logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Polska nie będzie wasalem Berlina i Paryża

Niedziela, 25 czerwca 2017 (12:52)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

W wywiadzie przed szczytem Rady Europejskiej w Brukseli prezydent Emmanuel Macron stwierdził, że Polska i Węgry zdradziły Europę, godząc w jej zasady, odwracając się do Unii plecami, traktując ją cynicznie jak supermarket, z którego bierze się tylko kredyty. Polska zdradziła Europę czy może jest na odwrót?

– Jeśli odwołać się do czasu II wojny światowej, to należałoby powiedzieć o zdradzie Francji, szczególnie jeśli chodzi o rok 1939. Wtedy Paryż zachował się w sposób co najmniej dziwny, jeśli weźmiemy pod uwagę wojnę na zachodzie. Tak czy inaczej ocenę tych historycznych wydarzeń pozostawmy historii, a skupmy się może na czasach mniej odległych, kiedy polityka francuska jasno zdefiniowała pozycję krajów środkowoeuropejskich. Dowodem tego były słowa prezydenta Jacques'a Chiraca, który w 2003 r. ostro skrytykował kraje wówczas kandydujące do Unii Europejskiej, w tym Polskę, za poparcie twardej polityki Stanów Zjednoczonych wobec Iraku. Wtedy padły publicznie wypowiedziane słowa „zmarnowali okazję, żeby siedzieć cicho”. Tak prezydent Chirac określił zachowanie Polski, Czech i Węgier. Nawiasem mówiąc – prezydent Francji zastosował inną miarę wobec państw kandydujących, a inną wobec państw członkowskich, które podpisały tzw. list ośmiu.

A dzisiaj?

– Dzisiaj jest podobnie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę kwestie istotne, które się rozgrywają na arenie europejskiej, czy to w przestrzeni migracji, czy w przestrzeni gospodarczej. Paryż wychodzi z założenia, że inne kraje powinny zajmować taką samą postawę. Czyli nawet jeśli we Francji od półtora roku obowiązuje stan wyjątkowy, który jest skutkiem błędnej wieloletniej polityki migracyjnej, to m.in. Polska ma siedzieć cicho, przyjmując to jako fakt dokonany, zamiast Francja się zreflektować i zmienić swoje podejście do tych kwestii. Podobnie jest w sprawach gospodarczych – jeśli Francja ma problemy w tym zakresie, bo nie może handlować z Rosją na takim poziomie jak to bywało wcześniej, to Polska ma obowiązek kupić śmigłowce caracal – nawet znacznie przepłacając – żeby tylko interes i gospodarka francuska nie doznały uszczerbku. Natomiast jeśli Polska nie chce się zgodzić na taki dyktat, nie akceptując również bezrefleksyjnej polityki migracyjnej Paryża, to robi się szum i posądzanie o zdradę. Polska czy Węgry – według unijnych elit oraz polityków francuskich czy niemieckich – miały być chłopcem do bicia czy wręcz wasalem, który ewentualnie może stanowić dla tych państw rynek zbytu lub wykonywać proste polecenia chociażby w kwestii przymusowej relokacji imigrantów muzułmańskich. Ale ci zachodni „dyktatorzy” zapominają, że Unia to wspólnota wolnych, suwerennych państw narodowych. Nic zatem dziwnego, że Polska i nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej budujemy swoją podmiotowość polityczną i zacieśniamy współpracę między sobą.

To nie pierwsze połajanki w końcu młodego wiekiem i stażem politycznym Macrona wobec Polski…

– Emmanuel Macron jest – owszem – młodym człowiekiem i politykiem, ale jednocześnie jest produktem politycznym pewnej układanki francuskiego establishmentu. I jako taki nic innego nie robi niż prezentuje to, co ten establishment o nas myśli i jak nas traktuje. Te sfery nie są w stanie na razie wyobrazić sobie relacji z nami jak tylko za pośrednictwem czy przez pryzmat „Targowicy”. Jak bowiem inaczej określić podejście, kiedy z uzasadnionych powodów nie godzimy się na dyktat i niekorzystne rozwiązania – jak wspomniane przeze mnie caracale, to wówczas mamy do czynienia z połajankami. Nie należy się nimi specjalnie przejmować, aczkolwiek projekty, które Francuzi wraz z Niemcami próbują realizować, mogą mieć poważne konsekwencje.

W piątek doszło do spotkania premier Beaty Szydło i szefów rządów państw Grupy Wyszehradzkiej z prezydentem Francji. I choć po ich zakończeniu pojawił się umiarkowany optymizm, jeśli chodzi o przyszłą współpracę Polski i Francji, to czy i na ile realna jest reaktywacja Trójkąta Weimarskiego, o co zabiega prezydent Andrzej Duda?

