logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Polska nie pasuje do utopijnej wizji UE

Czwartek, 5 października 2017 (21:22)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II i w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu,  rozmawia Mariusz Kamieniecki

Podczas gdy Hiszpania pogrąża się w chaosie, Komisja Europejska spokojnie wychodzi z założenia, że są to sprawy wewnętrzne tego państwa, natomiast atakuje Polskę. Jak rozumieć te unijne standardy?

– Można to zrozumieć tylko przez pryzmat pozycji, jaką w zbiurokratyzowanej Unii Europejskiej ma Hiszpania, a jaką zajmuje Polska. Teza wmawiana Polakom – przez jeszcze do niedawną rządzącą w kraju koalicję PO – PSL – że Polska ma doskonałą pozycję, ponieważ Donald Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej, bankrutuje na naszych oczach. Tusk został szefem RE nie dlatego, że Polska miała tak wysoką pozycję czy poważanie w Europie, ale nade wszystko ze względu na to, że jako premier polskiego rządu był bezwzględnie posłuszny i powolny woli kanclerz Angeli Merkel i decyzjom Brukseli. Natomiast dzisiaj, kiedy zmieniły się rządy w Polsce, kiedy mamy sytuację, że Polska, Węgry czy inne państwa środkowoeuropejskie próbują się wybić na podmiotowość w UE, to są atakowane. Jeśli zaś chodzi o Hiszpanię, to ma ona korzystniejszą od nas – wypracowaną wcześniej – uprzywilejowaną pozycję, w związku z czym nie wolno jej atakować. Jak wiemy, są takie kraje jak Francja czy Niemcy, które decydują o kierunkach Unii, narzucają je pozostałym członkom Wspólnoty, którzy mają realizować wolę silniejszych. To pokazuje pewną obowiązującą hierarchię. Oczywiście dużo się mówi na temat demokracji, równości, solidarności państw itd., ale niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością.

Obowiązkiem każdego rządu jest podtrzymanie praworządności i czasem wymaga to proporcjonalnego użycia siły” – to słowa wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa wypowiedziane w trakcie debaty w Parlamencie Europejskim na temat zajść podczas niedzielnego referendum w Katalonii…

– Dotykamy tu kwestii, o której analitycy w pogłębionych ocenach mówili – na dobrą sprawę – od zawsze. Za poprzedniej władzy mieliśmy mocno przypudrowany wizerunek Unii przy jednoczesnej zgodzie polskiego rządu na wszystko, co Bruksela zadecyduje. W związku z tym – w dużej mierze także za pomocą mediów przychylnych ówczesnej władzy – nie było widać istniejących dysproporcji i uległości. Spolegliwość rządu Platformy i PSL sprawiała, że ten czy ów polityk z tego obozu w nagrodę otrzymywał takie czy inne intratne stanowisko w unijnych agendach, ale Polska jako państwo nic albo bardzo niewiele na tym zyskiwała. I teraz, kiedy mamy nowy rząd, który zaczyna realizować narodową, suwerenną politykę, to pojawia się mocny sprzeciw.

Czy sytuacja w Katalonii nie jest przejawem kryzysu, który trawi UE, kryzysu, który elity brukselskie same wygenerowały?

– Kryzys, i to coraz bardziej widoczny, jest efektem błędnej, fałszywej koncepcji. Osłabiano państwa narodowe, jednocześnie wspierając różne regionalizmy, a to spowodowało, że tu i ówdzie pojawiły się separatyzmy. Po drugie, mamy do czynienia z ideą Europy i zarazem ideą poszczególnych państw, która mieści się w lewicowym schemacie, a to z kolei ma się nijak do klasycznej tradycji chrześcijańskiej, która stała u podstaw Europy i powstałej w umysłach ojców założycieli wizji UE. Dla przykładu Hiszpania i ukształtowany tam – obowiązujący przez wielki – model jedności był oparty na tzw. modelu monarchii katolickiej, a więc pewnej misji cywilizacyjnej obowiązującej w cywilizowanym świecie. Niestety dzisiejsza Hiszpania to kraj potężnie zrewolucjonizowany i elementy, które łączyły go przez wieki i scalały, dzisiaj już łączą. Natomiast tym, co dodatkowo dzieli, jest czynnik ekonomiczny istotny w zmaterializowanym społeczeństwie. I jeśli się bliżej przyjrzeć, to bogata Katalonia jest o wiele bardziej zamożna od innych regionów Hiszpanii i stąd pytanie: czy i dlaczego ma płacić i utrzymywać inne części kraju? W związku z tym ten motyw powoduje, że mamy do czynienia z powolnym rozkładem państwa. I jeśli Bruksela uważała, że uda się jej stworzyć bez konsekwencji coś w rodzaju ponadnarodowego superpaństwa, to widać, że się wyraźnie przeliczyła. Życie pokazuje, że jest to chora wizja i błąd brukselskich elit, czego owoce dzisiaj zbieramy.           

Unia sama sobie nie stworzyła problemu, forsując politykę w gruncie rzeczy podziałów wewnątrz Wspólnoty, nad której efektami nie panuje?    

– Bruksela nie panuje nad wieloma rzeczami. Ale u źródeł tych wszystkich problemów są Niemcy i Francja, a więc cały ten układ państw dominujących. Elity brukselskie, widząc, że ta nieprzystająca do rzeczywistości wizja się sypie, próbują pewną retoryką przesłaniać coraz bardziej pogłębiający się kryzys. Separatyzm zresztą, nie tylko kataloński, jest zatem do pewnego stopnia pochodną regionalistycznej polityki UE, polityki, gdzie państwa narodowe nie są wzmacniane, ale spychane na margines. Mamy więc osłabianie państw narodowych, a w zamian za to forsowane są regionalizmy, a to wszystko w imię tworzenia scentralizowanej Europy ze „stolicą” Brukselą. W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że takie, a nie inne są skutki tych działań. Dzisiaj, kiedy mamy Brexit, kiedy pojawiają się inne problemy, jak kryzys migracyjny i związane z tym zagrożenie bezpieczeństwa – Unia, zamiast starać się rozwiązywać te kwestie, ucieka od rzeczywistych problemów, wprowadzając do dyskusji inne, zastępcze tematy. Wypowiedzi wiceprzewodniczącego Timmermansa, który ogranicza się tylko do wezwania do spokoju w Hiszpanii, pokazują, że na unijnych szczytach mamy do czynienia z czystą grą interesów, a kwestia wartości, zasad dla tego typu polityków nie ma żadnego znaczenia.

Czy taka wypowiedź Fransa Timmermansa, który, jak widzimy, stosuje różne standardy, może i powinna być wykorzystana przez polskie władze w dyskusji z KE?

– Bez wątpienia należy to wykorzystać precyzyjnie i bezwzględnie. Nie wykluczałbym także scenariusza, że KE, śledząc wydarzenia z Hiszpanii i widząc problemy, jakie tam się pojawiają, przystopuje, a przynajmniej – także z powodu formowania się władzy w Niemczech – odroczy w czasie ataki na Polskę. Polski rząd powinien wykorzystać całą tę sytuację, pokazując podwójne standardy i hipokryzję unijnych polityków.

Politycy tzw. totalnej opozycji wciąż jeżdżą do Brukseli. Efekt widać chociażby po tym, że frakcja europejskich liberałów w Parlamencie Europejskim złożyła kolejny wniosek o debatę na temat praworządności w Polsce?

– Moim zdaniem, należy wykpić tego typu działania i inicjatywę jak by nie było lewicowych unijnych polityków. Jeśli bowiem w Polsce nie ma praworządności, to jak określić to, co się dzieje w Hiszpanii? Natomiast nie przeceniałbym mocy sprawczych liberalnych „pielgrzymów” do Brukseli. Bardziej widziałbym ich jako narzędzie używane przez brukselskich cwanych graczy, którzy chcą spacyfikować Polskę, a w związku z tym, że potrzebują do tego alibi, to wykorzystują w cyniczny sposób tzw. opozycję totalną, aby usprawiedliwić swoje działania – często bezprawne, a czasem też bezczelne. Politycy Platformy i Nowoczesnej, udając się do Brukseli i żebrząc o ingerencję w sprawie rzekomo łamanej demokracji w Polsce, tylko dostarczają paliwa do ataków na nasz kraj. Owszem, są głosy, że politycy tzw. totalnej opozycji mają pewną moc, aby aranżować tego typu działania przeciwko Polsce, ale ja osobiście uważam, że są oni tylko kwiatkiem do kożucha. Inaczej mówiąc, są cynicznie wykorzystywani przez brukselskie elity, żeby usprawiedliwić bezprawne ataki na Polskę.  

Eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski, przedstawiając kulisy ataków na Polskę, powiedział wprost, że gdyby nie pielgrzymki polityków tzw. totalnej opozycji do Brukseli, to tematu i agresji wobec Polski nie byłoby…

– Nie podzielam do końca tego zdania, bo faktycznym motywem ataków na Polskę nie jest to, że Platforma czy Nowoczesna pielgrzymuje do Brukseli ze skargami na rząd. Prawdziwy motyw jest taki, że Polska wybija się na niezależność, podmiotowość, a to z kolei nie mieści się w paradygmacie rewolucji lewicowych, które są wszczynane na dużą skalę przez centrum europejskiej lewicy, które obecnie znajduje się w Brukseli. I to jest zasadniczy powód ataków na Polskę, a pielgrzymki do Brukseli są tylko pretekstem i uzasadnieniem tego typu działań. Zgadzam się, że gdyby nie było pretekstów, to unijnym graczom byłoby trudno zaatakować, ale to nie pielgrzymki polskiej opozycji są powodem nękania, a jedynie pretekstem. Unijnym politykom trudno jest zaakceptować Polskę wybijającą się na podmiotowość, Polskę z powodzeniem rywalizującą w kwestiach gospodarczych np. z Francją, trudno jest im zaakceptować Polskę, która nie godzi się na dyktat w postaci chociażby zakupu śmigłowców Caracal, co tak usilnie forsował rząd Platformy i PSL. Tym bardziej trudno tym gremiom zaakceptować Polskę stającą w poprzek różnym narzucanym trendom ideologicznym czy rewolucyjnym; Polskę, która de facto nie pasuje do tej utopijnej wizji. Jeśli do tego dodamy, że Polska nie godzi się na unijny dyktat i narzucanie kwot imigrantów, to widać wyraźnie, że nie pasujemy do francusko-niemieckiej wizji centralistycznej, w związku z tym działania idą w kierunku, aby nas upokorzyć. Natomiast pojawiający się na brukselskich salonach liberałowie spod znaku tzw. totalnej opozycji są – jak wspomniałem – doskonałym pretekstem, żeby zasłonić główny motyw ataków na Polskę.

Dziękuję za rozmowę.          

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl