logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

To nic innego jak szkodzenie Polsce

Środa, 5 lipca 2017 (12:17)

Z Krzysztofem Wyszkowskim, współtwórcą i byłym działaczem Wolnych Związków Zawodowych, doradcą premierów Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego, członkiem Kolegium IPN, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Były prezydent Lech Wałęsa zapowiedział 10 lipca udział w kontrmanifestacji zakłócającej miesięcznicę smoleńską. Spodziewał się Pan prowokacji ze strony laureata Pokojowej Nagrody Nobla?

– Bez wątpienia jest to prowokacja ze strony Lecha Wałęsy – człowieka, któremu w zasadzie nie pozostaje już nic innego. Ten człowiek musi czuć piętno, musi mieć świadomość, że został odrzucony i w tej sytuacji rozpaczliwie szuka jakiegoś wsparcia w tym swoim osamotnieniu. Wiedząc, że w kraju tego wsparcia już nie otrzyma, nerwowo szuka ratunku za granicą.

Na czyje wsparcie może liczyć?

– Sądzę, że może pójść w narrację, że dzisiejsza Polska jest putinowska, a Jarosław Kaczyński to taki polski Władimir Putin. On natomiast chętnie obsadziłby się w roli rzekomego działacza wolnościowego walczącego z tyranem. I taką – jak sądzę – wizję Wałęsa będzie chciał prezentować na Zachodzie. Wiedząc, że część liberalnych środowisk zachodnich zajmuje krytyczne stanowisko wobec obecnego rządu w Polsce, będzie się starał to wykorzystać i przenieść spór na poziom międzynarodowy. Takie działanie trudno nazwać inaczej niż szkodzeniem Polsce, ale dla Wałęsy Polska się nie liczy. Dla niego ważny jest tylko własny interes i jego cele, w których osiągnięciu ma mu pomóc Zachód. Tak sobie wyobrażam przebiegłą taktykę Lecha Wałęsy.    

„Ulica i zagranica”…

– Dokładnie. W dotarciu do „Ulicy i zagranicy” pomogą mu z pewnością relacje zaprzyjaźnionych mediów, być może fotoreporterzy zrobią jakieś zdjęcie, które za granicą posłuży do udowodnienia tezy, jak to obecne polskie władze nękają „wielkiego” Lecha Wałęsę.

Władysław Frasyniuk ma wspierać Lecha Wałęsę 10 lipca…

– Co by nie powiedzieć, to dwaj godni siebie partnerzy. Jeśli do tego dodamy płk. Adama Mazgułę, który ostatnio też jest stałym bywalcem antyrządowych manifestacji, to można powiedzieć, że główne role aktorów tego wydarzenia będą obsadzone.

Czym jest nawoływanie Wałęsy do buntu przeciw demokratycznie wybranej władzy?

– Określiłbym to pewną formą palikotyzmu. Oczywiście nie spodziewam się, że Lech Wałęsa z Matką Bożą w klapie wzorem Palikota wyciągnie dobrze nam znany atrybut, ale w istocie jego zachowanie, jeśli chodzi o formę, jest bardzo podobne do zachowania wspomnianego skandalisty wywodzącego się z Platformy. Wałęsa przy wsparciu określonych środowisk tak czy inaczej będzie się starał epatować społeczeństwo wymyślonymi akcjami, nieprawdopodobnymi scenariuszami, że oto jest prześladowany – podobnie jak robił to Palikot, twierdząc, że jest inwigilowany przez służby itd. Jest to nic innego jak próba chwytania się przez Wałęsę wszelkich środków, które nakreślą jego obraz jako człowieka prześladowanego. W ten sposób wszystkie nowe informacje o jego niesławnej przeszłości mają zostać przykryte. Krótko mówiąc, zaakcentowana ma być nie prawda o Lechu Wałęsie jako komunistycznym agencie, ale na plan pierwszy ma się wysunąć obraz bohatera prześladowanego przez reżim Jarosława Kaczyńskiego.        

Zaapelował Pan do Wałęsy, aby zamilkł i nie szkodził Polsce. Liczy Pan na jakąś refleksję, opamiętanie z jego strony?

– Wałęsa, co by o nim nie powiedzieć, jednak chodzi w niedzielę do kościoła. Liczę, że któregoś dnia może ksiądz proboszcz, może metropolita gdański wpłyną jakoś na niego. Liczę też, że może w ludzkim odruchu się opamięta, może jakiś przypadek czy zrządzenie Opatrzności sprawi, że choć na chwilę otrzeźwieje i sumienie pozwoli mu stanąć w prawdzie. Myślę, że jest to też rola dla jego rodziny: żony, dzieci, wnuków, którzy powinni mu pomóc rozliczyć się ze swoją przeszłością. Brnąc w kłamstwie, Lech Wałęsa sam siebie poniża, a przy okazji upokarza swoich najbliższych, którzy – chcąc nie chcąc – zostali uwikłani w to jego kłamstwo.

Skoro dotykamy kwestii rozliczeń czy podsumowań, to co Pana zdaniem pozostawi po sobie Lech Wałęsa, i to nie tylko w odniesieniu do rodziny, ale co pozostawi Polsce?

– Myślę, że osobą najbardziej przerażoną perspektywą, którą pan redaktor nakreślił w tym pytaniu, jest sam Lech Wałęsa. Jego sytuacja wygląda przecież coraz gorzej. Jaruzelski przynajmniej usunął się z życia politycznego w 1990 r., dając tym samym miejsce Wałęsie, a sam tylko od czasu do czasu pojawiał się publicznie, głównie na procesach sądowych, dbając, aby na resztę życia nie trafić do więzienia. Z kolei Wałęsa nie potrafi zejść ze sceny i choć ze względu na ujawniane fakty ze swej agenturalnej przeszłości coraz trudniej jest mu się pokazać na otwartych spotkaniach, bo krytyka czy wręcz antypatia pod jego adresem jest coraz ostrzej wyrażana, to „parcie na szkło” jest u niego wciąż duże. Myślę, że dla Wałęsy, który przez lata doznawał oznak czasem wręcz uwielbienia, dzisiejszy upadek jest trudny do zaakceptowania i pogodzenia się z faktami. Dlatego zwyczajnie, po ludzku zwróciłem się do niego z prośbą, żeby się opamiętał.

Liczy Pan na refleksję ze strony Lecha Wałęsy?

– Nie sądzę, żeby Wałęsę było stać na przyznanie się do swojej przeszłości, bo stając w prawdzie, musiałby powiedzieć: dlaczego godził się na to, żeby Polska pozostała w rosyjskiej strefie wpływów; dlaczego podejmował działania, żeby Polska nie stała się częścią świata zachodniego. To są sprawy, które stawiają Lecha Wałęsę w rzędzie historycznych zdrajców, i dlatego tym bardziej powinien się z tych zarzutów wytłumaczyć. Pytanie tylko jak… Przecież już samo postawienie problemu w ten sposób jest dla niego przerażające. Tłumaczenie się z oskarżenia o zdradę to jest coś, co trudno byłoby wytrzymać każdemu człowiekowi. I Wałęsa tego nie wytrzymuje i dlatego miota się, krzycząc, że nigdy nie był „Bolkiem”, że to on wodził za nos bezpiekę, KGB. Tyle tylko, że jest to wizja wariata. Można postawić pytanie: Jakie w tej sytuacji ma inne wyjście? Obawiam się, że to wszystko sprawia, że Lech Wałęsa nie stanie w prawdzie, chyba że rodzina go do tego zmusi bądź może jakiś inny czynnik, przypadek losowy zdecyduje, że zmieni swoje podejście do przeszłości.

IPN potwierdził, że dokumenty z teczki Lecha Wałęsy, m.in. zobowiązanie do współpracy, donosy czy pokwitowania odbioru pieniędzy, są autentyczne. Pan nie miał wątpliwości już od dawna. Kiedy nabrał Pan przekonania, że Wałęsa to „Bolek”?

– To nie do końca jest tak, że ja nie miałem wątpliwości co do agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy. Jednak pewności nabrałem dopiero po ujawnieniu listy Macierewicza. Wcześniej, bez dowodów sądziłem, że jest to pomyłka.

Choć nie ma już wątpliwości, że dokumentacja dotycząca Lecha Wałęsy jest autentyczna, to sam zainteresowany idzie w zaparte, twierdząc, że „Bolek” to nie on. Dlaczego tak trudno mu się zmierzyć z własną przeszłością?

– W różnych okresach Wałęsa miał różne podejście do tej kwestii. Odnoszę wrażenie, że zaangażowanie Wałęsy we współpracę z komunistami było głębsze, niż wiemy dzisiaj. Co więcej, on sam zdaje sobie z tego sprawę, dlatego obawia się, że mówiąc A, uruchomieni całą sekwencję zdarzeń, lawinę z kolejnymi faktami, która ruszy po ujawnieniu przez niego pewnych obciążających go okoliczności. Dodatkowo w ostatnim czasie pojawiły się perspektywy rozciągnięcia tego alfabetu agenturalnej przeszłości do takich rozmiarów, których nawet on sam nie przewidział.

Co ma Pan na myśli?

– W ostatnim czasie wysoki funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, który w tamtych czasach był bezpośrednio związany z Lechem Wałęsą, stwierdził – i mam nagraną tę jego wypowiedź – że wszystko wskazuje na to, iż Lech Wałęsa był prowadzony przez specjalną strukturę SB, którą tworzyli funkcjonariusze pracujący dla radzieckiego KGB. I stąd zakres agenturalnej współpracy Lecha Wałęsy ze służbami PRL wykraczał daleko poza szpiclowanie w latach 70. Była to zatem współpraca na poziomie politycznym, i to ze służbami państwa okupacyjnego, jakim bez wątpienia był ZSRS.

To chyba nie przysporzy Panu sympatii Lecha Wałęsy. Zresztą już od dawna jest Pan na jego czarnej liście. Ileż to już procesów wytoczył Panu były prezydent?

– Na czarnej liście Wałęsy znalazłem się już w momencie, kiedy odmówiłem pracy w Kancelarii Prezydenta po wygranych przez Lecha Wałęsę wyborach prezydenckich. Zresztą to ja namówiłem Wałęsę do startu w wyborach w 1990 r. i do obalenia Jaruzelskiego, bo o to mi chodziło. Byłem też członkiem jego sztabu wyborczego. Wymyśliłem hasło wyborcze: „Wałęsa – Tak!”. W ten sposób jestem współwinny tego nieszczęścia, jakim stała się ostatecznie jego prezydentura, prezydentura człowieka, który oszukał Naród. Tak czy inaczej chciałem zerwać i de facto zerwałem współpracę z Wałęsą, nie przyjmując jego propozycji współpracy w kancelarii prezydenckiej. Wtedy Lech Wałęsa uznał mnie za przeciwnika. To się jeszcze bardziej spotęgowało w 1992 r., kiedy zostałem doradcą premiera Jana Olszewskiego, bo wówczas Wałęsa poszedł jeszcze dalej, uznając mnie za wroga. Wtedy otrzymałem informację z Belwederu, że Wałęsa miał listę swoich głównych wrogów i przez długi czas na tej liście zmieniałem się pierwszą pozycją z Jarosławem Kaczyńskim.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl