logo
logo
zdjęcie

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr

Nie oskarżam

Piątek, 19 stycznia 2018 (15:41)

W środku dnia dopadł mnie telefon, a wraz z nim rozmowa. Jej treść wyraźnie skłaniała mnie, nawet więcej – obligowała do zapoznania się z tekstem najnowszego artykułu pewnego cenionego i wielce zasłużonego dla opozycji w czasach PRL i w czasach PiS dominikanina. Artykuł krzyczał z okładki poczytnego w minionych czasach tygodnika.

Poczułem się zobowiązany do jego lektury. Po przyjeździe do mojego Poznania wysiadłem na stacji Garbary, gdyż z niej mam bliżej do domu. Wysiadając wiedziałem już, że kiosk z gazetami, który tam był przed laty – no, nie w czasach Mieszka, ale może kard. Dalbora – był tam jedynie onegdaj. Pomyślałem jednak, że znajdę inny kiosk w pobliżu. Wszak Poznań – jak mówi hasło reklamowe – wart poznania jest, a skoro tak, to słowo drukowane w postaci gazety (jako czynnika poznania) w nim niechybnie być musi. Chyba ta argumentacja była cokolwiek naciągana…

Ruszyłem zatem przed siebie. Dotarłem do ciągu eleganckich domów, biurowca, a w tym ciągu – kilku sklepików. Jeden z nich stał się w minionych latach chyba niezwykle popularny. Jego ekspansja przypomina plagę żab egipskich. W tym sklepiku o barwach zielonych jak owe stworzenia spadłe na ziemię egipską było kilka tygodników. Może nawet kilkanaście, ale owego tygodnika przed laty popularnego nie było ani śladu. A wydawało się, że taki on powszechny…

Ruszyłem dalej. Kilkaset metrów, duże skrzyżowanie, przystanki autobusowe i tramwajowe. Kiedyś były tam w sumie może trzy lub cztery kioski. Ale to było kiedyś. Może jakiś ślad tego został w Muzeum ICHOT, który prezentuje historię grodu Lecha, ale współczesność zlikwidowała te obiekty.

Pocieszałem się i dodawałem sobie animuszu słowami: „Poznań wart poznania”. I ruszyłem dalej. W stronę centrum Starego Miasta, na Rynek. Tam kiedyś był kiosk w zabytkowej kamienicy. Kamienica została, kiosku nie doświadczyłem. Zamknięte okiennice nie pozwalały ocenić, czy w ogóle jest tam jeszcze. Żywym krokiem ruszyłem na plac Wielkopolski. Był kiosk. Szczęśliwy zapytałem o powszechny niegdyś tygodnik. A pani mi na to, że miała jeden egzemplarz, ale… Tak, został już kupiony. Tygodnik zatem nie powszechny, ale jednostkowy, indywidualny jakoś. Pani życzliwie wskazała mi kiosk na następnym przystanku. Ale ja odbiłem w bok i wszedłem do księgarni św. Wojciecha. Tam był tygodnik, ale lokalny. W innej tonacji. Nie oskarżał za brak przyjmowania uchodźców, ale zachęcał słowami pani od pomocy humanitarnej, że może za sprawą Pana Boga przekonamy się co do uchodźców. Pomyślałem o słuszności marketingu – po co mnożyć te same w istocie apele? Ruszyłem do empiku. Tam ów poszukiwany przeze mnie tygodnik był. Były go stosy wręcz i tym mocniej krzyczały „oskarżam”. Ustawiłem się w kolejce. Stałem jak w dobie PRL za papierem toaletowym albo innym bezcennym produktem. Ludzi może nie były setki, ale dwie panie w kasie pracowały na zwolnionych obrotach. Efekt ten sam. W końcu nabyłem upragniony tytuł i artykuł. I to chyba byłoby tyle na ten temat.

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr

Aktualizacja 19 lutego 2018 (21:21)

NaszDziennik.pl