logo
logo

PRAWO

Zdjęcie: SwiatRolnika.tv/ Licencja: CC BY-SA 4.0/ -

To byli ekoterroryści

Środa, 27 września 2017 (02:18)

Hodowca zwierząt futerkowych wygrał proces cywilny z niemieckimi ekologami za nazwanie ich ekoterrorystami.

 

Proces przed warszawskim sądem trwał ponad 2,5 roku i dotyczył wydarzeń z 2014 roku. Wtedy to niemieccy aktywiści organizacji ekologicznych pod osłoną nocy zaatakowali w Polsce jedną z ferm hodowlanych, otworzyli klatki i zniszczyli część ogrodzenia, umożliwiając ucieczkę norkom. Szczepan Wójcik, prezes Fundacji Wsparcia Rolnika Polska Ziemia i hodowca norek, nie krył wzburzenia na takie działania, a lewackich aktywistów nazwał „ekoterrorystami”. Ci wytoczyli mu proces o zniesławienie, ale sąd uznał, że Szczepan Wójcik nie popełnił przestępstwa, i go uniewinnił.

– Mam satysfakcję z tego orzeczenia – nie kryje Wójcik w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”. – To nie był bowiem pokojowy protest przeciwko hodowli zwierząt futerkowych, ale doszło do włamania na teren fermy i zniszczenia klatek i ogrodzenia, co poświadczyła policja i inspektor weterynarii. I dlatego użyłem sformułowania „ekoterroryści” – wyjaśnia hodowca. Jak zapewnia, nie ma nic przeciwko pokojowym protestom przeciwników hodowli zwierząt futerkowych, ale do takich działań nie należy niszczenie czyjejś własności.

Zdaniem hodowcy, działania niemieckich aktywistów miały inny cel niż wyrażenie protestu. Napastnikom towarzyszyli bowiem dziennikarze zza Odry i atak na fermę miał udowodnić tezę podnoszoną często przez organizacje ekologiczne, że warunki trzymania zwierząt w Polsce są fatalne, że klatki są ciasne, zwierzęta cierpią w nich katusze, bo są źle odżywione, chorują i często uciekają ze źle ogrodzonych ferm. – Potem pojawiły się relacje w niemieckich mediach ilustrowane zdjęciami wówczas zrobionymi. Była to jawna manipulacja, mająca zdyskredytować polskich hodowców zwierząt futerkowych – podkreśla Szczepan Wójcik.

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Krzysztof Losz

Nasz Dziennik