logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: / -

Pod takim kierownictwem UE daleko nie zajdzie

Wtorek, 29 listopada 2016 (05:00)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan zagroził UE, że otworzy granice dla migrantów. Mamy do czynienia z szantażem…?

– Z całą pewnością jest to szantaż. Zresztą prezydent Erdogan stosuje tę metodę już od ponad roku. Pamiętajmy o tym, że kazał sobie płacić miliardy euro za przyjęcie z wysp grackich kilkudziesięciu tysięcy nielegalnych imigrantów. Według mnie, wszystko wskazuje na to, iż od początku kryzysu migracyjnego w Europie w 2015 r. Ankara była jednym z podmiotów napędzających cały ten proceder.

Jak w tej sytuacji można oceniać decyzję Unii Europejskiej, która nie mając pomysłu, co zrobić z imigrantami, za pieniądze oddała sprawę w ręce Turcji. Czy to nie był błąd?

– Od początku było wiadomo, iż jest to rozwiązanie tymczasowe, na kilka miesięcy. Proszę zwrócić uwagę, że tylko w tym roku do Niemiec przybyły kolejne setki tysięcy nielegalnych imigrantów. Bezrefleksyjne podejście do tego tematu przez rządy wielu europejskich stolic same doprowadziły do stanu, w którym obecnie pospiesznie szukają one metod wstrzymania tego – jak się wydaje – niekończącego się zjawiska. Stąd nie tylko chcą płacić duże pieniądze, jak Francja, każdemu imigrantowi, który zdecyduje się powrócić do kraju swego pochodzenia, ale także przymusowo ich relokować, jak Finlandia. Myślę, iż obecnie Polska popełnia błąd, nie kontrolując w pełni imigrantów ekonomicznych z Ukrainy. Przypomnę, iż tylko w tym roku ukraińskie więzienia, na mocy amnestii, opuściło dziesiątki tysięcy kryminalistów.

Jeśli Turcja otworzy drzwi do Europy dla uchodźców, przed czym ostrzegł turecki premier Binali Yildirim, to jakie mogą być tego konsekwencje?

– Przy wzrastającej w Europie fali niechęci do imigrantów możemy mieć radykalizację postaw wyborczych w wielu państwach Unii Europejskiej. Ponadto mogą się nasilić napięcia społeczne na „ulicach” europejskich miast, a w konsekwencji fala zamachów terrorystycznych. 

Czy to realne…?

– Społeczeństwo europejskie coraz bardziej dostrzega oderwanie się ich elit od ich oczekiwań względem zachowania stabilności społecznej. W tej sytuacji nie wyobrażam już sobie fali uchodźców zmierzających do Europy przy bierności społeczeństw poszczególnych krajów, tak jak to miało miejsce jakiś czas temu.

Wracając do Erdogana – czy nie jest trochę tak, że Unia sama sobie „wychowała” tyrana czy dyktatora, a teraz, kiedy próbuje się zreflektować, spotyka się z ostrą ripostą?

– Tak, Europa wyznacza i stosuje ciągle różnorakie normy i standardy wobec różnych podmiotów politycznych. W Serbii demokrację wprowadzano za pomocą wojska i bombardowaniami miast, natomiast z Arabią Saudyjską się handluje i panują jak najlepsze stosunki. Przypomnijmy, iż ten kraj jest skrajnie niedemokratyczny i w dodatku fundamentalnie religijny, gdzie nie ma jakiejkolwiek tolerancji wobec odmienności. Współpraca z Turcją odbywała się w podobny sposób. Tego kraju nie dotyczyły standardy europejskie.

A może unijne elity zwyczajnie nie dorosły do funkcji, jakie piastują…?

– Według mnie, w znacznej części elity Unii Europejskiej są zdegenerowane politycznie. I tu tkwi problem.

Czy i jak UE może wybrnąć z tego szachu, w którym się znalazła?

– Trudno tu o proste recepty. Na pewno trzeba powrócić do źródeł cywilizacji zachodniej i do jej duchowości, do chrześcijańskich korzeni, z których wyrastamy. Także interesy Europy i jej obywateli powinny być ważniejsze od interesów nielegalnych zasiedleńców.

Jest jeszcze jedna kwestia, czy i na ile możliwe jest to, że Erdogan dogada się z Putinem i razem będą usiłować stawiać na baczność Wspólnotę Europejską?

– Erdogan i Putin mają strategicznie różne cele na Bliskim Wschodzie i w południowej Azji. Obecna przyjaźń jest tylko pewną symbiozą, a więc współpracą opartą na obopólnej korzyści i wyrazem ich taktyki politycznej. Jeżeli Stany Zjednoczone zmienią politykę w stosunku do Moskwy, to ta natychmiast odsunie się od Ankary.

Ostatnio media obiegła określana jako żartobliwa wypowiedź Władimira Putina, który uzupełniając odpowiedź jednego z chłopców na postawione przez siebie pytanie: gdzie kończą się granice Rosji…? stwierdził, że granice Rosji nigdzie się nie kończą. Czy to mimo wszystko nie oddaje wielkomocarstwowych zapędów Moskwy?

– Rosja pod względem powierzchni jest państwem kilkakrotnie większym od Europy. Dla przeciętnego dziecka to bezkresny kraj. Osobiście nie przywiązywałbym większej wagi do nagłaśnianej przez media rozmowy Putina z jakimś dzieckiem. Rosję przed dalszym imperializmem powstrzymuje demografia tego państwa. I to – jak sądzę – będzie w przyszłości podstawowy problem, z którym się będzie borykać, gdyż straty na tym polu będą istotnie osłabiać spoistość tego państwa.

W jakim celu Rosja gromadzi potężny arsenał najnowocześniejszej broni rakietowej w obwodzie kaliningradzkim?

– Te szybkie decyzje są pewną grą polityczną, jaką Rosja prowadzi z nową administracją Stanów Zjednoczonych. Rosjanie za wycofanie zgromadzonego arsenału z obwodu kaliningradzkiego będą żądać wycofania się Waszyngtonu z pewnych decyzji.

Odpowiedź NATO na zachowania Rosji jest bardzo wstrzemięźliwa, dyplomatyczna. Czy to wystarczy?

– A co NATO, poza Stanami Zjednoczonymi może zrobić? Kolejne sankcje, które już na nikim nie robią większego wrażenia, czy też rozmieszczenie kolejnych batalionów we wschodniej flance? Prawda jest taka, że Europa zaniedbała się pod względem technologii militarnych i utrzymania potencjału wojskowego, tym samym oddając pole. Putin, który jest cwanym graczem, skrzętnie ten fakt wykorzystuje.

To nie koniec wzmacniania rosyjskiego potencjału, ponieważ do końca 2019 r. Putin planuje ponaddwukrotne zwiększenie liczebności wojsk powietrznodesantowych do 75 tysięcy. Rosja straszy, ostrzega…?

– Rosja buduje siły interwencyjne. Jej aktywność na Morzu Śródziemnym pokazuje wyraźnie, iż będzie w przyszłości bardzo aktywna w tym rejonie i dlatego potrzeba jej wojsk, które mogą działać z dala od swoich granic. 

Czy i jaką przeciwwagą dla tego typu sił rosyjskich mogą być tworzone w Polsce Wojska Obrony Terytorialnej?

– Budowa Wojsk Obrony Terytorialnej to dobry kierunek, który powinien być kontynuowany. Jednakże podstawowym elementem jest na razie brak powszechności tych sił. Pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy tego typu wojsk jest niczym w stosunku do potrzeb. Liczba WOT w stosunku do potencjału demograficznego np. państw skandynawskich jest, co tu dużo mówić – żałosna. Niestety nie bierzemy przykładu także z własnych wcześniejszych doświadczeń. Przecież w Polsce mamy ponad pół miliona członków Ochotniczych Straży Pożarnych, którzy są umundurowani i mają sprzęt pod ręką. W razie potrzeby mogą się one mobilizować w ciągu kilku czy kilkunastu minut. Niestety wśród polityków mamy schematyczne myślenie, żeby nie powiedzieć, że to przerasta poziom percepcji wielu polityków i niektórych wojskowych.

Jak ocenia Pan rezolucję przyjętą przez Parlament Europejski dotyczącą zwalczania wrogiej propagandy ze strony Rosji?

– Jest to kolejna rezolucja, która tak naprawdę nic nie wnosi. W rosyjskich stacjach telewizyjnych często występują prominenci europejskiej i amerykańskiej polityki. Ostatnio dyplomata, były sekretarz stanu w administracjach prezydentów Richarda Nixona i Geralda Forda Henry Kissinger przyjął członkostwo w Rosyjskiej Akademii Nauk. Oczywiście wojna informacyjna trwa i wszystkie podmioty polityki międzynarodowej ją stosują od lat, ale działania jak te podejmowane przez Parlament Europejski w formie rezolucji, a więc na poziomie tylko pustych gestów, nie wystarczą, żeby skutecznie przeciwstawić się dobrze zorganizowanej propagandzie Moskwy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 29 listopada 2016 (10:02)

NaszDziennik.pl