściowej racjonalizacji systemu emerytalnego i systemu oświaty z pewnością ten rząd zrobił więcej od poprzedników.

Leszek Balcerowicz w kwestii gospodarczej nazwał rok rządów PiS narodowym szkodnictwem…

– Jako jeden z przedstawicieli trójki szkodników, specjalistów od antynarodowej, paserskiej prywatyzacji NFI, PZU, Pekao, itd. w „tymkraju”, prymitywnej popiwkowo-procentowo-kursowej polityki wyniszczenia polskich przedsiębiorstw z początku lat 90. XX wieku, jako jeden ze zwolenników otwarcia na oścież granic kraju dla często podłej jakości towarów z zagranicy, guru cynicznych prywatyzatorów, gwiazda światowej klasy banksterów; prof. Leszek Balcerowicz nie może mówić inaczej. Taki tam klimat…  

Co można uznać za największe osiągnięcie roku rządu premier Szydło…?

– Na przekór kodującej histerii – notabene formacji, która powoli dogorywa, w kraju było spokojnie. Pięknie przebiegły Światowe Dni Młodzieży z udziałem Ojca Świętego Franciszka. Tysiące polskich rodzin, które do tej pory nie mogły związać końca z końcem po raz pierwszy spędziło razem wakacje gdzieś poza domem. Program „Rodzina 500+” dał oddech i uśmiech milionom Polaków. Kurs złotego był w miarę stabilny. Przedsiębiorcy spokojnie realizowali swoje cele. Ponadto nowe inwestycje zagranicznych inwestorów potwierdzały, że rząd premier Beaty Szydło jest przyjazny dla dobrych inwestorów.

Żeby nie było tak cukierkowo, to proszę powiedzieć, co było największą porażką czy też niespełnioną obietnicą, której rząd PiS nie zrealizował…?

– Porażką, którą wciąż można naprawić, są zbyt wolne i cząstkowe próby rozwiązania niesprawiedliwego systemu podatkowego zarówno dla osób fizycznych, jak i prawnych. Obserwujemy też unikanie szybkiego, zdecydowanego rozwiązania „frankowego oszustwa”. Koncentrowanie się na spreadach to ucieczka od tego, co naprawdę ważne nie tylko dla przyszłości setek tysięcy polskich rodzin, ale także dla całej naszej gospodarki.

Skoro wspomniał Pan podatki, to mimo zapowiedzi nie udało się wprowadzić podatku handlowego…

– Przed ponad rokiem w wywiadzie udzielonym dla portalu NaszDziennik.pl mówiłem, że to zły pomysł. System podatkowy nie może różnicować podmiotów, a zwłaszcza z tytułu kraju pochodzenia. Zaproponowana wersja podatku najbardziej ucieszyła kancelarie prawne i specjalistów od kreatywnej optymalizacji podatkowej.

Jak ocenia Pan zapowiedzi szefowej rządu dotyczące wprowadzenia „podatków prostych i sprawiedliwych”. Co to znaczy?

– Przez kilkanaście lat udowadniałem studentom i słuchaczom studiów podyplomowych, że istniejący w Polsce system podatkowy jest niesprawiedliwy, skomplikowany, pracochłonny i antymotywacyjny. Jaki jest sens naliczania składek na poziomie firmy i powielania tego w ZUS, przecież to absurd, strata czasu, energii i brak rozumu. Jaki to ma związek z emeryturą za np. 30 lat – żaden. CIT płacą nieliczni, głównie polskie firmy. Zarabiający kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie mają taką samą kwotę wolną od podatku jak zarabiający grosze. Jeśli ktoś zarabia dzisiaj poniżej 20 tysięcy złotych rocznie, nie powinien płacić żadnych podatków. Polscy parlamentarzyści, często milionerzy, mają kwotę wolną od podatku 20 tysięcy złotych i twierdzą, że dbają o interesy biednych. To perfidia i prymitywna obłuda. Proste i sprawiedliwe podatki można ustanowić w trakcie jednego posiedzenia Sejmu, potrzeba tylko dobrej woli. Tymczasem w Polsce wybrańcy Narodu nie mieli na to czasu i głowy przez 27 lat. Można powiedzieć za klasykiem: cóż, taki mieliśmy klimat, również biesiadowanie u „Sowy” i w innych miejscach nie sprzyjało myśleniu o Narodzie. Ważniejsze były deale, bezy, zegarki i cmentarne rozmowy. Niestety…

Czy jednolity podatek, co do którego decyzja ma zapaść do końca tego roku, to racjonalny pomysł?