– Warto się zastanowić, czy mówimy o kwestiach symbolicznych czy realnych. Jeśli mówimy o realiach, to kluczową sprawą będzie tu stanowisko Niemiec, które na razie przyłączają się do głosu Emmanuela Macrona i chcą budować superpaństwo europejskie poprzez przyspieszenie i rozprzestrzenienie strefy euro. Jednocześnie mają na celu tworzenie wspólnej polityki fiskalnej, czyli realnego rządu gospodarczego w Europie. I w tej płaszczyźnie Polska się nie mieści, bo ma zupełnie inną wizję. Oczywiście trzeba sobie zdobyć odpowiednią podmiotową pozycję i wydaje się, że taką szansą – jedną z wielu – ustawioną w pewnym ciągu zdarzeń jest dla nas Szczyt Trójmorza 6 lipca w Polsce i przyjazd do Warszawy prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Określiłbym to jako wprowadzenie pewnego czynnika zachodniego – inaczej, z pewnym dystansem patrzącego na główne problemy współczesnej Europy. W ogniu wydarzeń na geopolitycznej scenie trzeba się szanować i – jak wcześniej wspomniałem – budować swoją podmiotową siłę, cementować Grupę Wyszehradzką, a dopiero wtedy będzie można mówić o Trójkącie Weimarskim, ale – jak sądzę – jest to pieśń przyszłości. Oczywiście nie mam na myśli kurtuazji, bo takie kurtuazyjne gesty bez większych realnych konsekwencji mogą się zdarzyć, ale tu chodzi o realną, wymierną współpracę trzech państw. Polska w tym gronie mogłaby na tym forum z powodzeniem prezentować realne interesy krajów Europy Środkowej.

Wspomniał Pan, że jeśli chodzi o współpracę w ramach Trójkąta Weimarskiego, wiele zależeć będzie tu nie tylko od Francji, ale także od Niemiec. Kto zatem rozdaje karty: czy niedoświadczony Emmanuel Macron, czy „stara wyjadaczka” Angela Merkel?

– Znamienne jest to, że nowo wybrany prezydent Francji Emmanuel Macron dzień po objęciu władzy udaje się do Berlina, niejako szukając u kanclerz Merkel jeśli nie macierzyńskiej, to siostrzanej opieki czy też patronki nad sobą i swoją prezydenturą. Macron doskonale zdaje sobie sprawę, że napięcia polityczne we Francji mimo jego sukcesu wyborczego – zarówno jeśli chodzi o wybory prezydenckie, jak i o wybory parlamentarne – są iluzoryczne. Jest to skutek niskiej jak na Francję frekwencji wyborczej, ale świadczy to o ogromnym zniechęceniu społeczeństwa francuskiego, czego efektem są napięcia, jakie ciągle tam występują. Francuzi nie są gotowi na trudne reformy gospodarcze, dlatego Macron szuka czynnika siły, jakim są Niemcy przy potężnych nadwyżkach handlowych i finansowych, ażeby narzucić całej Unii strefę euro, na czym oczywiście zyskają tylko wielkie kraje – głównie zaś Niemcy. Chodzi mu o to, żeby kanclerz Angela Merkel zgodziła się na transfer unijnych finansów w kierunku Francji, żeby tamtejszy anachroniczny system, mocno obciążony podatkowo, przesadzony jeśli weźmiemy pod uwagę wydatki socjalne, mógł się nadal kręcić. Szuka zatem obszarów, które można by wykorzystać finansowo i gospodarczo.

Jednym z tematów szczytu Rady Europejskiej była polityka migracyjna, co do której decyzje zawieszono do października. Tymczasem Grzegorz Schetyna zaproponował: jeśli rząd nie chce przyjmować do Polski imigrantów muzułmańskich, niech samorządy, w których władzę sprawuje Platforma, podejmą się tego zadania. Pierwszy miałby być Poznań…

– Jeśli ten „projekt” Grzegorza Schetyny będzie nadal forsowany, to z dużym prawdopodobieństwem należy przypuszczać, że wybory samorządowe w 2018 r. Platforma może odfajkować jako przegrane. Prawda jest taka, że nawet w miastach, które wskazuje dzisiaj szef Platformy, przyjęcie imigrantów muzułmańskich jest nie do zaakceptowania przez społeczeństwo. Takie są fakty.

Skoro ponad 70 proc. Polaków jest przeciwnych przyjmowaniu imigrantów muzułmańskich, to czy Schetyna taką propozycją nie strzela sobie „samobója”?

– Sądzę, że przewodniczący Schetyna usilnie próbuje przypodobać się – zresztą na wyścigi z innymi politykami lewicowo-liberalnymi – establishmentowi unijnemu, licząc na poparcie. Tymczasem w obozie opozycji liberalnej trwa wewnętrzna wojna, wciąż bowiem nie ma rozstrzygniętego sporu, kto jest realnym liderem, co powoduje, że w stosunku do Zachodu i unijnych salonów dominuje mentalność lekko wasalistyczna. Trudno się zatem dziwić, że w tym parciu o prymat w opozycji i uznanie Brukseli pojawiają się takie pomysły, jak chociażby ten prezentowany przez Grzegorza Schetynę. Z całą pewnością nie świadczy to o sile, ale raczej o bezsilności i braku pomysłu na funkcjonowanie w polityce.

Czy to może oznaczać, że Schetyna rezygnuje z polskiej polityki i wzorem Tuska chce wyrobić sobie chody, a w konsekwencji ciepłą posadkę w unijnej biurokracji?

– Sądzę, że Grzegorz Schetyna mimo chęci nie ma na razie takich szans. Natomiast wydaje mu się, że kluczem do ewentualnej kariery politycznej na polskim gruncie jest poparcie nie w Polsce, ale ze strony Unii. Proszę zwrócić uwagę, że spora część przestrzeni medialnej w Polsce jest w rękach zachodnich koncernów, a zatem związanych z zagranicą. Są też różne naciski i oczekiwania, które płyną stamtąd, a Grzegorz Schetyna jako oddany tym gremiom polityk, żeby zrobić karierę w Polsce, próbuje szukać wsparcia właśnie za granicą. Myślę jednak, że diagnoza obecnego szefa Platformy i podejmowane przez niego działania w tym zakresie są błędne. Polacy już tego nie kupią. 

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl