logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Polska pozwala się wypierać przez Ukrainę

Wtorek, 23 maja 2017 (04:23)

Z dr. hab. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kanclerz Angela Merkel zapewniła prezydenta Ukrainy Petro Poroszenkę o dalszym zaangażowaniu Niemiec na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu w Donbasie. Skąd to nagłe – ponowne – zainteresowanie Berlina Ukrainą?

– Obecnie na Ukrainie mamy do czynienie z sytuacją, w której do większości społeczeństwa dotarło, że Donbasu nie można odzyskać siłowo, bo państwa na to nie stać zarówno finansowo, jak i militarnie. Z drugiej strony coraz gorzej wyglądają perspektywy gospodarcze Ukrainy. Następuje upadek kolejnych działów gospodarki, a na dodatek żaden poważny projekt „Jedwabnego szlaku” nie biegnie przez ten kraj. To, co również istotne, na 2018 r. są przewidziane projekty zniesienia ograniczeń na sprzedaż ziemi, a Ukraina posiada 40 proc. światowych zasobów czarnoziemów. A zatem jest się o co bić.

Przy stole w rozmowach o rozwiązaniu kryzysu miałyby zasiąść państwa tzw. Czwórki Normandzkiej: Niemcy, Francja, Rosja i Ukraina. Dla Polski nie ma miejsca…?

– O Polsce oczywiście się nadal nie mówi. Jedynie próbuje się namawiać Stany Zjednoczone do wsparcia formatu normandzkiego. Polska popełniła i nadal popełnia błędy na kierunku ukraińskim. Mianowicie Polska w ciemno popierała każdy ruch polityczny Kijowa, wobec powyższego, po co zapraszać do rozmów państwo prowadzące na tym kierunku satelicką politykę. Naszym celem powinna być budowa własnej podmiotowości i prowadzenie polskiej, a nie niemieckiej czy amerykańskiej polityki. Dopiero takie działanie, taka polityka pozwolą nam skuteczniej wpływać na kształt naszego międzynarodowego otoczenia, a to z kolei wzmocni naszą pozycję na arenie międzynarodowej.

Kijów już nie potrzebuje wsparcia Warszawy?

– Nie do końca. Ten proces nie jest jeszcze zakończony i stąd Polska jest wciąż potrzebna Ukrainie. Można zatem powiedzieć, że według Kijowa „murzyn” nadal ma robić swoje, a jednocześnie zajmować peryferyjną pozycję w tej politycznej i gospodarczej rozgrywce,, nie mając żadnego wpływu na ustalenia jakie zapadają przy negocjacyjnym stole.

Jesteśmy rzecznikiem Ukrainy, ale tak naprawdę nic z tego nie wynika dla Polski?

– Dokładnie. Wystarczy spojrzeć na poziom wymiany handlowej. Nie ulega wątpliwości, że Polska jest potężnym graczem na rynku drobiu Unii Europejskiej, a nasze mięso drobiowe było dotychczas najbardziej konkurencyjne. Tymczasem drób z Ukrainy, który coraz bardziej zalewa rynki unijne, może wyprzeć polskie produkty. Wystarczy wspomnieć, że tylko w ubiegłym roku Ukraina, która jeszcze trzy lata temu miała niemal zerowy udział w tym rynku, teraz jest trzecim co do wielkości eksporterem mięsa drobiowego do Europy spośród państw trzecich. Ukraina wyparła Polskę z pięciu procent rynku drobiu w Europie. Ponadto należy pamiętać, że eksport z Ukrainy ma otwarte drzwi do Unii, gdzie aż 54 proc. stanowi wwóz bezcłowy, 27 proc. import uprzywilejowany, a jedynie 19 proc. to import związany z pełną opłatą celną. Zniesiono cła na ukraińskie wyroby czekoladowe do Unii Europejskiej, tymczasem polscy przedsiębiorcy za eksport wyrobów czekoladowych na Ukrainę muszą je płacić. Oczywiście głównym beneficjentem tego rozwiązania jest prezydent tego kraju Petro Poroszenko, który jest monopolistą na rynku słodyczy i sprzedaje swoje wyroby pod marką Roshen. Ale to nie wszystkie przykłady faworyzowania Ukrainy, bo zapowiadane są dalsze kontyngenty eksportu bezcłowego zbóż z Ukrainy. Skutki tych działań będą katastrofalne dla polskich rolników. 

Dlaczego obecna władza, ale także poprzednie z uporem maniaka stają po stronie Ukrainy, skoro bilans właściwie w każdej dziedzinie jest dla nas niekorzystny. Może po prostu warto sobie odpuścić, skoro nawet sami ukraińscy intelektualiści mówią, że Ukrainie bardziej po drodze z Banderą niż z Polską?

– Poparcie Polski dla Ukrainy w ostatnich latach dowodzi braku realnej strategii państwa polskiego w stosunku do naszego wschodniego sąsiada. Od początku było przecież wiadomo, że Ukraina nie odzyska siłowo Donbasu, dla nikogo nie było też żadną tajemnicą, że państwem tym rządzą środowiska oligarchiczne, dla których na pierwszym miejscu hierarchii wartości jest ich pozycja biznesowa. W związku z tym Polska traci wpływ na przemysłowy wschód Ukrainy, nie ma też wpływu na środowiska oligarchiczne, których celem jest poszerzenie swojego imperium m.in. o polski rynek bez oddania czy też otwarcia własnego. W tej sytuacji pozostaje nam tylko zachodnia Ukraina, czyli środowisko nacjonalistów ukraińskich, których pozycja wpływów realnie będzie ograniczona do peryferii gospodarczych tego państwa. Osobiście jestem przeświadczony, iż w razie bankructwa państwa ukraińskiego większość oligarchów, z którymi obecnie flirtuje Polska, przejdzie na stronę Rosji. 

Może coś jednak jest w słowach prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera, który podczas niedawnej wizyty w Warszawie mówił, że „Polska to rdzeń Europy” i jako taka jest potrzebna, aby przezwyciężać obecne kryzysy?

– Już kilkakrotnie na łamach „Naszego Dziennika” mówiłem, iż dla Zachodu wschodnia Ukraina jest stracona, a dla Rosji stracona jest zachodnia Ukraina. W związku z tym gra idzie o wpływy w środkowej Ukrainie i Polska jest potrzebna Zachodowi do tej rozgrywki. 

Jakie mogą być przyczyny odwołania niedzielnej wizyty szefa niemieckiej dyplomacji Sigmara Gabriela w Warszawie i przełożenie jej z powodu „nieprzewidywalnych okoliczności”. Jest tu jakieś drugie dno…?

– Na Ukrainie następuje zaostrzenie sytuacji. Z jednej strony szef sztabu armii Ukrainy deklaruje w mediach, że państwo to rezygnuje z siłowego odzyskania Donbasu, co z kolei wywoła bunt środowisk nacjonalistycznych, a z drugiej strony rząd Ukrainy blokuje media społecznościowe, aby sparaliżować jakiekolwiek masowe protesty. Okazuje się, iż trzy lata konfliktu w Donbasie to jedno wielkie pasmo klęsk nie tyle militarnych, co ekonomicznych. Obawiam się, iż szykuje się w tym państwie przesilenie, a Niemcy potrzebują resetu relacji z Rosją. I tu jest problem. 

W jakim celu podejmowane są próby zbudowania nowego porozumienia, skoro nie są realizowane wcześniejsze z Mińska. Czemu ma służyć ta gra pozorów?

– Porozumienia z Mińska były od początku taktyczna grą z obu stron. Teraz okazuje się, iż stają się jedyną platformą możliwego porozumienia. Zapisy tych porozumień z Mińska generalnie są obecnie na korzyść separatystów, ale nic innego nie da się wynegocjować, więc Paryż, Waszyngton i Berlin nie mają innego wyjścia, stąd muszą iść w kierunku realizacji ustaleń mińskich.

Szef dyplomacji Niemiec po niedawnej wizycie w Waszyngtonie wyraził nadzieję na włączenie się Stanów Zjednoczonych w poszukiwanie rozwiązania dla Ukrainy. Jaki interes mogą mieć Amerykanie w angażowaniu się w sprawy Kijowa?

– Stany Zjednoczone będą działać w kierunku utrzymania proamerykańskich władz w Kijowie, nawet kosztem interesów Ukrainy. I to jest normalne, bo państwo ukraińskie jest tylko elementem gry światowej polityki, a nie jej celem strategicznym.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 30 października 2017 (14:10)

NaszDziennik.pl