– Jak najbardziej jest to racjonalne rozwiązanie, oczywiście przy założeniu, że będzie ono elementem całościowego systemu.

Pan już kilka lat temu przedstawił projekt likwidacji PIT, składek na ZUS oraz CIT. Na czym ta propozycja polega?

– Polska potrzebuje prostego systemu podatkowego, który można streścić w pięciu punktach. Pierwszy – likwidacja podatku dochodowego, tzw. CIT od osób prawnych oraz podatku dochodowego od osób fizycznych, tzw. PIT. Drugi – likwidacja prowadzonego przez ZUS systemu ubezpieczeń społecznych opartego na obowiązkowych składkach (emerytalnej, rentowej, chorobowej, wypadkowej, zdrowotnej, FP, FGŚW, FEP). Trzeci – wprowadzenie podatku społecznego,dla każdej formy umowy o pracę w wysokości np. 30 proc. od wynagrodzenia brutto oraz innych dochodów pracobiorców. Podatek płacony przez pracodawcę. W takiej samej wysokości podatek dla dochodów z tytułu dywidendy i innych dochodów osób fizycznych z kapitału. Czwarty – emerytura społeczna w przedziale od 25 proc. do 100-150 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia brutto. Utrzymywanie dotychczasowego systemu emerytalnego jest niemożliwe, chyba że przyjmiemy za 20 lat, za normalne, emerytury na poziomie 500 złotych. Dzisiaj emerytalne minimum to kwota ok. 1000 złotych. Jeśli przyjmiemy maksymalną emeryturę społeczną na poziomie np. 5000-6000 złotych, to jej beneficjenci też przeżyją. Osoby zarabiające przez wiele lat po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie i więcej są dodatkowo zabezpieczone na czas emerytury z tytułu posiadanego majątku, inwestycji w papiery wartościowe, nieruchomości, złoto, itd. Celem emerytury społecznej winno być zapewnienie minimum egzystencji najbiedniejszym oraz spłaszczenie systemu emerytalnego. Piąty punkt to wprowadzenie powszechnego podatku od przychodów ze sprzedaży ogółem dla wszystkich działających w Polsce podmiotów gospodarczych, krajowych i zagranicznych (osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, przedsiębiorstw, spółdzielni). W tym oczywiście dla banków, instytucji finansowych, sieci handlowych. Podatek w przedziale od 1 do 3 proc, zróżnicowany dla sfery produkcji, handlu i usług. Przydałby się jeszcze punkt szósty – likwidacja VAT-u, ale to jest już problem europejski. Dla normalnego człowieka najprostsze rozwiązanie to likwidacja VAT i wprowadzenie niskiego podatku obrotowego na sprzedawane przez różne podmioty towary, produkty i usługi. Być może Europa kiedyś zmądrzeje.

Rozwój to niejako słowo klucz rządu PiS. Jak przez ten rok faktycznie było z tym rozwojem?

– Rozwój to wzrost gospodarczy plus zmiany jakościowe. Wzrost oczywiście był. Natomiast rozwój potrzebuje przyspieszenia reformatorskich działań i ich logicznej, spójnej realizacji. Wymaga także dobrego kapitału społecznego. Do tego potrzebne są jeszcze kompetencje i uczciwość. Partyjno-rodzinna polityka zatrudnienia nie zawsze spełnia te kryteria, tym samym nie sprzyja rozwojowi. 

Kolejny rok rządów PiS ma być rokiem gospodarki. Czego się Pan spodziewa po tej zapowiedzi?

– Byłoby pięknie, gdyby te zapowiedzi stały się faktem. Są na to szanse. Przez 27 lat traciliśmy rokrocznie kilka procent potencjału rozwojowego ze względu na zaniechania, brak racjonalności i paserskie praktyki. Już najwyższy czas na rewitalizację umysłów i gospodarki. Na realny, a nie medialny patriotyzm gospodarczy.  Liczę też na więcej wolności gospodarczej i więcej sprawiedliwości podatkowej. A gdyby tak jeszcze instytucje i ludzie tzw. sytemu prawa podejmowali decyzje zgodnie z elementarnymi zasadami etyki i moralności, to być może za 20 lat Polacy będą mogli powiedzieć za naszym wieszczem narodowym; „O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju…”.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl